Przejdź na stronę główną Interia.pl

Od drugiego wejrzenia

Zaczęło się od wspólnych zwierzeń. Potem długo, długo nic. I niespodziewanie zaskoczyła ich miłość. W tym roku, po 25 latach, odnowili przysięgę małżeńską.

Maja

Reklama

W teatrze figuruję jako Maja Barełkowska, w szkole mówiono na mnie "Baryła", wszyscy nazywają mnie Mają.

Zawsze miałam bardzo bujną wyobraźnię. I już od najmłodszych lat wyobrażałam sobie, że jestem zakochana. Niedawno odnalazłam swój pamiętnik z czasów, gdy chodziłam do liceum Generałowej Zamoyskiej w Poznaniu. Boże, obiekty moich uczuć mogły zmieniać się nawet trzykrotnie w ciągu dnia! Najbardziej lubiłam miłości nieszczęśliwe.

Szkoła teatralna jeszcze podsycała dramatyzowanie życia. Zaczynaliśmy studia w 1981 roku. Na uczelni wybuchł strajk okupacyjny. Panowała niezwykła atmosfera, rozbuchane młodzieńcze emocje sprzyjały fatalnym zauroczeniom. Podobali mi się starsi koledzy, im ktoś nieszczęśliwszy, tym bardziej interesujący. Piotra uważałam za dobrego kolegę. Przypominał mojego ojca. Był taki serdeczny, otwarty, wzbudzał zaufanie. Potrafiłam zwierzać się mu ze swoich skomplikowanych miłości, a on słuchał. Albo odwrotnie, on opowiadał o swoich perypetiach sercowych. Gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że będzie moim mężem, nie uwierzyłabym.

Pamiętam moment, kiedy wrócił z podróży do Stanów. Weszłam do szkoły, spojrzałam na niego i nagle stało się coś, czego nie potrafię wytłumaczyć. Zakochałam się. Wyglądał fantastycznie, modnie ostrzyżony, miał na sobie niebieskie kowbojki, dżinsy i spatynowaną skórzaną kurtkę. Nie sądzę, żeby tylko czar tych zachodnich ciuchów tak mnie uwiódł, w każdym razie czułam się jakoś inaczej. Zaczęłam się czerwienić, nagle wstydziłam się z nim rozmawiać. Postanowiłam kuć żelazo póki gorące i jeszcze tego samego wieczoru zaprosiłam go na kolację.

W tamtych czasach niczego nie było w sklepach, od rodziny z Poznania dostawałam transporty żywności, najczęściej parówki. A ponieważ sama wiecznie się odchudzałam, urządziłam Piotrowi parówkową ucztę. To spotkanie było decydujące, od tej pory jesteśmy razem.

Po szkole oboje chcieliśmy pracować w Warszawie, ale nigdzie nie mogliśmy się zaczepić. W końcu zdesperowani zadzwoniliśmy z budki telefonicznej na placu Zbawiciela do Kazimierza Dejmka, dyrektora Teatru Polskiego. Spytaliśmy, czy nas weźmie, bo jak nie, to nie ma sensu, żebyśmy do niego przyjeżdżali na rozmowę. Powiedział, że jest zainteresowany. Przyjął nas na etat. A tam same gwiazdy: Łapicki, Seniuk, Gajos, Pieczka, Englert i wiele innych. Grałam dwa miesiące, gdy okazało się, że jestem w ciąży. Dejmek nie krył rozczarowania: "No ładnie, waćpanna, zaczynasz karierę, a ja tyle ról dla panny szykowałem" - i tu wymienił wszystko, co mogłam u niego zagrać, ale już nie zagram. Ale nie było mi żal, cieszyłam się, że dziecko jest w drodze, wierzyłam, że tak jest dobrze.

Przeprowadziliśmy się do Łodzi, potem do Krakowa. Czasem ja więcej grałam, czasem Piotr. Zarabialiśmy śmiesznie mało, każde z nas po osiem dolarów miesięcznie. Pomagali rodzice. Nasze pokolenie nie stawiało na karierę. Przez długi czas pracowaliśmy w tych samych teatrach. Nigdy ze sobą nie rywalizowaliśmy, nie zazdrościliśmy sobie ról. Przeciwnie, wspieraliśmy się i cieszyliśmy ze swoich sukcesów. Jeśli chodzi o podejmowanie ważnych życiowych decyzji, jesteśmy niesłychanie zgodni, za to potrafimy długo spierać się o drobiazgi. Choć pamiętam ten okres, gdy dzieci były małe i ja zostawałam w domu z całym tym rozgardiaszem, a Piotr wychodził do pracy. Płakałam z bezsilności, tak bardzo brakowało mi teatru. Wiedziałam jednak, że właśnie teraz jestem potrzebna dzieciom. Jak wiele kobiet czułam się rozdarta.

To wcale nie jest proste. Z jednej strony denerwowało mnie, że w domu wszystko muszę robić sama, z drugiej - nie jestem pewna, czy chciałabym widzieć męża pochylonego nad deską do prasowania. Chcemy przecież, żeby nasz partner był prawdziwym mężczyzną. Piotr i tak zawsze mi pomagał, jest bardzo opiekuńczy. Dbał o dzieci, dużo z nimi przebywał, od małego wciągał je w uprawianie różnych sportów. Czas wolny spędzaliśmy aktywnie: basen, narty, konie, jazda na rowerze. Parę lat temu Piotr zaczął grać w tenisa i to było coś, co robił dla siebie. Jest w tym świetny. Niedawno pomyślałam, że może i ja mogłabym się nauczyć. Zaczęłam brać lekcje. Podobno dowodem miłości i zaufania do współmałżonka jest dziś powierzenie mu swojego numeru PIN do karty płatniczej. Jeżeli tak, to my z Piotrem bardzo się kochamy. Oboje mamy dostęp do naszych pieniędzy, razem decydujemy o wydatkach.

W domu wszystko mamy wspólne, nawet biurko dzielimy na pół. Jak chcę mieć miejsce na mój laptop, odsuwam na bok papiery męża. Swoje rzeczy muszę mieć poukładane, posegregowane. Podejrzewam, że jest to lekka nerwica natręctw. Zaobserwowałam to kiedyś w teatrze, tuż przed premierą. Panowała pełna napięcia atmosfera. Nagle poprosiłam wszystkich, żeby wyszli z garderoby. Wyjęłam zawartość szuflad i zaczęłam porządki. Wyrzuciłam to co niepotrzebne, resztę poukładałam równiutko w pionowe i poziome rządki. Jak to zrobiłam, poczułam spokój i ulgę. Umówmy się, że to nie jest do końca normalne.

Lubię czasem pobyć sama, ale krótko. Czas spędzony z bliskimi, fitness, rower, książka - to rzeczy, które mnie odstresowują. Oboje z Piotrem jesteśmy emocjonalni, mamy gorące temperamenty, czasem dochodzi między nami do ostrych wyładowań. Kiedy narasta konflikt, rozmawiamy. Dawniej wierzyłam, że rozmowa rozwiąże wszystkie problemy. Chyba w szkole aktorskiej nauczono nas tego - analizowania, drążenia. Dziś mam świadomość, że życia nie da się całkowicie wyjaśnić i uporządkować. Uczę się pokory, że to nie ja o wszystkim decyduję. Podoba mi się, że Piotr jest taki uczciwy w relacjach z ludźmi, autentyczny. Z wiekiem coraz bardziej doceniam prawdę. Ten stan, w którym można być w pełni sobą wśród bliskich, niczego nie udawać, nie ukrywać - to chyba największy komfort psychiczny, jaki można podarować sobie i innym.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje