Przejdź na stronę główną Interia.pl

Ostrość musi być

Niedawno usłyszała o niej cała Polska. Pani doktor przeprowadziła operację jednoczesnego przyszycia dwóch odciętych rąk. Ale to tylko jeden z jej sukcesów. Anna Chrapusta jest gwiazdą polskiej mikrochirurgii. Stworzyła w Krakowie nowoczesne centrum replantacji, chirurgii plastycznej i leczenia oparzeń. Wymyśla nowe techniki, nie godzi się z określeniem "przypadek beznadziejny". Zrobiła karierę i nie zapłaciła za to życiem osobistym.

Twój STYL: Ubezpieczyła pani swoje ręce?

Reklama

Anna Chrapusta: - Nawet o tym myślałam. Uważa pani, że powinnam? Nie dbam o nie specjalnie. Tylko krem muszę wcierać non stop, bo płyn do sterylizacji przed operacją bardzo wpływa na skórę. Raz miałam paznokcie pomalowane odżywką, zaszła reakcja z płynem i płytki mi się prawie rozpuściły.

Kobieta chirurg to rzadkie. Nie miała pani "dziewczyńskich" marzeń, żeby być piosenkarką albo aktorką?

- W maturalnej klasie chciałam zostać reżyserem. Kochałam kino, głównie polskie: Wajda, Kieślowski, Zanussi. Nałogowo kupowałam miesięczniki "Film" i "Ekran". W telewizji były wtedy dwa programy, więc jeśli na obu leciał dobry film, włączałam dwa telewizory w różnych pokojach i siadałam pośrodku. Ale w tym samym czasie uczyłam się do egzaminów wstępnych na medycynę w Krakowie. To wygrało.

Skąd pomysł na medycynę?

- Mam starszą o jedenaście lat kuzynkę Lucynę, która poszła na te studia. Byłyśmy bardzo zżyte, ona do dziś jest moim ideałem. Kiedy przyjeżdżała do Limanowej, gdzie obie się wychowałyśmy, nie miała dla mnie czasu, bo musiała się uczyć. Siedziałam cicho obok niej i z wypiekami przeglądałam atlasy anatomiczne. Któregoś dnia podczas spaceru Lucyna powiedziała: "Wiesz, lekarz to najpiękniejszy zawód na świecie". I stało się oczywiste, że nie ma dla mnie innej drogi.

Rodzice nie odradzali: to za trudne dla kobiety?

- Nie. Dostawałam od nich wsparcie na każdym kroku. Byłam wychowana w tradycji rodu Jaworskich, ziemiańskiej rodziny mamy. Patriotyzm i nauka to były dwie najważniejsze wartości. Brat mojego pradziadka skończył chemię we Lwowie i rolnictwo w ukraińskich dziś Dublanach. Mama - filologię rosyjską. Oboje rodzice chcieli, żebym studiowała wymarzony kierunek. Tata jest emerytowanym oficerem policji. Był szefem ruchu drogowego w naszym mieście. W Limanowej jest bazylika Matki Boskiej Bolesnej, którą budował mój pradziadek Jan Kanty Śmierciak. Od lat odprawia się tam różaniec fatimski. Przyjeżdżają pielgrzymi z Polski, Czech, Słowacji. W czasach komunistycznych tata zamykał ruch wokół rynku, żeby nic nie zakłócało nabożeństwa. Ja chodziłam otwarcie do kościoła. Po przełomie ustrojowym ojciec pozostał na swoim stanowisku. Z obojgiem rodziców do dziś mam bardzo dobre relacje.

Muszą być dumni z córki, która wybiła się w tak trudnej dziedzinie. Kiedy zdecydowała się pani na specjalizację chirurgiczną?

- Szybko. Na moim roku zaczynało studia 270 osób. Zaledwie kilkoro z nas po trzecim roku przeszło na indywidualny tok studiów dzięki wysokiej średniej z egzaminów. Byłam w tej grupie. Także moja najlepsza przyjaciółka Anka Niedźwiedzka, która chodziła na swoje zajęcia do Instytutu Pediatrii w szpitalu w Prokocimiu. Towarzyszyłam jej. Tam poznałam chirurgię dziecięcą. Od początku studiów wiedziałam, że medycyna niezabiegowa mnie nie interesuje.

Dlaczego?

- Ponieważ leczenie przez podawanie tabletek wymaga cierpliwości. A chirurg widzi efekt swojej pracy od razu. Marzyła mi się chirurgia dziecięca. Najlepiej plastyczna i rekonstrukcyjna. No i miałam szczęście. Dziekan i profesor Jan Grochowski zatrudnił mnie i Ankę na tzw. studenckim etacie asystenckim. Rozpoczęłam pracę na UJ już po trzecim roku studiów. Znalazłam się w miejscu "kultowym". Szpital w Prokocimiu, czyli Polsko-Amerykański Instytut Pediatrii, to było imperium. Stworzył je właśnie profesor Grochowski. Już sam budynek budził respekt: wielkie hole, wysokie pomieszczenia, rozmach. Za czasów profesora tamtejsza chirurgia dziecięca była absolutnym numerem jeden w Polsce. Dwieście łóżek, stałe kontakty z Zachodem. Z wizytą przyjeżdżali amerykańscy prezydenci. Raz, dwa razy do roku operowałam z najwybitniejszymi profesorami z Filadelfii. Po śmierci profesora Grochowskiego napisali, że jestem jego ostatnim uczniem.

Spadkobierczyni tradycji?

- Rzeczywiście miałam przywilej pracy z guru polskiej chirurgii. Moim mistrzem był profesor Jacek Puchała, jeden z pionierów rekonstrukcji wad wrodzonych rąk i leczenia oparzeń. Poza tym profesorowie Maria i Tadeusz Łyczakowscy, mikrochirurdzy, moi pierwsi nauczyciele replantacji, czyli przyszywania odciętych kończyn i palców, oraz chirurgii twarzoczaszki. Przekazali mi w spadku swoje książki i instrumenty chirurgiczne, których wciąż używam. Wtedy byłam zafascynowana różnorodnością ich działań. Żal było wychodzić z bloku operacyjnego.

Zaczynała pani od chirurgii dziecięcej, dziś operuje pani dorosłych. To duża różnica?

- Zajmowanie się dziećmi było dla mnie doskonałym punktem startowym. Siedemdziesiąt pięć procent umiejętności zawodowych potrzebnych mi obecnie pokrywa się z wymaganiami chirurgii plastycznej i rekonstrukcyjnej dzieci. Kiedy specjalizacja się tworzyła, obejmowała cały zakres chirurgii dziecięcej. W naszej klinice mieliśmy wszystko: ortopedię, urologię, neurochirurgię itd. Blok operacyjny był wspólny. Zaliczyłam niejedną asystę do zabiegu kardiochirurgicznego, musiałam umieć otworzyć czaszkę i ewakuować krwiak, nastawiać złamania. Spotkałam się ze wszystkimi możliwymi wadami rozwojowymi dzieci - twarzoczaszki, rąk, powłok skóry. Operowałam wiele noworodków. Wypracowałam ruchy rąk inne niż ktoś, kto od razu uczy się operować dorosłych. Naturalne ruchy chirurga dziecięcego są bardzo precyzyjne. Najmniejsze dziecko, które operowałam, miało 800 gramów. Zakładałam mu wejście centralne do żyły szyjnej.

Miała pani kontakt z dziećmi cierpiącymi, zmienionymi chorobą. Jakie to doświadczenie dla młodej kobiety?

- Czasem wstrząsające. Niektóre momenty trudno wyrzucić z pamięci. Raz, dwa razy w roku odwiedzał nas słynny amerykański profesor Scott Bartlett. W poniedziałek miał konsultacje przed tygodniowymi operacjami. Wtedy przyjeżdżało około 30, 40 dzieci z całego kraju. Od maluchów w wózku do nastolatków. Z najpoważniejszymi deformacjami twarzoczaszki - krzywe kości, szeroko rozstawione oczy, zdeformowane twarze. Korytarz chirurgiczny w części poradni był usytuowany tak, że wszyscy, którzy szli dalej, musieli przejść tamtędy. Proszę wyobrazić sobie scenę: przechodzące obok "zwykłe" dzieci na widok tych naszych krzyczą i uciekają ze strachu.

W takich chwilach nie chciała pani przenieść się na jakiś mniej stresujący oddział?

- Nigdy. A najgorsze momenty przeżyłam, będąc w ciąży. Lecząc wady wrodzone, doskonale wiedziałam, jaka wada w którym momencie rozwoju dziecka może się pojawić. Każdego dnia wyobrażałam sobie, co aktualnie dzieje się w moim brzuchu. Wielki stres. Kiedy czternaście lat temu urodziłam Marynię i zobaczyłam, że jest zdrowa, pomyślałam: dzięki Bogu, więcej losu kusić nie będę.

Zachodząc w ciążę, nie bała się pani, że zawodowo może to oznaczać odstawienie na boczny tor?

- Nie. Moment na dziecko był dobry. Zdałam egzamin na pierwszy stopień specjalizacji, kończyłam doktorat. Pochwalę się, że miałam najszybszą "jedynkę" i najszybszy doktorat w Prokocimiu - w wieku 29 lat. Broniłam się w siódmym miesiącu ciąży. Pracowałam do końca, ale mniej na bloku, w polu elektromagnetycznym. Zamiast kawy piłam zieloną herbatę. Wróciłam do pracy po pół roku, nie przyspieszałam tego 

Jaki mężczyzna zdecydował się zostać partnerem ambitnej indywidualistki, która zamierza robić karierę w chirurgii? 

- Ależ nas ulepiono z tej samej gliny! Poznaliśmy się przed uczelnią, sprawdzając wyniki egzaminów wstępnych. Okazało się, że jesteśmy w jednej grupie, i tak już zostało. Mój mąż, Piotr Klimeczek, jest radiologiem, jednym z pierwszych i najlepszych w Polsce specjalistów diagnostyki obrazowej serca. Pomagał rozwijać ośrodki w Aninie, Łodzi, w Zabrzu u profesora Zembali i we Wrocławiu, gdzie spędził najwięcej czasu. Teraz wrócił do Krakowa. W okresie naszych specjalizacji rodzina była w rozjazdach.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje