Przejdź na stronę główną Interia.pl

Poradzę sobie... Pani sobie poradzi - część II

Druga część rozmowy Małgorzaty Domagalik z Janem Englertem

Rzemieślnik to ten, który siedzi w domu i "piłuje" rolę?

Reklama

Jan Englert: Nazwijmy to może profesjonalista, nie rzemieślnik. A ten, który umie, chce się tym podzielić z innymi, to już jest więcej niż rzemieślnikiem, już jest majstrem, mistrzem.

Pan jest mistrzem?

Jan Englert: Właściwie ułożona hierarchia wartości w zawodach, zwłaszcza w zawodach niewymiernych, a zawód, który uprawiam, jest taki, pani zawód zresztą też taki jest, wymaga pewnych jasnych kryteriów, porządku. Żyjemy w świecie, gdzie kryteria i wartości się kompletnie powywracały.

Aha, więc jest Pan mistrzem. Ma Pan małą córkę, jak chce Pan objaśniać jej świat?

Jan Englert: Myślę, że "objaśnianie" świata to jest też złe słowo. Trzeba chyba pilnować, co jest bardzo trudne, sposobu, w jaki świat jest odbierany przez dziecko. Bo objaśniać świata się nie da, to trzeba naprawdę mieć o sobie olbrzymie wyobrażenie. Ja mogę mówić, co mi się podoba, a co nie.

Byłam upartym dzieckiem i rodzice szybko się zorientowali, że nie potrafię mówić "przepraszam".

Jan Englert: Ja też mam takie zdarzenie: kiedyś mama mi powiedziała, że nie wolno mi iść do łóżka, dopóki jej nie przeproszę, i dwie noce spałem na podłodze w kuchni.

Generalnie minęło Panu to spanie na podłodze?

Jan Englert: Tak, minęło. Nie znaczy to, że minęła mi ambicja, ale nawet stać mnie na to, aby dojść na czworakach do łóżka i przeprosić.

Jest Pan w dobrej formie fizycznej.

Jan Englert: Rozumiem, jak już nie będę w stanie, to się doczołgam. Forma jest już nieważna, ale chodzi o decyzję.

A co do mistrza, to powiedział Pan niedawno, że np. Szyc nie potrzebuje mistrza.

Jan Englert: Nie potrzebuje, bo jest teraz na topie, na którym ja byłem między trzydziestką a czterdziestką. Ja to świetnie znam i przyglądam mu się ze wzruszeniem. To jest taka, jak to określiła moja mama, gonitwa za własnym ogonem. Ja goniłem za własnym ogonem niewątpliwie. I on sam o sobie mówi, że mu niewygodnie, że już chciałby coś zmienić. Znam to. Jeśli mam mówić o sobie, to jestem jednym z niewielu starzejących się mistrzów, który dokładnie pamięta, co robił, jak wół cielęciem był. Nie umiem karać studentów za coś, co sam robiłem. Podobna rzecz towarzyszyła mi zawsze w sprawach damsko-męskich. Nie miałem nigdy pretensji, że zostałem skrzywdzony, jeśli sam skrzywdziłem. Bardzo często jest tak, że my to możemy, a nasz partner nie. Nam wolno, bo mamy alibi na własne grzechy, natomiast partnerowi nie. Prawdopodobnie nie umiałbym wybaczyć, jeśli sam bym był szlachetny. Albo może bym umiał, tego nie wiem. Natomiast wiem, że wtedy by bolało tysiąckrotnie bardziej. Dotyczy to także przyjaźni, współpracowników, ich lojalności, zaufania do nich. Jeśli ja jestem lojalny wobec nich, to każda ich nielojalność podwójnie boli. To jest problem Króla Leara, bo dlaczego oszalał? Nielojalna okazała się - nieważne, czy miała rację, czy nie - jego najukochańsza córka, a potem najbliższy przyjaciel. Jako pierwsi sprzeciwili się autokracie. Powiedzieli "nie".

Jak Panu mówią "nie", to bywa, że dostaje Pan szału?

Jan Englert: Mój szał źle wygląda. Jestem śmieszny.

To znaczy?

Jan Englert: Krzyczę dyszkantem.

Co Pana wyprowadza z równowagi?

Jan Englert: Na pewno to, jeśli ktoś mi zarzuci nieuczciwość, bo chorobliwie uczciwy jestem. Szczególnie w sprawach podstawowych.

I wtedy tym dyszkantem Pan krzyczy?

Jan Englert: Już się nauczyłem opanowywać ten dyszkant. Ale miałem tak, że wpadałem w histeryczny dyszkant i strasznie siebie później za to nie lubiłem. Ratowała mnie zawsze autoironia, czyli możliwość obrócenia tego w żart po czasie, publicznie. I jak mówią bliskie mi osoby, zwłaszcza kobiety, a ważne były dwie, może trzy, wtedy przeanalizowuję się na śmierć. Zamęczam sam siebie analizą.

Artykułuje Pan to na zewnątrz czy…?

Jan Englert: Niestety, wpadam wówczas w gadulstwo, ale to jest samoobronne. Jak człowieka boli, jak się zamyka, zasklepia, to może się zdołować zupełnie. Mój sposób na odreagowanie stresu to jest gadać, gadać, gadać. Mówić, wyrzucać z siebie.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje