Przejdź na stronę główną Interia.pl

Ojciec śpi, nie przychodź

Ponurą peerelowską rzeczywistość zmieniał w niekończący się karnawał. Zdzisław Maklakiewicz zagrał ponad sto ról. W większości epizodów, ale takich, które weszły do historii kina. – Tylko w jednej roli się nie sprawdził: męża i ojca - mówi jego córka Marta. Od śmierci aktora mija 40 lat.

Podobne rysy twarzy, identyczne spojrzenie i ten sam charakterystyczny styl poruszania się. Już na pierwszy rzut oka widać, że Marta Maklakiewicz to córka legendarnego Maklaka. Kiedy się spotykamy, wyciąga wiersz, który napisała dzień przed pogrzebem ojca, w październiku 1977 roku, i czyta:

Reklama

"Ojcze mój, któryś jest w ziemi,

Przed mą miłością na wieki zamknięty,

Na moje prośby nieczuły i niemy.

Przyszłam do ciebie w smutny dzień jesienny,

Przyszłam do ciebie okrytego liśćmi,

By w rozżarzonej świecy pośród kwiatów

Płonęły żarem moje żywe myśli,

Że choć cię nie ma, Ja cię kocham, tato".

Zdzisław Maklakiewicz zmarł 40 lat temu...

Marta Maklakiewicz: - Jak przez mgłę pamiętam jego pogrzeb, nagłe odejście taty było dla mnie ciosem. W końcu miał dopiero 50 lat... Kiedy się o tym dowiedziałam, byłam na saksach w Szwecji, bo w domu się nie przelewało. Zadzwoniła do mnie zapłakana mama, powiedziała, co się stało, a ja natychmiast wróciłam do Polski. Tata został pochowany na Powązkach w stroju Charliego Chaplina: w czarnym smokingu, lakierkach i meloniku. Ojciec uwielbiał tego aktora i jego abstrakcyjne poczucie humoru. Wiem też, że Himilsbach, z zawodu kamieniarz, zrobił dla niego płytę nagrobną. To była przedwczesna śmierć. Niespodziewana i niepotrzebna.

Okoliczności, w których zmarł, zostały wyjaśnione?

- Nie do końca. Świętował ze znajomymi przyznanie Złotej Kamery filmowi "Przepraszam, czy tu biją?" Marka Piwowskiego, potem wyszedł się przejść, usiadł na ławeczce, przysnął. Obudziły go dziewczyny lekkich obyczajów, które chciały wejść do Kamieniołomów, knajpy w podziemiach Hotelu Europejskiego, i poprosiły, żeby je tam wprowadził. Zawsze był szarmancki, więc postanowił im pomóc. Przy wejściu wywiązała się szarpanina z ochroniarzami, pojawiła się milicja. Podobno ktoś uderzył go pałką. Ojciec leżał nieprzytomny na Krakowskim Przedmieściu i wszyscy myśleli, że jest pijany, a on cierpiał na nieleczoną cukrzycę. Nie wiedział nawet, że choruje... A może wiedział, tylko się tym nie przejmował? Kilka dni później zmarł.

Na pogrzeb przyszła pani z mamą Renatą Maklakiewicz z domu Firek. To była największa miłość taty?

- W życiu mojego ojca liczyła się tylko jedna osoba: jego matka, babcia Cesia. Nigdy nie udało mu się przeciąć pępowiny. Każdą inną kobietę, która pojawiała się w jego życiu, porównywał do niej, nawet mnie. I oczywiście żadna nie dorastała jej do pięt. Bo babcia była zaradna, oszczędna. Potrafiła ugotować, uprać, uprasować. Miała dominujący charakter i potrafiła uzależnić od siebie tatę. Inne kobiety tylko przychodziły i odchodziły, ona była przy nim zawsze. Natomiast moja mama to pierwsza miłość taty.

Gdzie się poznali?

- Przy fortepianie. Mama studiowała w Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie na Krakowskim Przedmieściu, tata kończył szkołę teatralną tuż obok, na Miodowej. Często wpadał do ASP, żeby pograć na stojącym w holu pianinie. Inni studenci gromadzili się wokół niego, dziewczyny siadały mu na kolanach. Było wesoło. Tylko mama stała z boku i się nie narzucała. Była piękna, wrażliwa, romantyczna. I tym zwróciła uwagę taty.

Babcia Cesia sprzeciwiała się temu małżeństwu. Ale nie tylko ona. Rodzice pani mamy nawet nie przyjechali na ślub.

- Dziadkowie Firkowie uważali, że to nie jest odpowiedni kandydat dla mojej mamy. Bo mąż co miesiąc powinien przynosić do domu pieniądze i zapewnić byt rodzinie. A tata, choć świetny aktor, był lekkoduchem. Nie nadawał się do roli męża i ojca.

Po ślubie rodzice zamieszkali w rodzinnym domu taty, przy Kopernika 11.

- To piękna przedwojenna kamienica. Wchodziło się do niej przez wielką bramę, do mieszkania na trzecim piętrze wiodły białe marmurowe schody. Tam się urodziłam i wciąż mam ogromny sentyment do tego miejsca. Pamiętam, jak ojciec karmił siadające na parapecie gołębie. Rozróżniał je wszystkie i nadawał im imiona: Bolek, Lolek, Franek, Gucio... Ale babcia Cesia urządziła tam mamie piekło na ziemi. Uważała, że żona jej Zdzisia powinna być przede wszystkim dobrą gospodynią, a mama się do tych oczekiwań nie dopasowała. Ona była artystką: grała na pianinie, malowała, pisała piękne wiersze, świetnie grała, bo skończyła też szkołę teatralną.

- Babcia ciągle zwracała jej uwagę, że powinna swojego męża rozebrać, jak przyjdzie pijany, uprać mu koszulę, rano podać śniadanie do łóżka. I cieszyć się, że w ogóle wrócił do domu. Rolę kobiety widziała bardzo tradycyjnie. Dlatego kilka lat później, kiedy miałam osiem lat, wymyśliła, że powinnam pójść na kurs "Praktyczna pani". Nauczyłam się tam kroju i szycia, cerowania, robienia na drutach, sprzątania, gotowania. Wszystkiego, co mogłoby sprawić, że w przyszłości będę dobrą żoną.

Kiedy w małżeństwie pani rodziców zaczęło się psuć?

- Mama hołdowała pewnym wartościom i zasadom. Sama była domatorką i nie akceptowała hulaszczego trybu życia taty. A on nie wracał na noc albo wracał o piątej nad ranem. Zdradzał ją. Co rusz znajdowała liściki miłosne od różnych pań albo inne dowody niewierności. Ojciec nie sądził, że mama kiedykolwiek od niego odejdzie, bo bardzo go kochała, ale tego było dla niej za wiele. Spakowała walizki, opuściła mieszkanie przy Kopernika i pojechała do pracy w Teatrze Dolnośląskim w Jeleniej Górze. A mnie wysłała do swoich rodziców do Gdańska, bo nie miała środków na to, żeby wychowywać mnie samotnie. Miałam wtedy dwa lata.

Ojciec szukał z panią kontaktu?

- Nigdy. Czułam się niechcianym dzieckiem, bo zawsze to ja musiałam żebrać o jego uwagę i miłość. Był taki epizod, że tata też zamieszkał w Trójmieście. Występował wtedy w teatrze Wybrzeże u Zygmunta Hübnera, razem ze Zbyszkiem Cybulskim współtworzył teatrzyk Bim-Bom. Nie widywaliśmy się, ale kiedyś stwierdził, że chciałby mi zrobić prezent na Boże Narodzenie. Babcia Cesia - kontakt z ojcem miałam jedynie przez nią - zadzwoniła i zapytała, co chcę dostać. Odpowiedziałam, że rowerek. A tata obiecał, że wręczy mi go osobiście. W swojej głowie miałam obraz ojca idola, wspaniałego, mądrego i dobrego człowieka, więc bardzo cieszyłam się na to spotkanie. Po skończonych zajęciach w szkole usiadłam przed budynkiem i czekałam. Ale nikt nie przychodził. W końcu zaczęła się straszna śnieżyca, wyszedł woźny i zapytał: "A ty, Martuniu, czemu nie idziesz do domu? Jest już 18, lekcje skończyły się cztery godziny temu". "Czekam na tatusia. Obiecał, że przyjdzie i przyniesie mi rowerek", odpowiedziałam. Potem okazało się, że ojciec zapomniał i poszedł z kolegami na wódkę.

Gdy obserwowała pani koleżanki, które wychowywały się w normalnych rodzinach, nie było pani żal?

- To był dla mnie dramat. One miały w domu mamę i tatę, a ja surowych dziadków. Może dlatego sama nigdy nie zdecydowałam się na dzieci? Bałam się, że poznam mężczyznę, owocem naszej miłości będzie dziecko, a potem on okaże się takim samym lekkoduchem jak mój tatuś. Nie chciałam ryzykować. Ale mamie też było ciężko. Swoją nieobecność próbowała mi wynagrodzić częstymi przyjazdami, podczas których zabierała mnie na spacery i wycieczki. Zawsze namawiała mnie, żebym mimo różnych trudności starała się utrzymywać kontakt z ojcem. Mówiła: "To są twoje geny, jesteś córką Maklakiewicza, nie rezygnuj".

Jest pani do niego fizycznie podobna.

- Zawsze nosił w portfelu dwa zdjęcia. Jedno moje, jeszcze w beciku, drugie swoje, też w pieluchach. Często kazał odgadywać kolegom, który to on, a która ja. Gdy się mylili, był zadowolony, że jego córka to wykapany tatuś.

Kiedy przeprowadziła się pani do Warszawy, kontakty z ojcem stały się łatwiejsze?

- Babcia Cesia dbała o to, żeby takie nie były. Gdy pojawiałam się na Kopernika i pukałam do drzwi, lekko je uchylała i mówiła: "Ojca nie ma, przyjdź za dwie godziny". A ja słyszałam, że tata chrapie w swoim pokoju. Wracałam za dwie godziny i słyszałam: "Ojciec teraz śpi, nie przychodź już". Chroniła go.

Przed czym?

- Przede mną. Chciała mieć swojego syneczka tylko dla siebie.

Nigdy pani nie wpuszczała?

- Tylko wtedy, kiedy ojca nie było. W ramach "nagrody pocieszenia" dawała mi słoiczek papryki w occie, kompot z malin albo cielęcinę od chłopa, bo tata nie płacił alimentów. Mamie trudno było związać koniec z końcem, żeby utrzymać rodzinę, sprzedawała różne pamiątki: złote łańcuszki, pierścionki. To we mnie wyzwoliło motywację, żeby jak najszybciej zacząć zarabiać i nie być od nikogo zależną.

Tata nie przywiązywał wagi do pieniędzy?

- Żadnej. Dzisiaj były, jutro nie. Nie przejmował się takimi przyziemnymi sprawami. Kiedy Himilsbach pojawiał się na Kopernika, stawał pod oknami i wołał: "Zdzisiu, rzuć stówkę!", to on wkładał tę stówkę do pudełka od zapałek i mu ją zrzucał.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje