Przejdź na stronę główną Interia.pl

Piotr Stramowski: Jak unieść sukces?

​Szorstki, zdecydowany, wojowniczy. Wytatuowany twardziel z irokezem i ciałem wyrzeźbionym na siłowni. Piotr Stramowski niemal z dnia na dzień zdobył popularność rolą policjanta w "Pitbullu". A przecież długo się niecierpliwił, że nikt nie chce dać mu aktorskiej szansy. Dziś reżyser filmu Patryk Vega mówi o Stramowskim: To będzie nowa gwiazda kina policyjnego.

Patrzę na ciebie i nie widzę tatuaży Majamiego. Nie były prawdziwe?

Reklama

Piotr Stramowski: To była jagua, czyli tymczasowe obrazki robione wyciągiem z jagody z Ameryki Południowej. Coś w rodzaju henny, tylko utrzymują się dłużej. Zmyły się, gdy skończyliśmy Pitbulla. Ale niedługo wrócą na dawne miejsce. Zaczynamy zdjęcia do kolejnej, czwartej części, wczoraj dostałem scenariusz.

Jeden tatuaż, prawdziwy, masz na ramieniu. Dlaczego przedstawia kotwicę?

- Wiąże się z nią historia. Kiedy rozmawialiśmy z Patrykiem Vegą (reżyserem filmu Pitbull. Nowe porządki - przyp. red.) o mojej postaci, powiedział, że chciałby, żeby Majami miał tatuaże. "Właśnie chciałem sobie jeden zrobić - powiedziałem. - To ja zapłacę. Taki prezent na dobry początek", zaproponował. Pomyślałem, że obrazek na ramieniu będzie moim talizmanem, więc musi mieć znaczenie. Wybrałem kotwicę. Kojarzy mi się z czymś stabilnym, co daje siłę.

Wiesz dlaczego Patryk Vega powierzył ci rolę Majamiego? Wcześniej w serialach grałeś ładnego chłopca.

- "Mam lampkę w głowie, która czasem mi się zapala. I właśnie się zapaliła", powiedział Patryk, gdy na początku zdjęć zadałem mu to pytanie. Długo marzyłem, by zagrać w filmie. Obserwowałem kolegów, a mój rok był mocny: Marcin Kowalczyk, który "wyskoczył" w Jesteś Bogiem, Dawid Ogrodnik, Mateusz Kościukiewicz, Kuba Gierszał. Cieszyłem się sukcesami chłopaków i myślałem: "No to i na mnie przyjdzie czas. Muszę tylko poczekać". Minęły cztery lata od dyplomu, a ten moment nie przychodził. "To kiedy ja?", zacząłem się niecierpliwić. Zazdrościłem. Całe swoje myślenie ukierunkowałem na to, że kiedyś zagram w filmie. Wierzę, że jeśli o czymś intensywnie myślisz, w końcu to otrzymasz.

I to naprawdę wystarczyło?

- No nie. Zacząłem szukać informacji, co planują reżyserzy, u których chciałbym grać. Dowiedziałem się o castingu do Służb specjalnych Patryka Vegi. "Szkoda, że przyszedłeś tak późno, mam już wszystko obsadzone", powiedział i dodał: "Chętnie dałbym ci kiedyś większą rolę. Gdy będę robił kolejny projekt, odezwę się". Zadzwonił po roku: "Co robisz w październiku? Zaczynam kręcić nowego Pitbulla. Jesteś zainteresowany?" Wysłał mi scenariusz. Wsiadłem na rower i pojechałem czytać na Pola Mokotowskie. Od razu zakochałem się w tej historii, choć jeszcze nie wiedziałem, że zagram główną rolę. Patryk dokładnie wiedział, jak ma wyglądać i zachowywać się Majami. Spędziliśmy godziny na rozmowach, poznał mnie z policjantami, którzy w kominiarkach zatrzymują przestępców, zamykali m.in. gang mokotowski. Wpuścili mnie do swojego świata, mogłem podpatrzeć ich ruchy, posłuchać, jak mówią. Ubrany w "graty", czyli cały rynsztunek, uczestniczyłem razem z nimi w akcjach-ćwiczeniach.

Pamiętasz moment, w którym poczułeś, że to już to?

- Gdy zrobili mi irokeza. Trochę z nim zwlekałem, miałem jeszcze spektakle w teatrze. Pewnego dnia przyszły dziewczyny z charakteryzacji i ogoliły mi głowę, zostawiając pas włosów. Spojrzałem w lustro i zobaczyłem innego faceta. Wcześniej miałem normalną fryzurę, a tu nagle... "Jak ja wyjdę na ulicę?", wpadłem w panikę. A jeszcze zrobili mi tatuaże. Od tego czasu zacząłem cztery razy w tygodniu ćwiczyć na siłowni plus restrykcyjna dieta, suplementy i szybko przyszły efekty - zrobiłem się większy. Znajomi nie wierzyli, że w krótkim czasie można przejść taką metamorfozę. Sam długo nie mogłem się przyzwyczaić do nowego wyglądu. Wchodziłem do sklepu i widziałem, że budzę strach.

Czego się najbardziej bałeś, zanim zagrałeś w "Pitbullu"?

- Tego, czy dam radę. To był powrót tego filmu po dziesięciu latach. W dodatku wszyscy zapamiętali Marcina Dorocińskiego, który świetnie zagrał w pierwszej części. Dostałem szansę, ale nie byłem pewien, czy udowodnię, że na nią zasłużyłem. Bo mogło się okazać, że powinienem zmienić zawód.

Myślałam, że powiesz: najbardziej bałem się spotkania z Bogusławem Lindą. Przez lata był etatowym twardzielem.

- Wstyd powiedzieć, ale naszą znajomość zacząłem od... pouczania go. Pamiętam pierwsze spotkanie na próbach. Rozmawialiśmy o bohaterach, już po tym, jak precyzyjnie przeanalizowałem scenariusz. Wiedziałem, jak mają wyglądać wszystkie postacie. Byłem ciekaw, w jaki sposób Bogusław widzi "Babcię", którego miał grać. No i okazało się, że inaczej niż ja. "Słuchaj, Bogusław, a nie myślisz, że to powinno być tak...?", próbowałem negocjować, ale wyszło, jakbym ja, młokos, pouczał wyjadacza. I wtedy on się wkurzył, jednak zachował klasę. "Wiem, że masz własne wyobrażenie mojej postaci, tylko że to ja ją zagram i pozwól, że sam ją stworzę", powiedział. Zrobiło mi się głupio. "Już mi odbija", pomyślałem. Ale do końca filmu świetnie nam się pracowało.

No właśnie, odbiło ci, gdy "Pitbull" okazał się sukcesem? Janusz Głowacki powiedział kiedyś, że dużo trudniej znieść z godnością sukces niż porażkę.

- I to jest mądre. Bo jak nie zatracić się w sukcesie, który spadł tak nieoczekiwanie? Jak nie okazać się bufonem? Nagle stajesz się popularny, na ulicy uśmiechają się do ciebie, pokazują palcami. Widzisz podziw w oczach ludzi z branży, którzy do tej pory nawet cię nie zauważali. Twoje poczucie wartości nagle dostaje taką pożywkę, że ego rośnie do niewyobrażalnych rozmiarów.

To chyba trudne, gdy nawet Patryk Vega mówi o tobie: To będzie nowa "ikona" kina policyjnego.

- Na zbyt dobre samopoczucie znalazłem metodę. Siadam, studzę głowę i tłumaczę sobie: "Halo, jeszcze niczego takiego nie zrobiłeś, to dopiero początek". Łatwo uwierzyć, że jesteś świetnym aktorem. Tymczasem sukces nie jest miarą twojego talentu. Gdyby Patryk nie wymyślił Majamiego i nie poprowadził mnie w ten sposób, gdyby tego tak nie zmontował... Kto wie, ile dubli nie weszło, bo byłem w nich słaby. Cały film i sukces to praca scenarzysty, reżysera, operatora, montażysty, innych aktorów... Trzeba mieć w sobie dużo pokory.

Myślałam, że lekcję pokory odrobiłeś wcześniej, czekając na swoją chwilę.

- I to też jest prawda. Długo nie wierzyłem, że coś potrafię. W szkole nie byłem orłem - dostawałem dwóje, tróje. Uczyłem się tylko tego, co mnie interesowało. No i śpiewałem przez dwa lata w kościelnym chórze. Aż w końcu coś kliknęło mi w głowie pod koniec liceum. Zawsze byłem dobry w parodiowaniu, a na bal maturalny uczniowie z kółka teatralnego przygotowywali scenki przedstawiające nauczycieli. "Musisz zrobić pana Nadolnika" (tak nazywał się jeden z profesorów), powiedzieli. "Ćwiczycie od miesięcy, a ja mam przygotować się w dwa dni?", nie chciałem się zgodzić. No ale tak go sparodiowałem, że wszyscy o mało nie pospadali z krzeseł. Nagle nauczyciele, którzy nie bardzo we mnie wierzyli, zaczęli bić brawo. I wtedy pomyślałem, że chcę być aktorem. Moich deklaracji, że idę do szkoły aktorskiej, nikt nie traktował poważnie, bo byłem słaby z polskiego. I rzeczywiście się nie dostałem. Wkurzyłem się tak bardzo, że po roku przygotowań zdawałem do wszystkich szkół teatralnych w Polsce. Zostałem przyjęty w Krakowie, ale po studiach propozycje też się nie posypały. Na szczęście trafiłem do teatru w Bydgoszczy. W ciągu dwóch lat zrobiłem dziesięć premier. Ale marzyłem o kinie. W końcu dostałem rolę w filmie "W spirali" Konrada Aksinowicza i poczułem, że coś jednak z mojego aktorstwa będzie.

To ważny film w twoim życiu. Na planie spotkałeś Katarzynę Warnke, dziś twoją żonę.

- Poznaliśmy się na castingu. Ucieszyłem się, że jest między nami chemia, bo mieliśmy zagrać parę. Wtedy jeszcze patrzyłem na nią przez pryzmat roli, ale uczucie przyszło szybko. I chyba Kaśka była bardziej świadoma tego, co się ze mną dzieje, niż ja. Podczas zdjęć byliśmy ze sobą dzień w dzień, ale interesowały nas tylko role. Tak naprawdę poznaliśmy się po zakończeniu pracy. Pamiętam, że wróciliśmy do Warszawy, rano w mieszkaniu Kasi zjedliśmy śniadanie. Rozejrzałem się wokół i pomyślałem: "Nie znam tego miejsca, nie mam pojęcia o jej znajomych, a ona o moich". Uświadomiłem sobie, że znamy tylko życie pary, którą graliśmy, a oni przeżywali właśnie schyłek miłości. Ten etap związku mamy już za sobą. (śmiech) Na planie przegadaliśmy wszelkie problemy, rozmawialiśmy na wiele ważnych tematów.

I co zrobiliście po tym śniadaniu? Zamieszkaliście razem, żeby lepiej się poznać?

- Powiedziałem, że powinniśmy pójść na randkę albo chociaż do kina. (śmiech) A po roku postanowiłem się oświadczyć. Byliśmy w Juracie, mieliśmy spać w śpiworach na plaży. Zupełnie spontanicznie kupiłem pierścionek i tam dałem go Kasi. Akurat była superpełnia, czyli moment, kiedy księżyc maksymalnie zbliża się do ziemi, więc jest wielki i świeci jak głupi. Podobno to się zdarza raz w roku. Pomyślałem: to są znaki, a ja w nie wierzę.

Ślub miał dla ciebie znaczenie? Pytam, bo dziś mężczyźni coraz częściej unikają poważnych deklaracji.

- Bardzo ważny. Ślub jest konkretem, lubię postawić kropkę nad i. Mimo spontanicznych oświadczyn ślub był przemyślany. Postanowiliśmy: odtąd jesteśmy razem. To decyzja na całe życie, a nie że tylko spróbujemy.

Czy twoja żona nie jest zazdrosna o sceny intymne z innymi aktorkami? Wam się przecież przydarzyła miłość na planie.

- Uprawiamy zawód, który prowokuje intymne sytuacje. Nie codziennie w życiu idziesz z nieznajomą do łóżka! Niby udajesz, ale takie sceny zbliżają. To bywa niebezpieczne. Tym bardziej że reżyserzy dobierają aktorów tak, żeby między nimi iskrzyło. Uświadomiłem to sobie na planie "W spirali". Pomyślałem: "To już teraz za każdym razem będę tak świrował, grając zakochanego?" Ale dziś wiem, że ważne jest, co z tymi emocjami zrobisz potem. Przydają się zasady i kręgosłup moralny. Wtedy nie popełniasz głupstw, bo wiesz, że możesz stracić kobietę, która jest dla ciebie najważniejsza.

Co robisz, żeby Kasia czuła się najważniejsza na świecie?

- W związku najważniejsza jest uważność na drugą osobę i wzajemny szacunek. Miłe są też drobne gesty, które wynikają z tej uwagi, mam tu na myśli kolację, film czy upominek.

Dużo cię teraz: kolejny "Pitbull", serial "Na noże"... Aż się boję pomyśleć, co dalej?

- Bardzo chciałbym zagrać w Hollywood. Wierzę, że tak będzie.

Robisz coś, żeby tam pracować?

- Kiedy na przykład dowiedziałem się, że w Polsce będzie kręcony film "True Crimes" z Jimem Carreyem, poszedłem na casting. I zagrałem. Cieszę się, że amerykańscy reżyserzy coraz chętniej sięgają po polskich aktorów i widzą potencjał w naszych krajobrazach. Bo film "True Crimes" był przecież kręcony w Polsce. Niedawno byłem w Nowym Jorku na pokazie "W spirali". Poznałem ważnych ludzi z branży, film się spodobał. Przede mną kolejny wyjazd za ocean. A tak naprawdę nigdy nie wiemy, co nam życie przyniesie. Ale ja zawsze myślę pozytywnie.

Beata Biały

Twój Styl 11/2016


Dowiedz się więcej na temat: Piotr Stramowski

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje