Przejdź na stronę główną Interia.pl

Pani doktor taka młoda?

Onkologia jest piękna. Jak to brzmi? W ich ustach - niefałszywie. Grzeszą, kiedy się śmieją w środowisku, w którym umieranie jest codziennością? Gdy pachną perfumami, żartują, tańczą? Jaką wartość ma dla nich czas - dzień, miesiąc, rok? I właściwie dlaczego wybrały ten zawód? O tym, jak uczą się życia od śmiertelnie chorych, opowiadają dwie Anny i Barbara - młode lekarki onkologii.

I pięknie, i strasznie

Anna Kliwicka ma 31 lat, pracuje na oddziale chemioterapii w Klinice Onkologii przy ulicy Łąkowej w Poznaniu. Mama siedmioletniej Zuzy i pięć lat młodszej Oliwii. Jej mąż Sebastian jest psychiatrą.

Reklama

Trzeba wybrać miejsce. Ścianki dzielące sale są cienkie, wszystko słychać. W grę wchodzi balkon. Albo ławka w parku przy szpitalu. Ania zazdrości lekarzom z amerykańskich seriali - jest pokój do rozmów, czas. - Chciałabym mieć moment na wyciszenie, zanim usiądę naprzeciw pacjenta i powiem mu, na co naprawdę choruje - mówi.

Wysoka blondynka o pogodnych oczach. - Niektórzy się łudzą, że znaleźli się na onkologii, ale to jeszcze może nie rak... - tłumaczy. Nie lubi tych rozmów, wciąż nie umie opanować emocji. Pamięta Alinę, 40-latkę, mamę dwójki przedszkolaków. Kiedy spotkały się pierwszy raz, Ania spytała: "Czy pani wie, na co jest chora?". Siedziały na ławce pod ceglanym murem, pachniały piwonie. Alina odpowiedziała: "Mam złośliwy nowotwór, ale będę walczyć. Zniosę wszystko, chcę żyć dla dzieci. Albo umrzeć najpóźniej, jak można". - Nie płakała. Jako lekarz wiedziałam, że mam w niej partnerkę. Jako człowiek podziwiałam jej siłę - mówi Ania.

Co robi, gdy pacjent ma się od niej dowiedzieć, że nowotwór jest złośliwy? - Na ogół milczę. On milczy, ja milczę. Czasem ta cisza wisi w powietrzu długo. Nie przerywam jej. Lepiej mądrze pomilczeć, niż byle jak zagadać ten moment. A potem opowiadam o strategii. Nierzadko słyszę: "Ojej, młodziutka pani i będzie leczyła taką poważną chorobę?". Odpowiadam z uśmiechem: "Jak będą wątpliwości, pójdę i zapytam kogoś bardziej doświadczonego ode mnie, dobrze?".

Oswoić strach

Pięć lat temu, Ania po dyplomie. Chce dostać się na staż na onkologię. - Od dawna na Łąkową nie przyjmowano nowych lekarzy. Nie ma miejsc, ministerstwo nie przyznało. Szukałam sposobu, jak dopiąć swego. Poszłam do ordynatora. Zameldowałam, że chcę wyjątkowo odbyć staż u niego. A on... po prostu mnie przyjął - wspomina.

Jest 2005 rok, jej pierwszy dzień w pracy, ordynator mówi: "Pani doktor, rozpisze pani AC pacjentce na szóstej sali". AC, czyli najpowszechniejszy rodzaj chemii, nie powinna mieć z tym problemu. Zajrzała do sali - Teresa, młoda brunetka po mastektomii. Na stoliku gazeta "Mamo, to ja". Więc pewnie ma dzieci... - Poczułam wielką odpowiedzialność. To ja będę mówiła tej kobiecie o efektach leczenia, o tym, dlaczego czuje metaliczny smak w ustach po chemii. To mnie jej mąż zapyta, kiedy odrosną te ciemne włosy, które wkrótce wypadną. Czy dam radę, czy nie popełnię błędu? - Ania opowiada o pierwszych wątpliwościach. Po czterech latach Teresa pojawi się na jej dyżurze w poradni na badaniu kontrolnym. - Każde spotkanie po dłuższym czasie to najlepsza nagroda - mówi Anna.

Dlaczego tak uparła się na onkologię? - Możliwe, że ze strachu. Komórki rakowe są przerażające i... fascynujące jednocześnie. Wyrywają się spod kontroli organizmu, robią swoje tak skutecznie. Może wydawało mi się, że jeśli je okiełznać, to da się choć trochę przechytrzyć śmierć? - wyznaje. Mama umarła, kiedy Ania była w podstawówce. Trójka rodzeństwa została z tatą - ekonomistą. Rodzina mamy to prawnicy, ojciec zachęcał: "Może podtrzymasz tradycję?". - Byłam nieugięta - mówi pani doktor.

Nie tylko życie

Pół roku temu. Dzwoni do szpitala chorób zakaźnych. Dłużej na onkologii nie wytrzyma. Musi zmienić miejsce. - To był kryzys. W ciągu trzech miesięcy odeszło kilkunastu moich pacjentów. Człowiek zaczyna się zastanawiać: może to moja wina? Najgorsze są przypadki, kiedy pacjent umiera z powodu powikłań leczenia. Nowy stres - przecież składałam przysięgę "po pierwsze nie szkodzić". A w onkologii jest tak, że aby osiągnąć najważniejszy cel, czyli pokonać nowotwór, trzeba poświęcić zdrowe organy, choćby na jakiś czas.

Chemia niszczy wszystko. Ciężko się z tym uporać - opowiada. Pamięta Karola, wesołego sześćdziesięciolatka. Był miły, wypytywał ją o stopnie córki, lubił Złotopolskich. Znali się prawie rok. - Przyszedł do nas z rakiem pęcherza moczowego. Silna chemia wydawała się skuteczna. Jednak po ostatniej chemioterapii osłabione organy nie wytrzymały - perforacja jelit, szybka śmierć. A naprawdę myślałam, że uda nam się wygrać... - wspomina Ania. Pomoc psychologa w takich sytuacjach? - Jest na oddziale, ale dla chorych. Ja muszę radzić sobie sama...

Żeby odreagować napięcie, poprosiła o przeniesienie na oddział zakaźny. - Ale szybko zrozumiałam, że to nie moje miejsce - uśmiecha się. - Dziś powtarzam sobie, że nie uratuję wszystkich. Tu nie ma miejsca dla Judymów. Coraz skuteczniej oswajam śmierć. Staram się już na nią nie wściekać.

Perfumy na inną okazję

Szesnasta. Ania pilnuje, żeby do domu wychodzić punktualnie. Po drodze zakupy, jeszcze kredki dla młodszej Zuzi i koszulka na WF dla Oliwki. Proste zadania matki. - Dużo czasu spędzam z rodziną. Spacerujemy, chodzimy do kina, na pływalnię. Normalność jest ekskluzywna i potrzebna - opowiada. Czy rozmawia z dziećmi o śmierci? - Niedawno Zuzia znalazła na półce książkę "Moja mama ma raka", która w przystępny sposób tłumaczy, czym jest choroba nowotworowa. Chciała porozmawiać. Myślę, że da się o najtrudniejszych sprawach mówić w sposób, który nie budzi demonów - twierdzi Anna.

Wieczorem robi kolację, rozmawia z Sebastianem, najchętniej nie o jego pacjentach. - Raczej o filmach, które wchodzą do kina, o tym, że zmienił się listonosz i trzeba wymienić filtr w kranie. To nie jest tak, że się opancerzam. Wierzę, że gdzieś jest złoty środek, szukam go - lekko się uśmiecha. Zastanawia się nad przenikaniem życia osobistego i zawodowego. - Niedawno w karcie chorej widzę nazwisko. Okazało się - mama kolegi, z którym chodziliśmy na pielgrzymki. Pani Ewa robiła nam kanapki z szynką na drogę. Niezręcznie mi leczyć ludzi, których znam, chyba lepiej, żeby relacje pozostały przezroczyste.

Czasami proszę, żeby ktoś z kolegów przejął pacjenta, który jest częścią mojego życia osobistego - mówi Ania. Poprawia jasne włosy. Kobieca. W szpitalu dba, żeby fartuch był wyprasowany i śnieżnobiały. Nosi pierścionki. Tylko z perfumami uważa. - Pacjenci po chemii zapachy odbierają mocniej. Nie chciałabym sprawić komuś przykrości. A sami nie zwrócą mi uwagi, większość z nich to dyskretni, spokojni ludzie. Jakby lepiej wszystko przemyśleli. Uczę się od nich. Dzięki nim na skróty przechodzę drogę, którą pokonuje się czasem kilkadziesiąt lat - choć jestem młoda, wiem, co jest w życiu ważne, a na co można machnąć ręką.

Dowiedz się więcej na temat: rak | onkologia | lekarze

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje