Przejdź na stronę główną Interia.pl

Okinawa: Wyspa, która zachwyca

​Okinawa zwana jest japońskimi Hawajami. Lot z Tokio trwa dwie i pół godziny. Już podczas lądowania zachwycają bujne lasy tropikalne i bajkowe kolory wody. Na miejscu okazuje się, że ludzie są przyjaźni i zrelaksowani, a okoliczne wyspy otoczone rafą koralową oferują idealne warunki do nurkowania, snorkelingu, kitesurfingu i innych sportów wodnych.

Urodziła się na przeciwległym krańcu mierzącego 3,5 tys. kilometrów archipelagu japońskiego i zanim dotarła na Okinawę, już jako zamężna kobieta, przez długie lata bez powodzenia szukała swojego miejsca na ziemi. W Sapporo od kiedy pamięta, wciąż marzła. Nie mogła przyzwyczaić się do przeszywającego ciało zimna, nie uprawiała sportów zimowych i też nigdy nie chadzała z koleżankami na Festiwal Śniegu, gdzie artyści wycinają w lodzie gigantyczne rzeźby. Marzyła, że któregoś dnia opuści Hokkaido i wyjedzie na Honsiu, czyli na główną wyspę Japonii, może do Tokio lub dawnej stolicy kraju Kioto. Nie przypuszczała, że jako studentka zapuści się dużo dalej - do Singapuru, Australii, Nowej Zelandii, a potem do Ameryki, gdzie pozna męża, rdzennego Indianina. 

Reklama

Przyjęła jego nazwisko, stąd ta nietypowa mieszanka: Jukari Marsh. 50-latka ma okrągłą twarz, na której co chwila pojawia się delikatny uśmiech, i łagodną powierzchowność. Od razu się ją lubi. Także dlatego, że jest jedną z nielicznych osób na wyspie, która mówi dobrze po angielsku. Dla niemówiącego po japońsku Polaka to wystarczający powód, by obdarzyć Jukari sympatią. Ale by opisać stosunek urodzonej w Sapporo Japonki do leżącej na południowym krańcu archipelagu Okinawy, słowa takie jak "sympatia" czy nawet "przywiązanie" nie wystarczą. Jukari Okinawę wielbi i jest to miłość wyjątkowa, bo zrodzona przy pierwszym spotkaniu. Uwiedziona hukiem rozbijających się o skały wód Pacyfiku, zapachem słonego powietrza i widokiem gęstego tropikalnego lasu Janbaru okalającego górę Jonaha, Jukari poczuła, że w końcu znalazła dom. To było 13 lat temu, kiedy przyjechała tu po raz pierwszy. Od tamtej pory budzi się rano i z zadowoleniem stwierdza: "jestem u siebie". 

Slow life do potęgi

- Okinawa ma niewiele wspólnego z typową Japonią, a sami jej mieszkańcy nie lubią, gdy nazywa się ich Japończykami. Mówią, że są Okinawczykami - wyjaśnia Jukari, kiedy idziemy pustą plażą. 

- Przede wszystkim uważają się za mieszkańców dawnego królestwa Riukiu, podbitego przez Japonię na początku XVII wieku, a zaanektowanego dopiero w 1879 roku. To ważne. Okinawa przez wieki była niezależna od Japonii. Z Chin przyjęła buddyzm i feng shui, wszelka broń była tu zakazana. I ludzie tutaj mają wciąż potrzebę podkreślania niezależności chociażby w ten sposób, że żyją innym rytmem niż na Honsiu - tłumaczy Marsh. 

I rzeczywiście, nawet w stolicy Okinawy, leżącym na południu wyspy mieście Naha, ludzie nie biegną przed siebie z amokiem w oczach (takie obrazki widzi się na filmach o współczesnym Tokio), restauracje zamykane są na kilka godzin w ciągu dnia, a Okinawczycy są przyjaźnie nastawieni, pomocni i nie unikają kontaktów z cudzoziemcami. 

Tak jak właściciel maleńkiej kawiarni Coffee hotopoto schowanej w labiryncie wąskich uliczek zadaszonego targu Sakaemachi, który przyrządza kawę tyle razy, aż w końcu trafi w gust klienta. Dla każdego ma czas i dwa miejsca przy kontuarze. To tu piłem najlepszą iced coffee. Istnieje też możliwość zamówienia kawy, którą odbierze się następnego dnia - w nocy napar będzie skapywał do filiżanki przez specjalny filtr kropelka po kropelce. Slow life do potęgi. 

Dlatego na Okinawę uciekają wypaleni zawodowo trzydziestolatkowie z tokijskich korporacji i zakładają na wyspie gospodarstwa agroturystyczne, szkoły windsurfingowe lub wypożyczalnie sprzętu do nurkowania. Non-chan i jej mąż przyjechali z Fukuoki - to największe miasto na wyspie Kiusiu - mieli dość swoich menedżerskich stanowisk, pragnęli radykalnej zmiany. Nieopodal wioski Kunigami nad brzegiem oceanu, ale w otoczeniu lasu tropikalnego, stworzyli nietypowy hotel Soranoma Indigo i kawiarnię-restaurację Kimagure Cafe. Teren nie jest ogrodzony, a całość wygląda jak scenografia do filmu przygodowego: gęsta zieleń, ręcznie robione znaki wskazujące drogę do łaźni lub kawiarni zawieszone na gałęziach, drewniane chatki o nieregularnych kształtach, platforma obserwacyjna na wysokich filarach przypominająca domek na drzewie, prowizoryczne mostki i kamienne murki. 

Większość budynków i sprzętów w Indigo zostało wykonanych ręcznie przez właścicieli - zajęło im to ponad dwa lata, a efekty, zwłaszcza po wejściu do którejś z chatek, gdzie większość mebli jest także handmade, zwalają z nóg. W restauracji siedzi się na... huśtawkach, a menu zmienia się w zależności od tego, co akurat rośnie w ogrodzie. Rano, po pobudce, którą zapewniają dzikie ptaki i ich trele, na śniadanie można spodziewać się jajecznicy z gorzkim melonem lub grzanek z pastą ze słodkiego ziemniaka, owczego sera i selera. Do tego świeżo parzona czarna kawa w glinianych filiżankach. No, chyba że akurat Non-chan i jej mąż zaśpią. W Japonii taka wpadka byłaby nie do pomyślenia, na Okinawie zdarza się i nikt się nie denerwuje. Slow life zobowiązuje. 

Latające skutery

Okinawa nazywana jest często japońskimi Hawajami ze względu na klimat, ale i z powodu swojej odmienności od reszty kraju (jest równie odległa i egzotyczna jak Hawaje dla Amerykanów). - Do końca XVI wieku królestwo Riukiu pozostawało pod silnymi wpływami Chin, Tajwanu i innych państw południowoazjatyckich, prowadziło stały handel z Holendrami. Japonia wydawała się odległym lądem - tłumaczy Jukari Marsh, obracając w dłoniach muszle zebrane na plaży. 

- Do dziś produkty pochodzące z Okinawy, ale i tutejsze tradycje oraz kultura, jedzenie i muzyka są dla pozostałych Japończyków czymś mało znanym, wręcz orientalnym. Nietypowa także jest pogoda - wyspa leży w ciepłym klimacie podzwrotnikowym, śnieg i mrozy tu nie docierają, rośliny kwitną cały rok. Każdy, kto mieszka poza miastem, prowadzi przydomowy ogródek, w którym uprawia warzywa, owoce i zioła. 

W styczniu średnia temperatura wynosi 21,5°C, a w październiku i listopadzie ponad 25 (najcieplej jest w lipcu i sierpniu). Problemem są gwałtowne i obfite deszcze (zwłaszcza od maja do końca września) oraz nawiedzające Okinawę tajfuny - o zbliżającym się huraganie informuje mieszkańców alarm w telefonie. Wtedy najlepszym rozwiązaniem jest pozostanie w domu (trzeba wyłączyć gaz i mocno przywiązać rzeczy pozostawione na balkonie lub tarasie). Lecący w powietrzu 100-kilogramowy skuter to podobno zwyczajny widok - tak silne bywają wiatry. 

Stąd i zabudowa Okinawy nie jest zbyt finezyjna - większość budynków stanowią masywne betonowe bryły. Parterowe drewniane domy z dachem krytym ceramiką i z przepierzeniami dzielącymi pomieszczenia wykonanymi z półprzezroczystego papieru japońskiego to tutaj rzadkość. Niewątpliwie ma to także związek z tragiczną historią Okinawy, gdzie w 1945 roku rozegrała się najkrwawsza bitwa lądowa na Pacyfiku. Amerykanie zrzucili na tę niewielką wyspę pół miliona bomb i pocisków, a w walkach zginął co czwarty mieszkaniec. Wtedy też doszczętnie spłonął jeden z największych skarbów Okinawy - XIV-wieczny zamek Shuri, siedziba królów Riukiu. Rekonstrukcja budowli trwała 20 lat i dziś zamek wraz z dziedzińcem i ogrodami można znowu zwiedzać. Jego układ oraz zdobienia różnią się od tego, co można zobaczyć, odwiedzając słynne zamki w Himeji, Osace, Okajamie, Wakajamie czy Iwakuni. Bryła zamku przypomina chińskie pałace, jego szczyt zdobią smoki, przeważa złoto-czerwona kolorystyka. W środy na dziedzińcu odbywają się pokazy tradycyjnych okinawskich tańców: onnaodori, zoodori, ryūkyūbudo . 

Gwiezdny piasek

Japonia ma 47 prefektur, Okinawa jest najbiedniejszą i najdalej wysuniętą na południe - składa się z ponad 150 wysp otoczonych rafą koralową. Transport na samej Okinawie jest uciążliwy, bo to jedyne miejsce w Kraju Kwitnącej Wiśni, gdzie nie ma metra ani kolei, ale między wyspami można poruszać się na wiele sposobów: łodziami, promami, szybkimi motorówkami, a także samolotami. I warto z tej możliwości skorzystać, bo plaże tutejszych wysp nie tylko zachwycają urodą, często przebijając widoki znane z okładek folderów biur podróży, ale też są puste i dzikie. Docierając na wyspę Jaejama ma się wrażenie, że jest się tu pierwszym turystą od wielu, wielu lat. 

Na leżący nieopodal niewielki, wystający ze szmaragdowej wody kawałek ziemi zwany Jubu zabiera lokalna taksówka - wodny bawół, który powoli przemierza płytkie wody okalające obrośnięte gęstym lasem wyspy. W dżungli koncert - ptaki ostrzegają się przed niebezpieczeństwem, najbardziej boją się rysi, ale na widok człowieka też zaczynają nerwowo ćwierkać. Właścicielka lokalnej kawiarni zachęca do spaceru na plażę Hoshizuna, gdzie niektóre ziarnka piasku mają kształt gwiazd (najpiękniej jest tu o zachodzie słońca), a parze z Tokio, która chce zamówić coś do jedzenia, mówi ze spokojem w głosie, że "to może potrwać". 

- Nie ma problemu - odpowiada kobieta - mamy dużo czasu, tu nic innego się nie dzieje. Jej towarzysz dodaje ze śmiechem: - Nawet jeśli to potrwa trzy godziny, nie będzie za długo. 

Mężczyzna ma na sobie błękitną koszulę w kwiaty, szorty, na głowie kapelusz panama. Najwidoczniej tutejsza swobodna i niespieszna atmosfera udziela się nawet zapracowanym do granic możliwości Japończykom z wielkich metropolii. Część z nich, jak Jukari Marsh, zostaje tu na zawsze. Uciekają z Japonii, faktycznie jej nie opuszczając. By być bliżej natury, wieść życie prostsze, ale i spokojniejsze, mieć czas dla siebie i znajomych. 

- To którą muszlę chcesz zachować? - Jukari wyciąga do mnie dłonie pełne przepięknych znalezisk. - Możesz wziąć wszystkie, jeśli tylko chcesz. 

MICHAŁ KUKAWSKI

Twój STYL 9/2017

***Zobacz materiały o podobnej tematyce***

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje