Przejdź na stronę główną Interia.pl

Porozmawiajmy o miłości

​W sporcie osiągnęła wszystko. A potem był koniec kariery i pustka. Otylia Jędrzejczak krok po kroku uczyła się nowej rzeczywistości. Jest zakochana, niedawno urodziła córkę. Kiedyś była mistrzynią olimpijską, dzisiaj woli być mistrzynią życia.

Dwudziesty kwietnia. Na Instagramie Otylii Jędrzejczak pojawia się czarno-białe zdjęcie małych nóżek. I podpis: "(Nie)mała stópka Księżniczki". Kilka dni wcześniej mistrzyni olimpijska urodziła córkę Marcelinę. Pod zdjęciem znalazło się prawie pięć milionów lajków i setki gratulacji. Od tamtego czasu Otylia regularnie wrzuca kolejne fotografie: z wózkiem na spacerze w parku, podczas prasowania ubranek. Na każdej z nich jest rozpromieniona. Bo jak przyznaje, teraz czuje się naprawdę szczęśliwa. Być może nawet szczęśliwsza, niż kiedy biła kolejne rekordy świata, zdobywała złote medale oraz tytuły mistrzowskie, a jej nazwisko było na ustach całej Polski? 

Zejść ze sceny?

Reklama

Jest ubrana cała na biało, krótkie blond włosy ułożyła w fale. Wysoka: ma 1,87 m wzrostu. Kiedy siedzimy w popularnej kawiarni, nawet nie zauważa, że ludzie przy stolikach obok rzucają jej ukradkowe spojrzenia. Zresztą nigdy nie zwracała uwagi na swoją popularność. - Kiedyś, podczas szczytu otyliomanii, chodziłyśmy po jednym z warszawskich centrów handlowych i różne osoby mówiły do niej "cześć", "dzień dobry". Zaskoczona zapytała: "Ania, skąd oni mnie znają?", i to jej zdziwienie było autentyczne. "Odwróć się, za plecami masz ogromny plakat ze swoją twarzą", odpowiedziałam. Zawsze była skromna - opowiada Anna Komorowska-Weeks, przyjaciółka ze studiów, gimnastyczka i kaskaderka. 

Życie Otylii dzieli się na dwa etapy: przed rokiem 2014 i po nim. To wtedy podjęła decyzję, że kończy karierę sportową. Nie było łatwo. Trenowała pływanie 25 lat, codziennie osiem godzin w basenie, od ściany do ściany. Rocznie przepływała 2,5 tysiąca kilometrów. Odległość taką, jak z Warszawy do Aten. 

- Dużo pracy włożyłam w przygotowania do igrzysk w 2012 r. w Londynie. Ćwiczyłam intensywniej niż kiedykolwiek wcześniej, a wynik był gorszy. Zdałam sobie sprawę, że jeśli mam zejść ze sceny, to teraz i z podniesioną głową - wspomina Jędrzejczak. W półfinale zajęła wtedy ostatnie, 16. miejsce. - Zbliżałam się do trzydziestki, a ścigałam się z szesnastolatkami. I choć wciąż byłam pełna zapału, moje ciało nie miało już tyle energii, co kiedyś. Zrozumiałam, że teraz będzie już tylko coraz gorzej - mówi. 

Ale ostateczne pożegnanie ze sportem zajęło jej trochę czasu. Przestała pływać zawodowo w 2012 r., lecz oficjalnie ogłosiła swoją decyzję dopiero dwa lata później. - Większość sportowców na zakończenie kariery robi wielką imprezę, udziela niezliczonej ilości wywiadów. A Oti odeszła po cichu. Chyba nie była pogodzona z tym, że to już koniec - dodaje Anna Komorowska-Weeks. 

Zaczęła cierpieć na wodowstręt. Przez kilka miesięcy nie mogła się zmusić do wejścia do basenu. W końcu się przełamała, ale pływanie przestało sprawiać jej przyjemność. - Kiedyś Maja Włoszczowska powiedziała mi: "Boże, Otylia, ty uprawiasz najnudniejszą dyscyplinę świata!". Ze zdziwieniem odpowiedziałam jej: "No co ty? Przecież tyle się dzieje". Pływając, porządkowałam myśli, robiłam plany, powtarzałam w głowie materiał do egzaminów, pisałam harlequina albo wyobrażałam sobie, że zmierzam w kierunku wyspy, na której stoi moja mama i ma dla mnie pysznego schabowego - opowiada Otylia. - A kiedy wchodziłam do basenu już po zakończeniu kariery, miałam w głowie kompletny chaos. Przepływałam dwa kilometry i mia- łam dość tej monotonii. Dopiero teraz, po urodzeniu córki, pływanie znów zaczęło sprawiać mi przyjemność. 

Wykrzyczeć gniew

Rok 2014 to nie była jej pierwsza próba "wyjścia z basenu". Sześć lat wcześniej, po igrzyskach w Pekinie, gdzie nie obroniła tytułu mistrzyni świata na swoim koronnym dystansie 200 m stylem motylkowym i zajęła czwarte miejsce, postanowiła, że robi sobie przerwę. 

- Trenowałam wtedy bardzo intensywnie i 270 dni w roku spędzałam na zgrupowaniach. Kiedyś przyjechałam do domu po sześciu tygodniach i dwa dni później miałam wracać na treningi na kolejnych sześć. Zdążyłam tylko rozpakować walizkę, zrobić pranie i na nowo wszystko spakować. Łzy strumieniem leciały mi po policzkach - wyznaje. 

Po Pekinie czuła gorycz przegranej, nie układały się jej relacje z trenerem. Potrzebowała oddechu. Dała sobie rok. - Pojawiło się pytanie: co dalej? Skończyłam studia na AWF-ie oraz PR w Akademii Koźmińskiego, więc mogłabym zacząć jakąś pracę, ale w moim CV nie było nic poza latami spędzonymi w basenie. Poza tym gdzie miałabym je wysłać? Nie potrafiłam odnaleźć się w tej nowej rzeczywistości, straciłam grunt pod nogami. Po prostu się rozsypałam. Efekt? Zamknęłam się w domu i kiedy ktoś dzwonił z propozycją spotkania, mówiłam, że jestem zajęta. A potem leżałam cały dzień na kanapie przed telewizorem i wcinałam lody. Nabrałam przekonania, że bez sportu jestem bezwartościowa - przyznaje Otylia. 

- Jeśli odnosisz sukces, każdy chce się ogrzać w jego blasku, a kiedy on mija, w ciągu ułamka sekundy przestajesz dla tych ludzi istnieć. To jest temat, który dotyka wielu sportowców po zakończeniu kariery. Ale cieszę się, że zderzyłam się z tą "ścianą", to mnie wiele nauczyło - mówi. W końcu postanowiła wrócić do jedynego miejsca, które dawało jej poczucie bezpieczeństwa. Czyli do basenu. Morderczo trenowała, żeby odzyskać dawną formę. Wiedziała, że będzie musiała w to włożyć znacznie więcej wysiłku niż w 2005 r., gdy miała kilkumiesięczną przerwę po wypadku samochodowym, który spowodowała. - Wtedy musiałam przejść rehabilitację, ale psychicznie byłam dużo bardziej zmotywowana. Sport był dla mnie ratunkiem. W basenie mogłam być sam na sam ze swoimi myślami. Jeśli chciałam się wypłakać, to na mokrej twarzy nikt nie widział łez. Kiedy krzyczałam pod wodą, na powierzchni nie było tego słychać. W basenie wyładowywałam emocje. 

Trenowała w Stanach, potem w Hiszpanii. - Szukając drogi powrotnej na szczyt, dużo czasu spędzała w rozjazdach. Myślę, że czuła się wtedy samotna. Potrafiła nie odzywać się tygodniami, aż nagle przychodził list z poruszającym wierszem, bo Oti emocje wyraża właśnie poprzez pisanie poezji - opowiada Joanna Paprocka, taekwondzistka, wielokrotna mistrzyni świata. Otylia pływała i układała w głowie plan na emeryturę. Aż w końcu poczuła, że umie zdefiniować cel: zostanie w sporcie i będzie innym przekazywać swoje doświadczenia. 

Wszyscy mówią: Kocham cię

Najbardziej wyraźne wspomnienie z dzieciństwa? Oczywiście basen. Dzień w dzień. Ale do wody trafiła przypadkiem. Kiedy miała sześć lat, zdiagnozowano u niej lekkie skrzywienie kręgosłupa, lekarz zalecił uprawianie sportu. Tata zapisał ją na szermierkę, gimnastykę, taniec i basen. Z tańca szybko zrezygnowała, bo jej partner był za niski. Na gimnastykę to ona była za wysoka. Szermierka jej się nie spodobała. Został basen. 

- Tata pracował jako sztygar w kopalni, ale wcześniej był pięściarzem. Uważał, że sport kształtuje charakter, uczy wygrywania i przegrywania oraz tego, że na sukces trzeba ciężko pracować - wspomina Otylia. Razem z ojcem chodziła na długie spacery, a kiedy zaczęła treningi, on jechał na rowerze, ona biegła obok. Do dzisiaj jest córeczką tatusia. - Bywa, że przychodzę do taty, siadam mu na kolanach i się przytulam. Nasz dom zawsze był pełen czułości, nie szczędziliśmy sobie słów takich jak "kocham cię". Dlatego w dorosłym życiu szukałam partnera, który nie będzie się wstydził okazywania emocji. I w końcu znalazłam - mówi Otylia. 

- Rodzice są bardzo istotnym elementem mojego życia, jestem z nimi blisko związana. Tak naprawdę pępowina została przecięta dopiero niedawno, gdy urodziłam Marcelinę i założyłam własną rodzinę - dodaje. Dom Jędrzejczaków w Rudzie Śląskiej był tradycyjny: ojciec zarabiał na utrzymanie rodziny, mama zajmowała się dziećmi. Mieszkali w bloku, więc Otylia spędzała czas na podwórku z innymi dziećmi. Grali w gumę, w chowanego, wypisywali po ścianach, kto się w kim kocha. Pierwszy bunt przyszedł w piątej klasie. Zaczęła opuszczać zajęcia na basenie. Chowała się w szatni i bawiła w ciuciubabkę z koleżankami. Albo odrabiała lekcje, uczyła się do klasówek. I tak przez trzy miesiące. 

- W końcu zdałam sobie sprawę, że jeśli chcę coś robić dobrze, muszę dać z siebie sto procent. Inaczej to nie ma sensu. Ale nie planowałam kariery zawodowej. Ja zresztą nigdy nie traktowałam pływania jako sposobu na życie. To było coś, co sprawiało mi przyjemność. W pewnym momencie sukces zaczął gonić sukces i tak to się wszystko potoczyło. 

Na fali

Miała 14 lat, kiedy wyprowadziła się z domu i zamieszkała w akademiku w Krakowie, przy Szkole Mistrzostwa Sportowego. Pierwszą noc przepłakała, potem wzięła się w garść. To była przyspieszona lekcja dorastania. Bywało, że całymi tygodniami nie wychodziła na zewnątrz, pokonywała jedynie trasę basen-szkoła-akademik. W liceum przeżyła pierwszą miłość. - Był pływakiem z mojego rocznika. Ja mieszkałam w Krakowie, on w Szczecinie, więc to był związek na odległość. Pisaliśmy do siebie listy, a jak spotykaliśmy się na zawodach, ukrywaliśmy się po kątach, żeby mieć chwilę tylko dla siebie - wspomina Otylia. Szkoła średnia to też czas pierwszych wielkich sukcesów. W 1999 r. pojechała na mistrzostwa Europy, wywalczyła złoto. 

Miała wtedy 15 lat. Na kolejnych, w 2002 r., pobiła rekord świata. Komentator sportowy Jarosław Idzi krzyczał: "Płyń, płyń, Otylka, jak barakuda po rafach koralowych". Punkt kulminacyjny to igrzyska olimpijskie w Atenach - znów złoto, łzy szczęścia. Otylia była na szczycie. 

- Nigdy do końca nie umiałam cieszyć się sukcesami. Euforię czułam tylko w momencie, kiedy dopływałam do ściany, a potem myślałam: "Zdobyłam medal, fajnie, teraz muszę zapracować na kolejny". I stawiałam poprzeczkę jeszcze wyżej - stwierdza. Z kolei porażek nie potrafiła przyjmować na chłodno. Emocje brały górę. - Potrzebny był mi czas, żeby ochłonąć. Musiałam wejść do wody, rozpływać się, pokrzyczeć. I wtedy było lepiej. Na dłuższą metę porażki mnie motywowały. Oczywiście nikt nie lubi przegrywać, ale dla mnie to był bodziec, żeby się starać ze zdwojoną siłą - podkreśla. 

A Wojtek, którego poznała na planie "Tańca z gwiazdami", tak zapamiętał olimpiadę: - Oglądałem igrzyska w Londynie razem z naszymi wspólnymi znajomymi w telewizji i wszyscy strasznie przeżywaliśmy wynik. Otylia płakała, my płakaliśmy. Wiem, jak dużo pracy włożyła w przygotowania. Przyjechałem do niej na tydzień, gdy trenowała w Hiszpanii, i od razu mnie uprzedziła: "Nie będę miała dla ciebie czasu". Widziałem ją tylko bladym świtem, kiedy wychodziła na basen, a potem późnym wieczorem. Po Londynie na jakiś czas odcięła się od nas, musiała to wszystko przetrawić w samotności. 

Jak reagowała, gdy po każdym słabszym występie media ogłaszały: "Otylia się skończyła"? - Sama zawsze byłam swoim najsurowszym krytykiem, ale nie "spływało" po mnie, jak ktoś mówił albo pisał o mnie źle. W pewnym momencie przestałam zaglądać do internetu, bo nie rozumiałam, czemu ktoś mnie ocenia, chociaż wcale mnie nie zna. To bolało. Dzisiaj mam już do tego wszystkiego większy dystans. Za dużo w życiu przeszłam, żeby ktoś mógł mnie zranić - mówi. Kiedy zakończyła karierę, pojawiły się zarzuty, że przestała być sportsmenką, a stała się celebrytką. Nie skarżyła się i robiła dobrą minę do złej gry, ale to ją dotykało, bo jest bardzo wrażliwa - opowiada Joanna Paprocka. 

A Anna Komorowska-Weeks zauważa: - To prawda, Oti jest wrażliwa, ale potrafi dostawać po tyłku. Po każdej porażce podnosi się i walczy dalej. Jest wojowniczką. 

Książę na białym koniu

Sport zawodowy i miłość zazwyczaj nie idą w parze. Mimo to Otylia próbowała tworzyć związki. Zawsze z innymi sportowcami, bo tylko oni rozumieli jej tryb życia. Żaden z nich nie przetrwał. 

- Mało który mężczyzna jest w stanie znieść, że trzy czwarte roku nie ma cię w domu. A jeszcze rzadziej jest w stanie zaakceptować fakt, że odnosisz większy sukces niż on - przyznaje pływaczka. Ale jest też druga strona medalu. - Zawsze byłam typem samotnika, dobrze czułam się sam na sam ze swoimi myślami. Z jednej strony lubiłam mieć ludzi wokół siebie, z drugiej lata spędzone na zgrupowaniach sprawiły, że potrzebowałam przestrzeni. Przygotowania do zawodów to trening, spanie, jedzenie, trening. Chociaż przebywałam w drużynie, to większość czasu poza treningiem spędzałam sama w pokoju. Miałam pewne nawyki i przyzwyczajenia. Dlatego gdy wracałam do domu, chciałam mieć swoje cztery kąty tylko dla siebie. Kiedyś po przyjeździe ze zgrupowania nie mogłam znaleźć własnych butów, bo współlokator je poprzestawiał. Pojechałam więc do Ikei, kupiłam szafkę, skręciłam ją i powiedziałam: "To jest teraz twoja szafka, a tamta jest moja". Oczywiście z uśmiechem na twarzy - mówi. 

Swojego partnera, koszykarza Pawła Przybyłę, poznała już po zakończeniu kariery. - Zawsze gdy ktoś mnie pytał, kiedy chciałabym założyć rodzinę, mówiłam, że po trzydziestce. Bo wtedy powinnam wiedzieć, czego chcę od życia - stwierdza. - Paweł nie spotkał dziewczyny, która ważyła 70 kg, trenowała i była wyżyłowana, tylko kobietę, która spędzała czas aktywnie, ale już dla własnej przyjemności miała fałdkę na brzuchu oraz cały czas mówiła, że się odchudza od poniedziałku. Bo pływanie to taki sport, że człowiek spala mnóstwo kalorii i jeśli nagle przestaje trenować po kilka godzin dziennie, waga natychmiast skacze w górę. Już w ciąży sportsmenka przeprowadziła się do Krakowa, gdzie Paweł pracuje. W ich domu często lecą iskry, bo Otylia bywa uparta. 

- Ma dominujący charakter, ale jej narzeczony też nie da sobie w kaszę dmuchać. Daje jej odczuć, że to ona ma w tym związku siłę, ale potrafi ją okiełznać - opowiada Komorowska-Weeks. Otylia dodaje: - To ja byłam tą, która popychała drugą stronę do działania. Ale ja też miewam słabsze dni i potrzebuję, żeby to mnie ktoś popchnął. I Paweł stara się mnie motywować. Nigdy się z nim nie nudzę. A w związku najgorsza jest rutyna, ona zabija miłość. O partnera trzeba się cały czas starać, zabiegać, bo nic nie jest dane na zawsze. 

Nowy rozdział

Marcelina urodziła się cztery miesiące temu, ale Otylia już działa pełną parą. Prowadzi letnie obozy pływackie dla dzieci, we wrześniu rusza kolejna edycja projektu Otylia Swim Tour, czyli cykl warsztatów dla młodych zawodników. - Oti ma świetny kontakt z dziećmi. Lubią ją i traktują jak swoją przyjaciółkę, a jednocześnie szanują, bo nie daje sobie wejść na głowę i pilnuje dyscypliny. Ona wzbudza respekt - twierdzi Anna Komorowska-Weeks. 

- Na pierwszą wizytę do dentysty z moją starszą córką poszłam nie ja, tylko właśnie Oti, choć sama panicznie boi się fotela dentystycznego. Za kilka miesięcy sportsmenka wraca na AWF, chce też otworzyć przewód doktorski. Jak godzi to wszystko z macierzyństwem? 

- Uczę się pracy zespołowej i zaczęłam dzielić się obowiązkami z innymi. Nastąpiła przemiana Zosi samosi w liderkę, która prowadzi drużynę. Oczywiście Marcelina jest dla mnie najważniejsza i chcę z nią spędzać jak najwięcej czasu - zaznacza. - Dziecko ma być częścią mnie, a nie diametralnie przeformatować moje życie, chociaż tak też czasem się dzieje. (śmiech) Zachowuję jednak zdrowy rozsądek. Kieruję się zasadą "zostań mistrzem życia". A sport nauczył mnie dyscypliny, którą dziś przenoszę do domu. Dlatego jestem wdzięczna mojemu partnerowi, że potrafi powiedzieć: "Otylia, jesteś zmęczona, wyjdź z domu, spotkaj się z koleżanką na kawie, idź do fryzjera". Kiedy Paweł wraca z pracy, to on zajmuje się dzieckiem, a ja mam chwilę dla siebie. Córkę urodziła, mając 33 lata, i uważa, że to dobry moment. 

- Przygotowałam się na przyjście Inki na świat, ale oczywiście były rzeczy, które mnie zaskoczyły. Każdego dnia odkrywam coś nowego. Każdy uśmiech daje radość - podkreśla Otylia. 

- Macierzyństwo ją zmieniło, dojrzała. Stała się bardzo opiekuńcza, uważna, ciepła - dodaje Joanna Paprocka. Otylia przyznaje, że dziecko zmienia związek, ale dbają z Pawłem o to, żeby mieć czas tylko dla siebie. Jak córka idzie spać, siadają i rozmawiają. 

- Jestem na dobrym etapie życia. Marcelina daje mi motywację do działania, znów mam pełno energii. Czy ma jeszcze jakieś marzenia? Po długim namyśle Otylia mówi, że może kiedyś wróci do pływania. Ale jeszcze nie teraz. Teraz jest czas na życie.

PANI 9/2017
IGA NYC

Zobacz także:

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje