Przejdź na stronę główną Interia.pl

Polka w Google: Prognoza na jutro

Jeśli gdzieś decyduje się o technologii przyszłości, to tam, w laboratoriach Google’a. Wśród jej twórców jest Kamila Staryga, dziewczyna ze Skierniewic, która dlatego trafiła do legendarnej Doliny Krzemowej, że nie miała kompleksów. Teraz, jak mówi, zajmuje się "odjechanymi rzeczami". Gdy za kilka lat twoja lodówka sama zamówi w sklepie zakupy, może się okazać, że wymyśliła ją Kamila.

Jesteś konstruktorką w Advanced Technology and Projects Lab, nowoczesnym laboratorium firmy Google, w którym powstają futurystyczne wynalazki. Czy da się w prosty sposób opowiedzieć, czym się zajmujesz?

Reklama

Kamila Staryga: - Odjechanymi rzeczami. Teraz szukamy alternatywy dla klawiatury, myszki i ekranu dotykowego. To wynalazki z lat 60. Mój szef, Ivan Poupyrev, już ponad 20 lat temu zapowiadał, że klawiatury pójdą w odstawkę. Badamy możliwości bezdotykowego komunikowania się z maszynami za pomocą ruchów rąk. Nasi naukowcy skonstruowali urządzenie, które rozpoznaje ruch dłoni. Ma ono radar, który śledzi położenie rąk tak, jak śledzi się samoloty, i tłumaczy gesty na odpowiednie komendy. I tak zamiast nacisnąć "Enter", możesz pstryknąć palcami. Ja mam odpowiedzieć na pytanie, czy ludzie tego potrzebują i jak mogą z tego korzystać na co dzień.

Trzeba chyba być odpornym na porażki, bo przecież nie zawsze potrzebujemy tego, co wymyślają w laboratoriach inżynierowie.

- To prawda. Wcześniej pracowałam w zespole, który zbudował internetową platformę Google Helpouts, gdzie użytkownicy mogli wykupić wirtualne spotkanie z ekspertem. Miała to być taka płatna giełda porad. Z uwagi na znikome zainteresowanie program został zamknięty.

Co robiłaś, zanim trafiłaś do Doliny Krzemowej?

- W 2010 roku dołączyłam do zespołu Google’a w Londynie, który wprowadzał przeglądarkę internetową Google Chrome. Badaliśmy, jak ludzie korzystają z internetu. Przyglądaliśmy się zwłaszcza tym, którzy zmienili swoje życie dzięki internetowi. Zapamiętałam samotną matkę z Cambridge, której ambicją było wysłanie dzieci do dobrych szkół.

- W Anglii potrzeba na to dużych pieniędzy, a ona chciała pracować z domu. Założyła blog z "pomysłami na życie", prosiła w nim internautów o opinię, jaki biznes byłby najlepszy dla niej. Zasugerowali, że w Cambridge dobrze będą się sprzedawały szkolne tornistry. I tak założyła firmę Cambridge Sashels. Pomysły na kolory i fasony konsultowała z internautami. Biznes okazał się hitem, a kobieta trafiła na okładkę magazynu "Elle".

Mówi się, że w Google pracują najlepsi. Ale co to znaczy? Co było twoim atutem?

- Do Google’a przyjmuje się ludzi nie na podstawie tego, co umieją, ale jak szybko się uczą. "Nie wiemy, czym firma będzie zajmowała się za dziesięć lat, ale będzie to coś, czego nikt inny wcześniej nie zrobił", mawiają moi szefowie. Niczego jednak nie dostaje się na tacy. Mnie nikt nie pytał, czy może chciałabym się przenieść do Kalifornii. To był mój pomysł, pojechałam do siedziby Google’a w Kaliforni na rekonesans.

- W jednym z zespołów projektowych pracował kolega. Okazało się, że potrzebują inżyniera, który ma doświadczenie we wprowadzaniu produktów na rynek. To ja! Zapytałam szefa, czy nie "wypożyczyłby" mnie na pół roku. I zostałam w Stanach. Zbliżyłam się do tego, na czym mi zależało - do konstruowania pionierskich urządzeń opartych na najnowszych technologiach.

Byłaś jedną z dwójki Polaków na elitarnym wydziale uniwersytetu w Cambridge. Droga ze Skierniewic była chyba długa?

- W moich Skierniewicach nikomu nie przyszłoby do głowy, że można studiować w jednej z najlepszych szkół świata. Miałam jednak kolegę z uczelni, z którym przesiadywaliśmy na krawężniku, rozmawiając o wszystkim i o niczym. Rozmyślaliśmy, gdzie moglibyśmy rozwijać się po skończeniu politechniki. Marzyła się nam uczelnia, która wysyła na dobre staże.

- Idealny kierunek, czyli zarządzanie produkcją (Manufacturing Management), znaleźliśmy na stronie uniwersytetu w Cambridge, ale ciężko było dowiedzieć się czegoś o rekrutacji. Na szczęście wpadło nam w oko nazwisko polskiego doktoranta, Michała Sobótki. Napisaliśmy do niego e-mail w stylu: "Przepraszamy, czy mógłby pan podpowiedzieć, jak napisać podanie?". Pomógł. Gdyby nie to polskie "ó" w jego nazwisku, moje losy pewnie potoczyłyby się inaczej.

Wydaje się dość łatwe. Parę kliknięć myszką, kilka formularzy i studiujemy w Cambridge.

- Nie, nie było tak prosto. Najtrudniejsze były formalności, wizyty u notariusza, pisanie podań. Byliśmy pierwszymi Polakami, którzy wybrali ten kierunek. Dobrze, że zdawałam razem z kolegą, bo każde z nas w pojedynkę pewnie by się zniechęciło. Na ten kierunek rocznie dostaje się tylko 40 osób!

Wiesz, dlaczego przyjęto akurat was?

- Wśród profesorów Cambridge Polska ma opinię kraju zdolnych ludzi, którym warto sprzyjać. Kiedy spytałam dziekana, dlaczego postawił na nas, odpowiedział: "Chcę mieć ciekawą mieszankę ludzi z całego świata". Stopnie nie były jedynym kryterium, ważniejsza okazała się odwaga i ciekawość świata.

- To, że pojechałam na wymianę uczniowską w czasach, kiedy było to trudne, że w liceum poświęciłam wakacje na zdobycie patentu żeglarskiego, że zaangażowałam się w zbiórkę pieniędzy dla studenta z białaczką. Zbudowaliśmy w Skierniewicach piramidę z jabłek. Weszła do Księgi rekordów Guinnessa, jabłka sprzedaliśmy i tak zebraliśmy pieniądze. Nie robisz tego z myślą o sobie, okazuje się jednak, że takie rzeczy procentują.

Dostać się do Cambridge to pierwsza trudność, druga - zdobyć pieniądze na czesne.

- Studia miały kosztować 100 tysięcy złotych. Dostałam 20 tysięcy stypendium, ale skąd wziąć resztę? Staraliśmy się z rodzicami o pomoc w Ministerstwie Edukacji Narodowej, w bankach. Bezskutecznie. W banku w Skierniewicach owszem, byli ze mnie dumni, ale zaoferowali jedynie 500 złotych miesięcznie. Nawet babcia obiecała dołożyć coś z emerytury. Jednak wciąż brakowało mi połowy. I tu nieoczekiwanie z pomocą przyszła moja ówczesna szefowa, Stephanie Scholte z Philipsa w Amsterdamie.

- Odbywałam tam wtedy praktykę. Kiedy Stephanie dowiedziała się, że będę musiała zrezygnować ze studiów, zaproponowała mi pożyczkę. Poświęciła na to swoje oszczędności! Powiedziała, że spłacę po rozpoczęciu pracy. Pożyczkę oddałam wcześniej, niż obiecałam. I teraz to ja staram się pomagać studentom, którzy zdają na najlepsze uczenie.

Dyplom uniwersytetu w Cambridge otwiera wszystkie drzwi. Po co ci były jeszcze studia w Dolinie Krzemowej?

- Tamtejszy Singularity University to uczelnia przyszłości, bez rektora i wydziałów, założona przy wsparciu Google’a i innych amerykańskich gigantów z dziedziny technologii i nauki. Ma siedzibę w ośrodku NASA. Jej specjalnością są technologie, które mają poprawiać poziom życia, zdrowia i bezpieczeństwa. Chciałam tam studiować, bo moje życie to nieustanne pobudzanie wyobraźni, a tam wykładali naukowcy, przedsiębiorcy i wizjonerzy z Doliny Krzemowej.

- Uczelnię założyli wynalazca i futurolog Ray Kurzweil i Peter Diamandis, propagator komercyjnych lotów w kosmos. Nie dostałam się za pierwszym razem. Usłyszałam, że jestem fajną dziewczyną, ale nie mam pojęcia, po co chcę tam iść. Za drugim razem przygotowałam się lepiej. Przez rok dużo czytałam i rozmyślałam. Doszłam do wniosku, że skupię się na technologii w medycynie. Zdałam.

Jak wygląda nauka w siedzibie NASA?

- Nieformalna "debata naukowa" zaczynała się już przy śniadaniu. Nad tostem rozmawialiśmy o tym, że komórki rakowe powinny być wykorzystywane do produkcji energii, bo są niczym perpetuum mobile. Formalny program nauczania składał się z wykładów interdyscyplinarnych oraz grupowej pracy nad wynalazkiem. Mieliśmy zajęcia z najlepszymi ekspertami od nanotechnologii czy bioinformatyki. Wykłady prowadziła m.in. Anousheh Ansari, pierwsza muzułmanka w kosmosie. Wiedziałam, że za lot zapłaciła sama.

- Pomyślałam: "Ee, pewnie bogaty mąż zafundował jej prezent". Ale oceniłam ją niesprawiedliwie, nie miałam pojęcia, jaką przeszła drogę. Urodziła się w Iranie, w czasach rewolucji ajatollahów. Wyemigrowała z rodzicami do USA, gdzie musiała nadrabiać braki językowe i udowadniać, że dużo potrafi. Na przykład, że może studiować inżynierię. Założyła firmę telekomunikacyjną.

- W końcu ją sprzedała, żeby spełnić marzenia o lotach kosmicznych. Zapisała się na studia astronomiczne i dołączyła do programu lotu w kosmos. Trafiła na listę rezerwową. Gdy okazało się, że jeden z uczestników nie poleci, Anousheh Ansari była gotowa. "Marzenia się spełniają", powiedziała. Postanowiłam, jak ona, być co dzień o krok bliżej moich marzeń.

Znając cię, myślę, że nie są one zwyczajne.

- Chciałabym poznać swojego idola, Elona Muska, jednego z najgenialniejszych ludzi na świecie. To on założył wiele lat temu serwis płatniczy PayPal, a teraz prowadzi firmę, która konstruuje rakiety nośne do pojazdów kosmicznych. Jego kolejna firma, Tesla, buduje samochody elektryczne. Musk jest autorem nowego myślenia o motoryzacji, o konstruowaniu urządzeń.

- Stoi jedną nogą w przyszłości. Chciałabym zjeść z Elonem Muskiem obiad. To nie będzie łatwe, bo takie spotkania są zarezerwowane dla takich osobowości jak Stephen Hawking. Wysłaliśmy mu zaproszenie z Singularity University, ale nie przyjechał. Śledzę jego wystąpienia, piszę e-maile z komentarzami. Jeszcze nie odpisał, ale może któregoś dnia... Wierzę w to!

W Singularity University zaprojektowałaś z kolegami wynalazek medyczny, za który dostaliście nagrodę od Massachusetts Institute of Technology. Co to było?

- Postanowiliśmy zbadać, czy można diagnozować choroby na podstawie krwi menstruacyjnej. Chodziło o to, żeby kobiety nie trafiały do lekarza z zaawansowanymi objawami, ale by mogły wczesne symptomy choroby wykryć same. Zaczęliśmy konstruować podpaskę diagnostyczną. Pierwsza przeszkoda? Brak literatury na temat składu molekularnego krwi menstruacyjnej, choć sprawdzaliśmy na najlepszych uczelniach.

- Najdokładniejsza analiza krwi miesiączkowej była w posiadaniu... NYPD, czyli nowojorskiej policji. Biochemicy policyjni wyodrębnili w niej 1300 różnych białek. Wybraliśmy te, które mogły pomóc wykryć bakterię chlamydii lub wirusów HPV 16 i 18, sprzyjających rozwojowi raka szyjki macicy.

Jak to działa?

- Testu dokonuje się dzięki czipowi umieszczonemu w standardowej podpasce. Antyciała w jej warstwie łączą się z antygenami w płynie miesiączkowym. Skoro wiemy, jakiego szukamy białka, to wiemy, jakie antyciała będą się z nim łączyć. I w takie antyciała "wyposażamy" podpaskę. Jeśli para białek się łączy, to znaczy, że poszukiwany wirus czy bakteria występuje w krwi. W reakcji połączenia się białek pojawia się wolny elektron. I my jesteśmy w stanie zarejestrować wystąpienie tego elektronu. Sygnał przezniego wywołany jest rejestrowany przez czip i wysyłany do "chmury". Wiadomość przychodzi na telefon.

Skąd ten pomysł? Jak na to wszystko wpadliście?

- Projekt podpaski to suma odpowiedzi na pytania, jakie zadaliśmy ekspertom z uniwersytetów w Stanford i Berkeley. Musieliśmy dowiedzieć się na przykład, czy da się przefiltrować krew tak, żeby obumarłe komórki nie zaburzyły wyniku, oraz czy analiza chemiczna w podpasce jest bezpieczna dla organizmu.

Czy podpaska zostanie wyprodukowana? Ile by kosztowała?

- Kosztowałaby 12 dolarów. Stosowałoby się ją raz na miesiąc. W czasie prac kontaktowały się z nami firmy Procter&Gamble oraz Johnson& Johnson, obydwie zainteresowane współpracą. Ale jeszcze nie przekształciliśmy projektu w biznes. Dostaliśmy zaproszenie do Parlamentu Europejskiego, gdzie prezentowałam naszą pracę. Nie przykładam zbyt dużej wagi do nagród, ale to wyróżnienie było ważne, potwierdzało moje inżynierskie umiejętności.

Taka futurystyczna diagnostyka mogłaby być twoją specjalnością?

- Interesuje mnie stan przejściowy między zdrowiem a chorobą, budowanie zaawansowanych technologii, które umożliwią diagnostykę i monitorowanie stanu zdrowia. Żeby się douczyć, zostałam wolontariuszką w Stanford Hospital.

Czy będą kiedyś urządzenia, które bez naszego udziału sprawdzą i zakomunikują nam stan zdrowia? Coś zaczyna szwankować i zaraz dostaję SMS. Czy to futurologia?

- Nie dla mnie. Google ma dwa zespoły, które zajmują się zdrowiem. Pierwszy to Google Life Sciences, który wymyślił soczewkę dla cukrzyków mierzącą poziom glukozy we krwi. Ten sam zespół bada moment "między zdrowiem a chorobą", żeby dociec, co dokładnie dzieje się w organizmie człowieka, kiedy coś zaczyna się psuć. Drugi zespół to Calico. Analizuje mechanizmy starzenia się i neurodegradacji. Zespoły te analizują, jak najlepiej monitorować zdrowie. Być może będą do tego służyły nanopigułki.

Co to takiego?

- Maleńkie czipy, które nosilibyśmy w sobie - tak mówi Andrew Conrad, który jest szefem Google Life Sciences. Połykalibyśmy je, a one podróżowałyby po organizmie. Za pomocą czytnika zbieralibyśmy dane "ze środka".

Widzisz się w zespole medycznym?

- Możliwości takich technologii są dopiero testowane, ja wkraczam do pracy, gdy fizyczne i medyczne własności wynalazku są już potwierdzone w laboratorium i można myśleć o tworzeniu produktu.

Utrzymujesz kontakty z koleżankami i kolegami z podwórka?

- Mam w Skierniewicach tę samą grupę przyjaciół, z którymi piłam piwo na murku. Nic się nie zmieniło. Nadal się spotykamy. Każdy robi coś ciekawego. Jedni w Skierniewicach, inni w Warszawie, jeszcze inni - jak ja - za granicą.

Często słyszysz głosy, że tutaj w Polsce nic się nie da? Że jak ktoś chce robić coś fajnego, to musi wyjechać za granicę?

- Z narzekania nigdy nic konstruktywnego nie powstało, więc nie otaczam się narzekającymi.

Rozmawiała Grażyna Saniuk

Twój STYL 3/2016

Zobacz także:


Dowiedz się więcej na temat: Kamila Staryga

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje