Przejdź na stronę główną Interia.pl

Po co tam wracać?

Coraz częściej, kiedy wychodzę (pieszo) z Rwandy i idę do Demokratycznej Republiki Konga, zastanawiam się, czy jeszcze tu wrócę.

Czy dane mi jeszcze będzie zobaczyć rozwalające się pawilony na przejściu granicznym Grande Barrière, tych uroczych kongijskich celników, którzy dzielą swój czas między kaligrafowanie w wielkich zeszytach danych każdego wjeżdżającego, zupełnie otwarte przyjmowanie łapówek, a ostatnio też wyłapywanie delikwentów niemających ważnego świadectwa szczepienia przeciw żółtej gorączce - na których też można zarobić parę groszy.

Reklama

Mniej więcej 70 kilometrów, jakie dzieli graniczne miasto Goma od Ntamugengi, gdzie moja Dobra Fabryka opiekuje się szpitalem polskich Sióstr od Aniołów, to teraz prawie trzy godziny drogi. Po ostatnich ulewach miejscami wygląda to jak kamieniołom, są odcinki, których nie da się pokonać z prędkością większą niż 10 km/h.

To sprzyja porywaczom, którzy stali się ostatnio tak bezczelni, że porwali... czterech żołnierzy z misji ONZ rozbrajających minę. Ludzie, o których wiadomo, że zarabiają jakieś pieniądze (w tym m.in. dr John, nasz lekarz), zaczęli dostawać SMS-y z pogróżkami, że albo z góry zapłacą okup, albo zostaną porwani. Po co więc w ogóle tam wracać? Może niech Kongijczycy najpierw uporządkują swoje sprawy sami, a później my przyjedziemy, by im pomóc? Jednak wracam, bo mam do spłacenia pewien dług. Zresztą wszyscy go mamy.

Obliczono, że jeden na pięć smartfonów czy tabletów z pewnością ma w swojej elektronice minerały wydobyte w naszej (Kiwu Północne) prowincji Konga. Ta nieprawdopodobnie bogata ziemia jest każdego dnia rozkradana przez działający pod przykrywką lokalnych firm (współpracujących też z miejscowymi bojówkami) wielki biznes - kasę na tych minerałach robią zwykli bandyci, rządy, biznesmeni, wszyscy oprócz naszych ludzi. Każdy liczy, że nie będzie protestów, bo nikt się o tym nie dowie. A nawet jak się dowie, to do gry wpuści się "mędrców" głoszących, że ludziom trzeba najpierw dawać wędkę, a nie rybę. Otóż ludziom najpierw trzeba dawać to, czego potrzebują. W tym wypadku najczęściej rybę, by mieli w przyszłości siłę trzymać wędkę. Albo - skoro wszystkie wędki w okolicy zostały rozkradzione - najpierw je skonstruować.

Droga do tego happy endu zaczyna się w naszym szpitalu, w działającym przy nim ośrodku leczenia dzieci z chorobą głodową. Szpital już finansujemy, teraz podejmuję szaloną decyzję, że będziemy finansować również ośrodek.

Rocznie leczy się tu ponad 600 dzieciaków z okolicy. Niektóre z nich nasi spece od dożywiania od razu wysyłają na szpitalny oddział, inne, te z lżejszymi objawami, są pod opieką ambulatoryjną. Zgłaszają się z którymś z rodziców (najczęściej z mamą, ojców albo nie ma, albo mają ważniejsze sprawy niż dzieci) raz w tygodniu. Dzieciaki bawią się, a w tym czasie nasze kucharki przygotowują im pożywny posiłek. Mama albo ojciec pracują w szpitalnym ogrodzie, ucząc się przy okazji uprawy roślin, które mogą wzbogacić dietę, tak by nie opierała się wyłącznie na manioku i fasoli.

Później wszyscy razem jedzą, a nasi "nutricjoniści" prowadzą zajęcia z bilansowania diety.

Wychodząc do domu, pacjenci dostają "suchy prowiant" (specjalną mieszankę trzech rodzajów mąk: z sorga, soi i kukurydzy, cukier, olej). W soboty są odwiedzani przez nasz personel w domach.

Historie, jakie nasz główny spec od żywienia Desire i jego współpracowniczka Martha przynoszą z tych wizyt, to temat na niekończący się serial. Dwudziestolatki żyjącej z "mężem", który ma jeszcze trzy "żony", ale z nią ma już trójkę dzieci (jedno zmarło, dwójka żyje, jedno jest w drodze). Matki, której jedno z dzieci zakwalifikowało się do dożywiania (bo było z nim bardzo źle), a teraz ona staje na głowie, by kupić trochę więcej tej odżywczej mąki, aby wszystkie jej dzieci jadły tak samo.

Ile dzieciaków tych czasem totalnie nieporadnych rodziców uda się nam uratować? Nie wiem. Ale nawet jeśli byłoby to tylko jedno dziecko - to warto. Nie śpię teraz z nerwów po nocach. Znów poprosimy ludzi o wsparcie. Na całkowite utrzymanie ośrodka, w którym stałą opieką objętych jest 73 dzieci, potrzebuję 2 tys. dol. miesięcznie.

Przygotowaliśmy program, w którym zaproponujemy ludziom kupienie "akcji" ośrodka, będzie można zostać jego "udziałowcem" już za 10 zł miesięcznie. Napisałem właśnie książkę "Jak robić dobrze", w której staram się pokazać, że możliwe jest takie dawanie, które de facto nie zabiera prawie nic dającemu. Czy ktoś zechce wysłuchać? Wielkodusznie się przyłączyć? Czy ludzie machną ręką i znów usłyszę, że jestem męczący i że przecież tyle dzieci w Polsce potrzebuje wsparcia? Jasne, że potrzebuje. Ale gdy mogę uratować konkretnego człowieka za tyle, ile kosztuje café latte, to czy mogę mu powiedzieć: sorry, mam inne priorytety?

Szymon Hołownia

Szymon Hołownia - dziennikarz i publicysta, szef portalu Stacja7.pl. Pisał m.in. w "Gazecie Wyborczej", "Newsweeku", "Tygodniku Powszechnym", obecnie współpracuje z "Rzeczpospolitą".
Był laureatem nagród Grand Press i Wiktora. Jest autorem książek - m.in. "Ludzie na walizkach", "Last minute. 24 h chrześcijaństwa na świecie", "Wszystko w porządku. Układamy sobie życie",
napisanej z Marcinem Prokopem, z którym prowadzi program "Mamy Cię!" oraz ostatnio wydanej "Jak robić dobrze". Jest założycielem fundacji Kasisi i Dobra Fabryka.

PANI 6/2015

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje