Przejdź na stronę główną Interia.pl

Olga Bołądź: Odpoczynek wojowniczki

Aktorka jest jak... młody żołnierz. Doświadczenia mało, ryzyko duże. Nauczy się walczyć o swoje, to przetrwa. Tak było z Olgą Bołądź. Emocjonalna, mało odporna na krytykę, nie lubiła siebie na ekranie. Teraz ma 31 lat i 30 zagranych ról. Już wie, jak oddzielać świat na planie filmu od tego, co poza nim. A tam jest trzyletni syn, fajne życie. Olga umie o nie dbać: nie ma kredytu, nie trwoni pieniędzy. „Gdy nie będzie dla mnie ról, mogę rozwozić pizzę”, mówi, choć raczej żartem. Bo dostała boski znak, że do aktorstwa się nadaje.

"W życiu trzeba dziś mieć wrażliwość księżniczki i mentalność dziwki", zacytowałaś kiedyś słowa Anny Dymnej. Jak udaje ci się pogodzić takie sprzeczności?

Reklama

Olga Bołądź: - Podczas prób do spektaklu "Pozytywni", opowieści o ludziach, którzy trafiają na psychoterapię, lubiłam obserwować kolegów na scenie. W sztuce jest wiele skrajnych emocji, nasz zawód polega przecież na umiejętności obnażenia się. Trzeba na zawołanie płakać, zakochiwać się, nienawidzić tak, jakbyśmy robili to pierwszy raz. Jak dziecko. To Anna Dymna powiedziała, że wrażliwość jest konieczna, bo nią gramy. Z drugiej strony trzeba mieć twardą skórę, pancerz, żeby nie bać się krytyki. W czasie prób po raz kolejny wyznajesz koledze miłość, wszyscy na ciebie patrzą, a reżyser komentuje: "No nie czuję tego". I ty się nie obrażasz, taka praca. Potem koniec sceny, wyciągasz komórkę i załatwiasz prywatne sprawy. Większość aktorów, których znam, po iluś dublach trudnych scen natychmiast pozbywa się tych emocji.

Ale mówiłaś, że na planie filmu "Nad życie", o koszykarce Agacie Mróz, po jednej ze scen uciekłaś do kąta i skulona, zapłakana długo dochodziłaś do siebie.

- To zdarza się rzadko. Wtedy, po siódmym chyba dublu sceny pożegnania umierającej matki z jej dzieckiem, rzeczywiście łapałam się za głowę i prosiłam ekipę: "Dajcie mi chwilę". Zaprzyjaźniona charakteryzatorka wspierała mnie: "Fajnie grasz, zaraz będzie koniec". Ale po zdjęciach wyłączyłam w sobie tę wygenerowaną wrażliwość i do domu wracałam już inna, prywatna.

No właśnie, Olga prywatna? Ile w tobie dziecka, a ile dorosłej?

- Mam nadzieję, że dziecka jest we mnie jak najwięcej. Olga Szwajgier, legenda krakowskiej szkoły teatralnej, na zajęciach z impostacji (nauka wydobywania głosu podczas zadań aktorskich) ćwiczyła z nami kontakt z wewnętrznym dzieckiem. Poprzez śpiew mieliśmy je przytulać, chronić, pocieszać. Takie wrażliwe dziecko w sobie to nie tylko klucz do aktorstwa, ale według mnie szansa na szczęśliwe życie, w zgodzie i kontakcie ze sobą. Ale trzeba też dorosnąć. Pracować nad sobą, pozwolić na bycie spełnionym, w tym widzę sens. Bo przecież w codziennym życiu konieczna jest dojrzałość. To, że się zmieniam, jest naturalną koleją rzeczy.

Co w sobie przerobiłaś?

- Kiedyś życie miało dla mnie tylko dwa kolory - biały i czarny. Jak w starym kinie. W szkole uczono nas wchodzić w skrajne emocje. Przez półtorej godziny na sygnał musiałam się rozpłakać, po chwili być radosna, zaraz potem zagrać pożądanie, a po minucie wiarygodnie się wkurzyć i wrzeszczeć. To trudne, a jeszcze zrób to trzy razy z kolei, tak samo intensywnie! Wtedy wydawało mi się, że emocje w życiu wyglądają równie skrajnie. Jak kochałam - to do bólu. Jak się gniewałam - na śmierć i życie.

To nie pomaga w życiu?

- Nie. W przeszłości często reagowałam impulsywnie i straciłam przez to kilka znajomości, które wydawały mi się ważne. Zdarzało mi się obrazić się za coś i już nie "odobrazić". Łatwo mogłam kogoś skreślić: "Jak nie, to nie, i basta". Tak właśnie zerwałam z przyjaciółką. Dziś mam więcej wyrozumiałości dla siebie i dla innych. Mniej oceniam i co ważne, przestałam drążyć i doszukiwać się drugiego dna, gdy nie rozumiem czyjegoś zachowania. Ostatnio na Facebooku przeczytałam mem: "Mądry człowiek to ktoś, kto ma dużo do powiedzenia i zostawia to dla siebie". Coś w tym jest. A ty chcesz ode mnie usłyszeć, że jestem rozedrgana, histeryczna? Myślę, że miejsce na tak silne emocje jest w kinie i w teatrze. Czytałam gdzieś, że tylko na wojnie przeżywa się skrajności, ale potem żołnierz płaci za to stresem pourazowym. To gdzie w tym szczęście?, pytam.

No właśnie, gdzie?

- Zamiast widzieć życie czarno-białe, warto odnaleźć w nim różne odcienie szarości. Dostrzegać w pozornie zwyczajnych sytuacjach powody do szczęścia. To może być moment, gdy szuram liśćmi na spacerze. Albo kiedy, jak teraz, czekam na pierwszy śnieg. Po to, by po 20 latach wsiąść na sanki i zjechać z górki z synkiem. Nauczę go jeździć na nartach, bo sama to kocham. W mojej pracy łatwo popaść w skrajność, zgubić pasję. Wkurzać się, gdy na planie przez 14 godzin gram wsiadanie i wysiadanie z auta, bo nie co dzień zdarza się trudna i ciekawa scena. A ja chcę czuć spełnienie, nawet gdy marznę cały dzień, czekając, aż wejdę na plan. Bo myślę sobie: "Olga, to jest twoje życie i chyba jest fajne? Wykonujesz zawód, który kochasz, wygrałaś casting, pokonałaś ileś świetnych dziewczyn. To ciesz się tym, co masz". Już wiem, że nie ma sensu szukać w życiu wiecznej ekstazy i wpadać w rozpacz, gdy jej brakuje. Chociaż raz na jakiś czas funduję sobie silniejsze przeżycia. Zjeżdżam na nartach po czarnych trasach, choć moje umiejętności nie zawsze nadążają za odwagą. Zdarzyło mi się skoczyć ze spadochronem albo na nartach z helikoptera. Teraz uczę się nurkować.

A instynkt samozachowawczy?

- Na szczęście, gdy robiłam coś szalonego, czuwał nade mną Anioł Stróż. Nigdy nie stało mi się nic złego. We Włoszech początkująca narciarka zajechała mi drogę. Jej kijek od nart omal nie przebił mi czaszki. Innym razem, gdy ćwiczyłam do egzaminu na prawo jazdy, mój samochód zgasł na przejeździe kolejowym. Tak się zdenerwowałam, że nie mogłam go odpalić, słyszałam tylko trąbienie i widziałam zbliżający się pociąg. Kuzyn wypchnął mnie z samochodu i w ostatniej chwili sam go wycofał. Po tej przygodzie odłożyłam egzamin na trzy lata. Nie chcę już, jak kiedyś, przeżywać życia "na pełnej petardzie". Coraz częściej szukam w nim spokoju i błogosławionej nudy.

Ciekawe, czy to wiąże się z macierzyństwem. Wiele kobiet mówi, że po urodzeniu dziecka zmieniały się im priorytety.

- Odkąd zostałam mamą i mam rodzinę, moje wariackie emocje się wyciszyły. Pamiętam, że kiedy trzy lata temu urodził się mój synek, zauważyłam nagle, że nie mogę oglądać wiadomości. Czuję się bezsilna, gdy słucham o cierpieniach, które zadają dzieciom ludzie z Państwa Islamskiego, o kilkuletnich uchodźcach, którzy toną w morzu. To mnie przerasta, nie rozumiem tego świata. Nie lubię tej bezradności, bo ja nie umiem siedzieć bezczynnie. W domu nauczono mnie, że trzeba pomagać, dzielić się tym, co się ma. Kiedy więc czytam historię o samotnym, chorym ojcu wychowującym dwójkę dzieciaków, wysyłam mu pieniądze.

Widziałam na twoim Facebooku zdjęcia chorych dzieci, bezdomnych zwierzaków, dla których szukasz domu. I przyznam, myślałam, czy to twój odruch serca, czy po prostu... tak wypada.

- Miejsce na lans jest na moim zawodowym fanpage’u. Zapraszam. A na prywatnym koncie męczę znajomych, żeby adoptowali psy, koty. I sama daję przykład. Kiedyś jeździłam regularnie do schroniska dla zwierząt, żeby zaopiekować się tymi poharatanymi bidulami. Napłakałam się tam. Wychowałam i wyleczyłam osiem psów, a potem znalazłam im właścicieli. Wykupuję konie skazane na rzeź. Wspieram kampanie sprzeciwiające się polowaniom, fermom zwierząt futerkowych. OK, nie jestem wegetarianką, ale uważam, że obowiązkiem jest stawać w obronie tych, którzy nie mają głosu.

Czytałam, że ratowałaś psa, który siedział w skutej lodem norze.

- Tak, dowiedziałam się o tym z sieci. Pojechałam tam z przyjaciółką, waliłyśmy łopatą w zamarzniętą ziemię, ale lód nie chciał puścić. Dopiero strażacy pomogli dostać się do psa. Był przerażony, nie chciał wyjść, więc sama wlazłam do niego do tej dziury. Zabrałyśmy go do weterynarza, potem do domu. Leżał spokojnie przed kominkiem i nagle stracił siły... okazało się, że zjadł trutkę na szczury. Zdechł, ale choć ostatnie chwile życia spędził w cieple. Teraz mój synek ma prawie trzy lata i na pewno jakieś zwierzaki znowu do nas trafią. Nie umiem inaczej.

Zastanawiam się, czy trzeba być silnym, żeby pomagać innym.

- Mogę ci powiedzieć, że bywam niepewna, czasem brakuje mi wiary w siebie.

Widząc cię w filmie Nad życie, trudno w to uwierzyć. Piękna, wyzwolona kobieta w złotym bikini...

- Halo, to tylko film! Chociaż, gdy oglądam te kadry, myślę: "No co ty, głupia, fajnie wyglądałaś". Bo wtedy, na planie, przeżywałam katusze, wstydziłam się swojego ciała. Pamiętam tę panikę w głowie: "Boże, gdzie tu się schować, wszyscy się na mnie gapią i pewnie komentują". W pracy podczas zdjęć rzadko się sobie podobam, w zasadzie nie patrzę na podgląd, bo od razu przychodzą wątpliwości, nic mi nie pasuje: "Nie taki profil, nie takie włosy". I gdy już się tak rozpędzę w swoich myślach, wydaje mi się, że wszyscy mnie tak widzą.

Przejmujesz się tym, co myślą o tobie inni?

- Po mojej pierwszej roli w Skorumpowanych, to już siedem lat temu, czytałam opinie: "Jaka ona brzydka!" i różne mocne epitety. To były komentarze pod zdjęciem, na którym mam krótkie włosy i charakteryzację, która "nie dodaje". Jasne, że się przejęłam. Lecz dzisiaj... walczę z próżnością. Gdy obejrzałam ostateczną wersję filmu Słaba płeć, trzy dni powstrzymywałam się, żeby nie zadzwonić do reżysera i nie poprosić go o zmianę pewnego ujęcia, na którym wyglądam okropnie. W końcu odpuściłam, bo przecież to irracjonalne, jestem aktorką wypadałoby mieć większy dystans do siebie. Jestem dumna, że wygrałam z własną próżnością.

Aktorką, ale także kobietą.

- Dlatego, jak każda kobieta, przeglądam się w oczach innych. Robię "dzióbek" do lustra. Choć słyszałam, że teraz modniejsza jest "rybka", czyli rozchylone usta. Muszę się tego nauczyć. A serio, staram się postrzegać siebie... przez rozum. Jestem na tyle ładna, na ile sama taką się widzę. Czasem więc myślę: "Fajnie wyglądasz, odrastają ci już włosy". Ale innym razem mam "dzień świni" i już nie lubię swojego odbicia w lustrze.

I wtedy?

- Chciałabym zostać w domu. Każda z nas ma przecież taki czas, że wolałaby się schować pod koc. Może to wina wody zatrzymanej w organizmie, może hormonów? No ale jestem kobietą pracującą i muszę brać się w garść. W taki dzień poprawiam sobie nastrój: maluję się, ubieram kobieco. Bo my zbyt często widzimy się w roli brzydkiego kaczątka, a nie dostrzegamy, że wyrastają z nas piękne łabędzie.

A ktoś ci w życiu mówił, że jesteś ładna?

- Tak, ale czy to był komplement? W liceum nauczycielka historii zabiła mnie komentarzem: "Bołądź, jesteś ładna, to już wystarczy, więc lepiej się nie odzywaj". Boże, jak kobieta kobiecie może powiedzieć coś takiego?! Ona "zdmuchnęła" moje poczucie wartości. Na początku pierwszej klasy miałam 17 piątek z polskiego. Byłam wygadana, wciąż podnosiłam rękę do odpowiedzi. Aż koledzy zaczęli się ze mnie nabijać. A wiadomo, akceptacja była najważniejsza, więc odpuściłam. Poddałam się presji grupy. Potem długo musiałam ćwiczyć asertywność, żeby nie bać się "wychylać".

Jesteś aktorką pożądaną. Sprawdziłam, od 2007 roku miałaś ponad 30 ról, w tym kilka głównych. To chyba też daje wiarę w siebie?

- Może właśnie dlatego zdecydowałam w liceum, że będę aktorką? Jeśli nie wyjdzie, trudno. A w dniu egzaminów uciekłam z auli pełnej pewnych siebie, "nakręconych" kandydatów. Zamiast się zastanawiać, czy na pewno są lepsi ode mnie, wyszłam na dwór. Pamiętam, że grałam na chodniku w klasy, żeby tylko nie udzieliła mi się trema i napięcie. Jestem wierząca, uznałam więc, że jeśli zdałam, to Bóg tak chciał. Dostałam się za pierwszym razem i może to bezczelne, ale zyskałam pewność, że się nadaję.

To ważne dla aktora. Bez wiary w siebie jest bezbronny.

- Nieraz koledzy z roku pytali: "Po co ty jedziesz na casting, nie szkoda ci stówy na bilet?". Jakby chcieli mnie zniechęcić, a pewnie sami usprawiedliwiali swój brak działania. A ja walczyłam, nie bałam się zaryzykować. Podczas studiów wyjechałam na pół roku na stypendium do Hiszpanii, chociaż inni mi mówili, że "coś mnie może ominąć w Polsce". Nie ominęło.

A jesteś gotowa na tę chwilę, gdy agentka przestanie dzwonić z kolejnymi propozycjami ról?

- Nie przestanie. A jeśli tak, zmienię zawód.

Zuchwała...

- Jestem panią własnego losu. Wolnym strzelcem z wyboru. Sama dbam o finansowe bezpieczeństwo. Czy mam z czego żyć, zależy ode mnie, a nie od tego, czy zadzwoni telefon. W razie czego mogę rozwozić pizzę. A poważnie... jestem roztropna. Unikam kredytów, życia ponad stan. Mieszkanie w kamienicy na Mokotowie wybrałam po roku poszukiwań, bo nie chciałam hipoteki na kilkaset tysięcy. Nie szaleję w sklepach, bo nie potrzebuję tylu ciuchów. Jestem wolna od nałogów.

Kobieta bez grzechu.

- O tych dużych ci nie powiem. Opowiem ci o grzeszkach. Kiedyś z koleżankami, w podstawówce, rywalizowałyśmy, która ukradnie więcej ogórków. A tacie podbierałam pieniądze z portfela, chociaż myślę, że wiedział i przymykał na to oko.

A na jakie grzechy u innych ty nie umiesz przymknąć oka?

- Na brak lojalności. Wymagam absolutnej. Kiedyś przez zawodową zawiść straciłam główną rolę w międzynarodowym filmie. Ludzie nie grali fair. I to mnie czegoś nauczyło.

Mniej ufasz ludziom?

- Zawsze znajdzie się ktoś, kto ci zazdrości, nie życzy ci dobrze. Ale ja nie skupiam się na tym, bo lubię ludzi. Mam chyba zdrowe podejście do rywalizacji. Krystyna Janda mówi, że "najbardziej stymuluje cię oddech przeciwnika na plecach". Ale ja staram się rywalizować tylko sama ze sobą. Trzeba unikać w życiu złych emocji, bo mogą do ciebie wrócić.

Czego ci brakuje, by powiedzieć: jestem szczęśliwa?

- Czasu. Daj mi czas, z resztą dam sobie radę. Lubię być sobą. Popełniam błędy, mam słabości, ale to akceptuję. Coraz mniej we mnie poczucia winy, że coś źle zrobiłam. W naszej kulturze dziewczynki mają być grzeczne, zawsze przepraszać i nie odzywać się niepytane. Ale dorosła kobieta musi sobie z tym poradzić. Wierzyć w siebie, słuchać siebie i nie oczekiwać zbyt wiele od innych. I ja tak podchodzę do życia. To moje postanowienie. Nie tylko na nowy rok.

Rozmawiała Marta Bednarska

Dowiedz się więcej na temat: Olga Bołądź

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje