Przejdź na stronę główną Interia.pl

Nowy rozmiar, nowe życie

Chudzi mają lepiej. Łatwiej dostają pracę, szybciej znajdują miłość, awansują. Napędzała mnie wiara, że gdy schudnę do rozmiaru 38, moje życie rozkwitnie - mówi Danuta Awolusi, pisarka, która stosując własną metodę, schudła 70 kg.

W 2013 roku ważyła pani prawie 140 kg i nosiła rozmiar 54. Trudno uwierzyć.

Reklama

Danuta Awolusi: - Często myślę, że to zamknięty rozdział mojego życia. Ostatnio widziałam stary materiał filmowy z koncertu chóru, w którym śpiewam. Dobrze pamiętam, jak dawniej wyglądałam, a jednak byłam zszokowana, widząc siebie w ruchu na ekranie. Uświadomiłam sobie, jak wielkie było moje ciało.

Mówi się, że nadwaga to choroba. Pani też tak na to patrzy?

- Bez wątpienia. Jeśli czyjaś waga przekracza 130 kg przy wzroście metr siedemdziesiąt pięć, z medycznego punktu widzenia to otyłość, którą specjaliści uważają za jednostkę chorobową. Wiele razy mi o tym przypominano. Nawet internista, do którego poszłam z przeziębieniem, zamiast leczyć moje gardło, pytał: "A nie myślała pani o operacji zmniejszenia żołądka?". Tylko w moim przypadku była to również inna choroba - uzależnienie od jedzenia. Nie byłam otyła z powodu perturbacji z hormonami czy zaburzeń przemiany materii. Byłam nałogowcem, jak alkoholik lub narkoman. Nie miałam hamulca. Nie mogłam przestać.

Czytając pani książkę "Odważona...", odniosłam raczej wrażenie, że pani po prostu kochała jeść. Problemem było to, że jadła pani nieodpowiednie rzeczy.

- To prawda, kochałam jeść i nadal kocham. Jednak prawdziwym problemem były ogromne ilości jedzenia. Każdy mój posiłek był trzykrotnie większy od tego, jaki jedzą inni. Ludzie często nie rozumieją, że za otyłością nie stoi czyste łakomstwo, lecz nawyk zajadania stresu, szukania w jedzeniu ucieczki przed problemami. Dawało mi ono poczucie szczęścia, przynosiło ulgę, pocieszało. Cieszyłam się na myśl o następnym posiłku. Dlatego zaczynając się odchudzać, rozumiałam, że nie mogę się odciąć od źródła poczucia szczęścia i zastąpić sutego śniadania liściem sałaty, bo na takiej głodowej diecie po prostu nie wytrwam. Zdecydowałam, że nadal będę jadła dużo, lecz produktów właściwych. Fit. Warzyw, chudego mięsa, kasz. Zdrowe odżywianie stało się moją pasją.

Ale pani metoda odchudzania łamie wiele zasad. Na przykład nie oddała się pani w ręce dietetyka. Dlaczego?

- Bo bałam się oceny i recept, do których nie będę mogła się dostosować. Dietetycy bardzo rzadko podchodzą do sprawy psychologicznie. Przychodzi otyła osoba, więc rozpisują jej dietę zgodnie z regułami, na przykład zmniejszając racje żywnościowe czterokrotnie. Nie znają mnie, nie rozumieją, że to bez szans. Nie będę w stanie z dnia na dzień ani z tygodnia na tydzień przystosować się do miniporcji, bo mam wilczy apetyt. Do dietetyczki poszłam więc znacznie później, kiedy zmieniałam się już w pasjonatkę zdrowego jedzenia i ważyłam 40 kilogramów mniej.

I co powiedziała?

- Ale pani dużo je! Cóż, to prawda: odstawiłam białe pieczywo, batoniki, śmietanę, kotlety i cudowną przysmażaną kiełbasę, ale zajadałam się pomidorami, kukurydzą, cukinią. Odkryłam kaszę jaglaną, kuskus, bulgur, smakuję komosę ryżową i cieciorkę. I jest tego sporo, jak to mówią: normalny człowiek tyle nie je. Jednak ja nie chcę wysłuchiwać ocen, to mi nie pomaga. Zamiast zmniejszać posiłki, zaczęłam uprawiać sport: najpierw było bieganie, potem pływanie i siłownia. Wolałam iść swoją drogą, popełniać własne błędy. Gdyby się nie udało, nikt by o tym nie wiedział. Tylko ja.

Odchudzanie w tajemnicy?

- Jeśli jestem z tym sama, biorę za to odpowiedzialność. To prawda, nikt mi nie będzie kibicował, ale też nie będzie współczuł, ganił, kręcił głową. Nie będzie dobrych rad, ale i rozczarowania: o, myśleliśmy, że ci się uda, a jednak nie dałaś rady. Instynkt samozachowawczy mi podpowiadał, że nakazy i zakazy zachwieją moją pewnością siebie. Nie wiem, czy pani to rozumie, ale grube osoby są stale na cenzurowanym. Lustrowane, piętnowane, pouczane, że nie wspomnę o szyderstwach i obelgach. Nie przesądzam - być może solidne wsparcie kogoś z wiedzą ułatwiłoby mi wszystko i dało poczucie bezpieczeństwa. Nie wiem. Jednak mam słodką satysfakcję, że walczyłam sama. Działałam instynktownie, szukałam informacji, próbowałam. Dlatego ten pierwszy rok był dla mnie fascynującym okresem euforii. Nie było mi ciężko, nie przeżywałam załamań, przeciwnie - ciągle coś odkrywałam, doświadczałam nowości. Uniknęłam tęsknoty za tym, co zniknęło z mojego stołu, bo było tyle nowych smaków, zapachów, przypraw. Nie przeżywałam strachu, że złamię zakaz, zburzę ułożony przez kogoś jadłospis i wszystko się zawali.

Pierwszy raz słyszę, żeby ktoś mówił o odchudzaniu jak o przygodzie.

- Chodzi o to, że istotą mojej metody nie jest dieta, ale to, że chciałam ze wszystkich sił zmienić swoje życie, bo miałam dość dawnego. Czułam się nieszczęśliwa, potrzebowałam pomysłu na siebie. Tkwiłam w beznadziei. Jak w końcówce zimy: wszystko jest szare, wydaje się nam, że nie dotrwamy do wiosny, i nagle ona nadchodzi, pojawia się nowa energia, chęć do działania. Tak było ze mną. Przyszła myśl, ożywcza, pełna nadziei: to się może udać! Nie przejdę na dietę, lecz zmienię styl życia. Nie na rok, ale na zawsze. Skoro kocham jedzenie i jest ono dla mnie jedną z ważniejszych rzeczy, to sprawię, by bardziej mi służyło, a nie szkodziło. Nie będę się niczego wyrzekać, tylko testować nowe smaki, przepisy, inne i kolorowe. Skoro posiłki są fit, będę jeść częściej, co trzy godziny! I już miałam plan na początek, mogłam działać.

Ale skąd pani wzięła motywację?

- Motywacja to słowo, które gubi ludzi. Czekają na nią, szukają jej, chcą ją skądś dostać. Ale ona sama się pojawia, kiedy czegoś naprawdę chcemy. A ja chciałam. Napędzała mnie wiara w to, że gdy schudnę, moje życie rozkwitnie. Chudzi mają lepiej. Łatwiej dostają pracę, szybciej znajdują miłość, awansują. Nawet w sklepie są lepiej traktowani. Bo jak wchodzi grubas i kupuje pączki, to nie dostaje uśmiechu kasjerki, tylko wymowne spojrzenie. Nowa Danusia miała mieć nowe, cudowne, proste życie. To był mój Święty Graal.

Zupełnie jakby pani wyruszała na misję.

- Bo to jest misja, tak to czułam. Udawałam się w zupełnie nowe życie i nie zamierzałam nigdy wracać do starych przyzwyczajeń. To, moim zdaniem, klucz do sukcesu. Terminowa dieta może być dobra dla osób, które chcą schudnąć o jeden rozmiar. Moja metoda natomiast jest dedykowana tym, które naprawdę mają nadwagę, a nie wałeczek do zgubienia. Którym otyłość przeszkadza na co dzień. Które nienawidzą swojego ciała, uważają się za grube i brzydkie. To nie było wprowadzenie nowego jadłospisu, tylko wyprawa na front, gdzie trzeba stanąć oko w oko ze swoimi demonami.

Jednym z nich jest niska samoocena?

- A także lęki, nieumiejętność radzenia sobie ze stresem, strach przed krytyką, wstyd. Proszę sobie wyobrazić dziecko, które wygląda inaczej. Odkąd sięgam pamięcią, było mi to wytykane: grubas, beka, świnia. Myślałam: taka jestem, więc ile mogę osiągnąć? Jednak starałam się, byłam ambitna, po studiach wyjechałam do Warszawy, śpiewałam w chórach, napisałam książkę. I co? Nic, pozostałam aktywną osobą o niskim poczuciu wartości. Postanowiłam więc usunąć to, co wydawało mi się jego głównym powodem. Zyskać nowe ciało. Nowe ja. Nowe życie.

Od czego się zaczyna metoda Awolusi?

- Wszystko zaczyna się w głowie. Ponieważ jest to droga dużej zmiany, i to na zawsze, trzeba się zastanowić, czy na pewno właśnie teraz chcemy na nią wejść. Czy nie jest tak, że za trzy miesiące będziemy mieć dość, bo uznamy, że codzienność jest tak ciężka, że należą nam się frytki i ciastka? Otyłe osoby często jedzeniem znieczulają lęk. Bo jeśli ktoś ma mobbingującego szefa, złą atmosferę w pracy, to decydując się na zmianę, odbiera sobie coś, co sprawia, że potrafi się wyłączyć i odstresować. Może znajdujemy się teraz w takiej sytuacji, że nie jesteśmy w stanie podjąć wysiłku i szukać nowych smaków? Trzeba sprawdzić, czy damy radę pogodzić się z tym, że w naszym życiu nie będzie już śmietany i zasmażanych ziemniaczków. Zaakceptować tę niesprawiedliwość, że inni mogą je jeść, a my nie. Jeżeli to potrafimy, może to oznaczać gotowość, by pojawiła się nowa pasja.

- W tym okresie dobrze jest zacząć czytać o zdrowym odżywianiu. Mamy teraz tyle pięknie wydanych książek, świetnie ilustrowanych blogów, od których można nabrać apetytu na jedzenie fit. A potem pomalutku. Najpierw zrezygnujmy z tego, co stanowi największy problem. Ja wiedziałam, że to smażone potrawy. Zaczęłam czytać o gotowaniu na parze, próbować, jak smakują rzeczy tak przyrządzane. Na drugi ogień poszły słodycze, moja wielka miłość. Zaczęłam szukać zamienników: znalazłam suszone owoce, a potem owoce w ogóle. Nie jest to zastępstwo doskonałe, bo niektóre są bardzo kaloryczne. Ale wybór melona zamiast batonika to jednak krok do przodu.

Złamała też pani inną zasadę, odchudzając się bez wagi łazienkowej.

- W sypialni moich rodziców stoi taka waga. Wchodzenie na nią zawsze było dla mnie traumatycznym przeżyciem, pamiętanym później przez wiele dni. Nie jest mi ten stres do niczego potrzebny. Dlatego nie kupiłam wagi, dlatego ważę się bardzo rzadko. I również dlatego pewnego dnia przeżyłam szok, gdy ni stąd, ni zowąd postawiłam na niej stopy, a upiorny kołowrotek cyfr wskazał wynik ponad 130 kg. Z perspektywy czasu uważam, że był to szok zbawienny, który miał wpływ na moją decyzję o zmianie stylu życia. Natomiast ciągłe kontrolowanie ciężaru ciała, przeżywanie euforii lub dramatu codziennie przed śniadaniem jest formą katowania się, która mi nie służy. Oczywiście, wiem, że jesteśmy różni. Niektórzy z nas lubią kontrolę, nawet presję, to ich motywuje. Mnie nie. Nie chcę wchodzić na wagę i poddawać się ocenie. Nie chcę, by każdy kilogram do przodu przyprawiał mnie o wyrzuty sumienia i odbierał mi radość.

Dalej się pani nie waży?

- Bardzo rzadko i zawsze czuję niepokój. Choć przecież dzięki wadze przeżyłam też inny moment przełomowy: zrozumiałam, że osiągnęłam metę. W siłowni mój trener poprosił mnie, bym weszła na wagę. Zobaczyłam 69 kg. Chwila euforii - to waga idealna do mojego wzrostu! A potem ziarenko goryczy - czy jestem przez to szczęśliwsza? Swobodniejsza? Bardziej wolna? Nie. Wtedy zrozumiałam, że szczupłość nie jest cudem. Co za rozczarowanie. Zmieniłam swoje ciało, ale w głowie wciąż miałam to samo. Nadal nie czułam się dobrze ze sobą, nie byłam z sobą pogodzona.

To dlatego zdecydowała się pani na psychoterapię?

- Tak. I polecam ją każdej osobie, która długo boryka się z jakimś problemem. Jest tak, że jeśli umiemy rozwiązać go samodzielnie i pójść dalej o własnych siłach, to wspaniale: to nas czegoś uczy i daje poczucie siły. Ale jeżeli problem tkwi w nas jak klin latami, gdy nie możemy zrozumieć, dlaczego w kółko popełniamy te same błędy, czemu życie jest takie niesprawiedliwe i ciągle się na nas mści, to znak, że może za dużo inwestujemy w ciało, a za mało w pracę z własną głową.

Nie chce pani chyba powiedzieć, że misja "nowy rozmiar, nowe życie" zakończyła się fiaskiem?

- Nie, skądże, wciąż jestem w drodze. Powiedzmy, że znalazłam się na przystanku: nowy rozmiar, inne życie. Ono jeszcze nie jest nowe. Ale już nie jestem wykluczana społecznie jako gnuśna, leniwa i powolna osoba. Mogę więcej. Mogę zrobić wrażenie na mężczyznach, mogę choćby usłyszeć, że jestem "fajna laska", a jeśli mi się ktoś podoba, spróbować z nim poflirtować. To są rzeczy, o których dwa lata temu nawet bym nie pomyślała.

Pisze pani w swojej książce o nadziei, że szczupłość pomaga odkryć kobiecość.

- Odkryłam ją w sensie zewnętrznym. Przeżyłam euforię, gdy okazało się, że pasuje na mnie rozmiar 38, wpadłam w szał zakupów. Mogłam wejść do sieciówki, włożyć buty na obcasach i zwiewną spódnicę. Mogłam zrobić wrażenie wyglądem, zobaczyć zachwyt w czyichś oczach. Zaczęłam o siebie dbać, bo wcześniej uważałam, że to nie ma sensu. To było wspaniałe. Ale dalej tęsknię za zwykłym, prostym szczęściem, za radością życia, której nie burzą drobiazgi, za miłością, związkiem uczuciowym. Zrobiłam dla siebie coś dobrego, lecz to nie wystarczy, bo kobiecość to też zgoda na to, kim się jest, umiejętność podejmowania decyzji, które mnie chronią, otaczają opieką, a nie wystawiają na cierpienie. A ja w dalszym ciągu mam w sobie lęki, niepewność.

Demony.

- Właśnie. Stanąć z nimi oko w oko jest większą sztuką niż zrzucić 70 kg. Pójść (bez znieczulania się jedzeniem) na zwarcie z tym, co ciągnie nas w dół, naraża na niebezpieczeństwo. Nauczyć się zaciągać hamulec. Podejmować decyzje, mając na myśli swoje dobro, zamiast ulegać żądzom i emocjom. Opowiem pani o błędzie, jaki popełniłam właśnie dlatego, że czułam się bezwartościowa, oceniana, niepewna. Schudłam i nagle z otoczenia zaczęły płynąć w moją stronę komplementy: wyglądasz cudownie, nie poznałam cię, rewelacja! To była wielka przyjemność. Ale zaraz za nią pojawił się lęk, żeby tego nie stracić. I zamiast cieszyć się sukcesem, pod wpływem tego lęku podjęłam złą decyzję - zaczęłam ograniczać węglowodany.

- Jedna łyżka kaszy zamiast dwóch, mniej mąki, mniej ryżu. A jednocześnie dużo ćwiczyłam: biegałam godzinę dziennie, chodziłam do siłowni trzy razy w tygodniu. Moje ciało domagało się energii. Osłabiłam siebie, czułam się fatalnie fizycznie. Rano nie chciało mi się wstawać, ciągle było mi zimno. Do maja chodziłam w ciepłej kurtce. Nie rozumiałam, co mój organizm do mnie mówi, mimo że wysyłał mi sygnał: hola, nie dbasz o mnie. Aż pewnego dnia natknęłam się na artykuł o biegaczce, która prawie nie jadła węglowodanów, dokręcała sobie śrubę i w końcu padła. Olśnienie. To ja!

Nadal przeżywa pani ten lęk przed nadwagą?

- Znacznie rzadziej. Myślę sobie czasem, że przecież nie mogę wykluczyć, że kiedyś utyję. Mogę zachorować, hormony mogą mnie zdradzić, coś może wymknąć się spod kontroli. I co wtedy? Czy to przekreśli moje życie, czy znowu będę nienawidzić swojego ciała? Oczywiście, nie znam odpowiedzi. Ale mam nadzieję, że praca, którą wykonuję w swojej głowie, doprowadzi mnie do punktu, w którym poczuję, że jestem wartościowa jako osoba, a nie tylko jako ciało, i przestanę postrzegać siebie jedynie przez pryzmat wyglądu. A taka cielesna perspektywa mnie kształtowała od dzieciństwa, jak zresztą wiele kobiet.

Myśli pani, że właśnie psychoterapia pomoże pani dokończyć misję, odnaleźć to nowe życie?

- Ona już mi pomaga. Nie użalam się nad sobą jak dawniej, nie myślę: jaka ja biedna, tylko: masz wybór, ty decydujesz, możesz szukać pomocy, zamiast taplać się w bagienku przyzwyczajeń. Inaczej patrzę na jedzenie. Teraz fascynuje mnie, jak może ono pomóc, ile dać, jaki ma wpływ na mój organizm. Zrozumiałam też, że wszystko jest dla ludzi. I jedzenie, i używki, i silne emocje - ze wszystkiego można korzystać, jeśli się umie. A jeżeli się nie potrafi, to jak jazda bez hamulca. I wtedy trzeba odkryć metody hamowania, które nas powstrzymają przed kraksą. To się przekłada na wszystkie sfery życia.

- Kusi cię, by brać na siebie więcej pracy. Ale czy wykryjesz ten moment, kiedy jest jej już za dużo? Czy umiesz nie przyjąć kolejnego zlecenia, bo masz już tyle na głowie, i się zaraz nie złamać? Bo przydałyby się pieniądze, bo dam radę - czy to cię nie zmyli? Dawniej wybierałam to, co łatwe, co do mnie przychodziło. Bo może się uda, bo nie wolno odmawiać, bo trzeba spróbować. A jednak nie wszystkiego trzeba spróbować. Tylko tego, czego naprawdę chcesz. Uczę się przewidywać konsekwencje. Postanowiłam sobie, że będę żyła dla życia, a nie dla pracy, nie dla jedzenia, lecz dla radości - takiej prostej, zwyczajnej, codziennej.

Magdalena Jankowska

PANI 5/2017

***Zobacz materiały o podobnej tematyce***

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje