Przejdź na stronę główną Interia.pl

O jeden stres za daleko

Są źródła stresu duże: praca, zdrowie bliskich... Rzadko mamy na nie wpływ. Ale są i drobiazgi, małe stresujące szpileczki, których ukłucia czujemy od rana do wieczora. Te już możemy kontrolować. Jeśli chcesz obniżyć bilans złych emocji, zacznij od małych spraw - radzi psychoterapeutka Daria Kaszycka.

Co nas stresuje?

Reklama

Daria Kaszycka: - Stresować może nas wszystko. Ale bywa, że sytuacja życiowa, która jednej osobie zszarpie nerwy, na drugiej kompletnie nie zrobi wrażenia. Nie dlatego, że ona się nie przejmuje, lecz dlatego, że ma inny system wartości i odporność psychiczną.

Przeglądam listę stresorów życiowych. Przy każdym wydarzeniu "zarabiamy punkty karne". Rozumiem, że śmierć małżonka albo utrata pracy to stres. Ale punktowany jest też...ślub! Przecież to taka radosna chwila.

- Tak, dla wielu kobiet będzie to wydarzenie ekscytujące, radosne i szczęśliwe. Ale dla niektórych przygotowania będą pasmem udręk, obaw i wątpliwości. Martwić można się wszystkim: czy sukienka jest odpowiednia, czy goście dobrze usadzeni, no i czy... będę szczęśliwa. Przykład ślubu pokazuje, że wszystko zależy od perspektywy, którą przyjmujemy, patrząc na rozmaite sytuacje. Gdybyśmy przyjrzeli się życiu "zestresowanej panny młodej", zobaczylibyśmy, że ona w podobny sposób reaguje i w innych chwilach: w pracy, stojąc w porannym korku, na zakupach... Rzeczywistość nigdy nie dorasta do jej oczekiwań, wyobrażeń. Ona nigdy nie daje rady, trudności zazwyczaj ją przerastają.

Takie osoby stresują się bardziej?

- Bardziej i częściej. Przede wszystkim w relacjach z innymi. To znak naszych czasów. Dotychczas mieliśmy bezpośredni kontakt z ludźmi w pracy, na zakupach, na spotkaniach, od kilku lat coraz częściej także na portalach społecznościowych. Tysiące osób zaczyna dzień od sprawdzenia, ile dostały lajków pod swoim ostatnim postem. Czy są lubiani? Czy uważa się ich za ważnych i dowcipnych, czy udostępnia to, co napiszą? Można więc nawet nie wychodzić z domu i żyć w ogromnym napięciu w obawie przed utratą pozycji towarzyskiej na Facebooku. To są stresory nowe, nie do końca zbadane, ale jak wynika z moich obserwacji i pracy z pacjentami, mimo że pojawiają się w świecie wirtualnym, są realne.

Ale dlaczego jedni w tej samej sytuacji, na przykład ślubu, są beztroscy, a inni zestresowani? Rodzimy się bardziej lub mniej przystosowani do radzenia sobie z napięciem?

- Wszyscy rodzimy się... w stresie! Można powiedzieć, że stres to pierwsze, co poznajemy na świecie. Przechodzimy przez szok porodu, wyrwani z ciepłego, bezpiecznego mikrokosmosu, zachłystujemy się powietrzem i... krzyczymy ile sił. Z przerażenia. Nagle przecięta zostaje pępowina i odtąd musimy liczyć na siebie. W ciągu kolejnych lat powinniśmy wypracować ważną umiejętność radzenia sobie. To jednak nie takie proste. Chcemy czegoś, ale często się dowiadujemy,że "nie wolno, nie tutaj, nie tak". W domu, przedszkolu, później w biurze. I jak nabrać przekonania, że jesteśmy w porządku,że umiemy ogarnąć rzeczywistość, skoro tyle czynników nas osłabia?

Na przykład?

- Dziecku trudniej zdobyć tę siłę, gdy wyrasta w domu, w którym jego potrzeby są ignorowane, w którym naruszane są jego prawa do wyrażania uczuć czy potrzeb, gdy w szkolenie jest lubiane. Później może nas osłabiać nagła choroba, bo spada sprawność, boimy się odrzucenia, zastanawiamy, czy wrócimy do pracy...Radosna panna młoda wie, że w każdej sytuacji da radę: bo jest OK. Wylała barszcz na suknię? Nie szkodzi! Straciła pracę? Znajdzie nową! Druga, zestresowana - o, dla niej każda z tych sytuacji jest trudna. Barszcz wylała, bo potrąciłj ą stryj, ale ona tego nie zauważa, myśli to, co zawsze słyszała: że jest ofermą i nigdy nic jej się nie uda. Wie, że jest beznadziejna, no i już.

Da się coś z tym zrobić?

- Wiele zależy od nas samych. Codziennie atakują nas tysiące bodźców. Począwszy od świtu. Śpimy, a tu dzwoni budzik. Okropny dźwięk wyrywa nas ze snu. Jest jak sygnał: uważaj, coś się dzieje! Zrywamy się, dotykamy stopami podłogi, a tu się okazuje, że nie ma kapci - pies wyniósł je gdzieś w nocy. Drepczemy po zimnej posadzce do łazienki, szarpiemy za klamkę...Zamknięte! Któryś z domowników nas ubiegł. W kuchni nie ma kawy, bo syn, który jest studentem, zużył resztkę poprzedniego wieczoru. Nie minęło dziesięć minut, a już spotkały nas cztery potencjalnie stresujące sytuacje.

Niby drobne sprawy, ale nie dodają dobrej energii na resztę dnia.

- Właśnie! A przecież dzień jeszcze się nie zaczął. Wyobraźmy sobie kolejne dwanaście godzin pełne takich małych codziennych stresorów. Drobnych szpileczek. Pomnóżmy to przez 365. I jeśli dodamy do tego te większego kalibru, nieraz dramatyczne wydarzenia, jak śmierć w rodzinie, przeprowadzka... no cóż,bywa, że jeden rok z życia jest jak Rajd Dakar. Tyle tylko że jedni z nas, ci odporniejsi, wyruszają na ten rajd samochodem świetnej marki, po wielu treningach. A ci zestresowani stawią się na starcie autem niesprawnym i bez pilota.

Co mamy zrobić, gdy przychodzi nam wziąć udział w Rajdzie Dakar i mamy do dyspozycji takiego właśnie grata?

- Nie na wszystko mamy wpływ. Nie jest pani w stanie uniknąć śmierci bliskich, choroby, nie zmieni pani kursu franka szwajcarskiego, od którego zależy pani kredyt. Ale już da się kontrolować malutkie codzienne stresory, te szpileczki, które sprawiają, że chwilę po przebudzeniu jesteśmy wyprowadzeni z równowagi. Proszę zmienić dźwięk budzika na taki, który nie wywołuje przerażenia: niech to nie będzie mechaniczny, ogłuszający terkot, ale na przykład śpiew ptaków, dźwięki skrzypiec. Pies często kradnie kapcie? Proszę na stoliku nocnym położyć parę ciepłych skarpet, na wszelki wypadek. Ustalić grafik korzystania z łazienki, z synem studentem przeprowadzić rozmowę. Niech dba o to, by matka miała rano kawę w puszce, choćby na jedną filiżankę.

Brzmi prosto.

- To są drobiazgi, o które możemy zadbać. Pod dwoma warunkami: że nauczymy się obserwować siebie i swoje reakcje i że sami dla siebie będziemy na tyle ważni, by zadziałać, gdy coś nas frustruje, denerwuje, a nie dusić wszystko w sobie, machać ręką: "E, głupstwo, takie jest życie". Przeciwnie: właśnie takie głupstwa są jak krople drążące skałę. Zużywają nasze naturalne zasoby, a potem, gdy przychodzi prawdziwy kryzys, nie mamy już z czego czerpać, nie umiemy zapewnić sobie regeneracji.

No właśnie, czasem nam się... przelewa. Znajoma miała stresujący rok. I w grudniu zdradziła męża z jego przyjacielem, a w efekcie się rozwiodła. A to było małżeństwo idealne.

- Nie jestem tego pewna. Jeżeli pani znajoma przeżywała kryzys, pomogłoby jej, gdyby mogła dzielić się swoimi przeżyciami z mężem. Jeśli tak nie było, można sądzić, że miała za mało wsparcia, partnerzy nie wypracowali norm życia w małżeństwie. Ten brak porozumienia ujawnił się właśnie w trudnym momencie. Tak bywa. Jeśli kumulowaliśmy stresy w pracy, dopada nas syndrom wypalenia zawodowego. I dopiero wtedy zdajemy sobie sprawę: ojej, coś się dzieje. Gdybyśmy jednak umieli czytać samych siebie, zwracać uwagę na własne reakcje i emocje, być może do tego by nie doszło, bo potrafilibyśmy  rozładować napięcia wcześniej. Niestety, często oczekujemy, że "sytuacja się poprawi", "on zauważy i zmieni swoje zachowanie", "ona coś ze sobą zrobi". A jest tylko jedna osoba, która ma taką władzę, by poprawić, zmienić i coś zrobić. Wystarczy spojrzeć w lustro.

Czy da się przeciwdziałać dużym kryzysom wywołanym przez nagromadzone napięcia? Włączyć jakiś... program regeneracji?

- Części stresorów można unikać, tak jak zetknięcia z zimną posadzką o poranku. Jeśli tego nie robimy, znaczy, że nie mamy takich nawyków, nie myślimy, że jakieś czynności mogą nam pomóc. Skarpetki pod poduszką albo pobudka o dziesięć minut wcześniej, żeby uniknąć nerwów, gdy znowu, jak każdego dnia, spóźniamy się na pociąg, do biura i zbeszta nas szef. Warto też nauczyć się wolniej żyć, czyli dla przykładu choćby kilka razy w ciągu dnia zatrzymać się w biegu, zastanowić: co mnie tak absorbuje, irytuje? 

- Może za mocno zaangażowałam się emocjonalnie w sprawę, która nie jest tego warta. Aha, to lepiej poczekam. Pójdę zrobić sobie herbatę, pooglądam wiewiórki w parku. Świeże powietrze to najlepszy antydepresant i środek przeciwdziałający stresowi. Czasem tyle wystarczy, by złapać dystans, wyciszyć się - napięcie spada, możemy sprawniej rozwiązać nasze problemy.Jednak nie zawsze można wybrać się na przechadzkę, dotlenić płuca. Co robimy wtedy? Jeśli jesteśmy w biurze, trzeba choćby wejść trzy piętra w górę, wyjrzeć przez okno, zejść. Nasze ciało odpoczywa, wyciszają się emocje.Ważny jest też sposób odżywiania. No i proszę dbać o sen: ten przed północą jest najwartościowszy, regenerujący.

Mówiła pani, że źródłem większości stresów są kontakty z ludźmi. Czy i tu możemy coś poprawić?

- Przede wszystkim trzeba przestać bać się ludzi! I nauczyć się ustalać relacje z nimi. A my ograniczamy kontakty, stresujemy się, bo boimy się ludzi. Dostosowujemy się do nich, milczymy, choć czujemy się krzywdzeni, źle traktowani. I kumulujemy napięcia. Po prostu nie umiemy sobie wyobrazić sytuacji, w której mówimy do koleżanki z biura: "Nie słuchaj głośno muzyki, bo to mi przeszkadza", do męża: "Rozmawiaj ze mną, to jest mi potrzebne", do pani w sklepie, która odzywa się nieuprzejmie: "Proszę zmienić ton". Tak nas przeraża ta wizja, że... pozwalamy wszystkim wokół, by wchodzili nam na głowę. Nie zaprotestujemy, nie powiemy "nie", bo stanie się coś strasznego. Co? Tego dokładnie nie wiemy.

Może trzeba po prostu zrobić sobie trening mówienia "nie" w różnych życiowych sytuacjach? Nabrać wprawy?

- To jest kolejny element układanki, który musimy dołożyć do spacerów czy dobrego odżywiania. Mówienie "nie" nawet w mało istotnych sytuacjach pomaga budować i utrzymywać wewnętrzną siłę. Niestety, dla wielu osób właśnie to zadanie, mówienie o własnych potrzebach i stawianie innym ludziom granic ,jest najtrudniejsze. Zestresowana panna młoda z naszego pierwszego przykładu raczej nie powie do swojej przyszłej teściowej, że nie chce hucznego wesela na 200 osób, tylko skromny obiad dla najbliższej rodziny. Coś takiego w ogóle nie mieści jej się w głowie! Albo proszę sobie wyobrazić kogoś, kto mówi do swojego szefa: "Proszę, by nie zwracał się pan do mnie w ten sposób. Rozmawiajmy spokojnie". Tak naprawdę dla większości z nas to jest tak abstrakcyjne, jak zdobycie Mount Everestu. Tak stawiają sprawę ci, którzy są naprawdę silni wewnętrznie, czyli jadą po bezdrożach nowym, świetnie wyposażonym autem. Niezbyt liczne to grono.

Może da się jednak jakoś wypracować takie nastawienie?

- Czasem warto przynajmniej spróbować. Zaczynamy od małych kroczków. Proszę nie zakładać, że z marszu odmówi pani swojej teściowej czy przywoła grubiańskiego szefa do porządku. Znacznie łatwiej będzie najpierw w autobusie powiedzieć do stojącej obok kobiety z siatką: "Przepraszam, czy mogłaby pani zabrać tę torbę z mojego kolana? Przeszkadza mi". Do sprzedawczyni w sklepie: "Bardziej podoba mi się ten drugi kawałek schabu, proszę mi go zważyć". Można doskonalić tę umiejętność odmawiania, dbania o siebie codziennie, żeby rozpoznawać coraz lepiej swoje potrzeby, umieć je wyrażać bez lęku. Z czasem łatwiej będzie walczyć o ważniejsze sprawy z ważniejszymi dla nas osobami.

Poćwiczę w sklepie i pójdę do szefa?

- Jeżeli dobrze pójdzie, to tak. Zauważyłam, że pani podaje przykłady spoza kręgu rodzinnego. Na początek właśnie tam trzeba ćwiczyć, bo o wiele łatwiej jest odmówić ekspedientce czy narazić się na złośliwe komentarze obcej kobiety w autobusie, niż zadbać o siebie w relacji z najbliższymi. Tu w grę wchodzą wielkie emocje, nieraz sprzed wielu lat, poczucie krzywdy, bycia niesłuchanym... Zadbanie o siebie w gronie rodzinnym to dla niektórych najwyższy stopień dbania o siebie.

Przypominam sobie, jak kiedyś w czasie upału mój starszy już ojciec uparł się, że zacznie kosić trawę w moim ogrodzie. Zabrałam mu kosiarkę, zamknęłam w garażu, powiedziałam: "Nie życzę sobie, byś to robił, to mój dom i moja decyzja". Zadziwił mnie mój spokój, wcześniej zawsze się z tatą okropnie kłóciłam. A potem mama powiedziała, że tata się bał, że się obraziłam!

- Czyli okazało się, że pani i tata obawialiście się tego samego. Że stanie się coś strasznego, pani się obrazi. I właśnie tego się lękamy w relacjach z najbliższymi, to jest ta nieuświadomiona groźba, która zwiększa stres i powoduje, że wycofujemy się rakiem. Odrzucenie. Zauważyła pani jednak, że bały się obie strony. To znak, że obojgu wam na sobie zależy.

Oczywiście, dorastałam całe lata do tej jednej rozmowy o kosiarce, choć zmieniła ona moje relacje z tatą. Chyba każdy więc może wejść na Mount Everest?

- Nie wszyscy samodzielnie tego dokonają. Bywa, że zapominanie o sobie, spychanie własnych potrzeb na trzeci, czwarty plan tak bardzo weszły nam w krew, że nie będziemy w stanie nawet poprosić o inny kawałek schabu. Wtedy pomóc może psychoterapeuta. W bezpiecznych warunkach, bo w obecności i przy pomocy osoby kompetentnej będziemy poznawać siebie, swoje ograniczenia i możliwości. Nauczymy się budować tę siłę, która pozwoli nam dbać o siebie na co dzień i znosić nawet te duże i dramatyczne wydarzenia w życiu bez zbędnych nerwów.

Da się żyć bez stresów?

- Nie. I nawet nie byłoby to dobre! Stres nie jest zły z definicji, może być korzystny, gdy potraktujemy go jak wyzwanie. Bo możemy dzięki temu zmienić życie na lepsze. Czyli zdobyć te umiejętności, których nam nie wpojono: dbanie o własny relaks, regenerację, stawianie granic. Bez dźwięku budzika, który wyrywa nas ze snu, bez konieczności płacenia rachunków, raty kredytu, zrobienia śniadania dla dzieci może w ogóle nie wstawalibyśmy z łóżka? A przecież to jedyna szansa, by się przekonać, że świat może być piękny. 

Rozmawiała Jagna Kaczanowska, psycholog

Daria Kaszycka jest psychoterapeutą. Pracuje w Ośrodku Terapiii Rozwoju. W ramach festiwalu PROGRESSteron prowadziła warsztaty o wypaleniu zawodowym i radzeniu sobie ze stresem.


02/2016 Twój Styl

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje