Przejdź na stronę główną Interia.pl

Nina Andrycz. Premierowa jak królowa

Była Pierwszą Damą, lojalną żoną swego męża. I niezależną, decydującą o sobie gwiazdą.

Jej życie było sceną, na której zawsze grała główną rolę. Mówiła o sobie dużo, ale nigdy wszystkiego i nie zawsze prawdę.

Narodziny gwiazdy

Reklama

Niemal do śmierci w 2014 r. twierdziła, że urodziła się w 1915 r., choć przeczyły temu liczne fakty. Jej setne urodziny przeszły więc bez echa, spędziła je z kilkorgiem przyjaciół. Wszak oficjalnie miała dopiero 97 lat.

W rzeczywistości przyszła na świat 11 listopada 1912 r. w Brześciu nad Bugiem. Pięć lat później wraz z matką znalazła schronienie przed wojną u bogatych krewnych w Kijowie. Na krótko: wybuchła rewolucja, krewni stracili majątek, a mała Nina została sowiecką obywatelką. Przeżyły dzięki temu, że jej mama, absolwentka instytutu dla szlachetnie urodzonych dziewic, znała trzy języki. Została więc tłumaczką. Nina chodziła do tamtejszej szkoły.

Ojczystego języka mogła używać jedynie w domu, a lekcje religii odbywały się w konspiracji. Z tego okresu na resztę życia została jej starannie skrywana niechęć i strach przed Sowietami. Ale i zysk: w tutejszej szkole odkryła swój talent. "Mówiąc wiersze, zdałam sobie sprawę, że mam władzę nad rówieśnikami, że mnie słuchają" - wspominała. Po kilku latach podwójnego życia udało im się wrócić do Polski - dzięki pracującemu w dyplomacji wujowi. Resztę dzieciństwa spędziła w Białymstoku. A gdy dorosła - wróciła do marzeń o aktorstwie. I mimo sprzeciwu mamy (ojciec Niny już nie żył) w 1934 r. ukończyła Państwowy Instytut Sztuki Teatralnej w Warszawie.

Zaczynała w wileńskim Teatrze na Pohulance. Uciekła tam przed niespełnioną miłością (jej ukochany, Aleksander Węgierko, miał żonę), ale po roku wróciła do stolicy, pod skrzydła Arnolda Szyfmana. Wystarczyło jej kilka ról w Teatrze Polskim, by osiągnąć status gwiazdy - uwielbianej, obsypywanej prezentami i kwiatami. Zapraszanej na salony (w 1938 r. przyznano jej tytuł miss elegancji) i uważnie obserwowanej. Gdy zimą 1936 r. złamała nogę, donosiły o tym najbardziej poczytne gazety w kraju.

Podczas wojny Nina Andrycz bojkotowała teatr. Zatrudniła się w kawiarni U aktorek, lokalu, w którym ulubienice warszawskiej publiczności podawały kawę, ale także recytowały poezję, tańczyły. Kierowniczką sali była Mieczysława Ćwiklińska, na fortepianie grywał Witold Lutosławski, a recitale dawał Mieczysław Fogg. Lokal, choć drogi, cieszył się wielką popularnością. By zjeść tam obiad, trzeba było zrobić rezerwację. Wśród innych gości bywali też AK-owcy. To dzięki nim i załatwionym przez nich lewym dokumentom Nina odmłodziła się o trzy lata. "Cieszę się, że się im podobałam, że byłam ich muzą. Mówili: »Dopóki Andryczka się maluje, nos pudruje, to my nie możemy przegrać...« Niestety, przegrali". W listopadzie 1945 r. zamieszkała przy ulicy Wileńskiej na Pradze, w domu, w którym znajdowali schronienie aktorzy, którzy wszystko stracili.

Wkrótce działalność wznowił Teatr Polski. "Kobiety, widząc mnie na scenie, wzdychały: »Zupełnie jak przed wojną «. Zakładałam sztuczne perły, diademy, suknie. 250 razy byłam Marią Stuart, 150 razy Elżbietą, królową Hiszpanii. Izabela Łęcka szła 300 razy, czyli ponad 3 lata". Widzowie ją kochali. "Kiedy na dużej scenie Mariusz Dmochowski ryknął na mnie »Ty, suko«, do teatru napłynęły listy z protestami. »Nie suka, tylko dama i królowa, mamy dosyć chamstwa na ulicy, w tramwajach i autobusach i wypraszamy sobie podobne rzeczy na scenie«. Po tygodniu reżyser zmiękł: »Głos ludu, głos boży, wykreślamy sukę«".

Pierwsza Dama

W 1946 r., kilka dni po premierze "Szkoły obmowy", do garderoby Niny przyniesiono bukiet herbacianych róż z bilecikiem, na którym widniały tylko dwie litery: JC. Tajemniczym wielbicielem był Józef Cyrankiewicz, sekretarz generalny Centralnego Komitetu Wykonawczego PPS. Andrycz nie była początkowo zainteresowana tą znajomością, choć 35-letni Cyrankiewicz był wtedy szczupłym, przystojnym mężczyzną, wykształconym i inteligentnym. I naprawdę zakochanym.

"Oko mi zbielało - wspominał Szyfman - kiedy ujrzałem, jakie orchidee wnoszono do jej garderoby!". Aktorka w końcu uległa - pobrali się w lipcu 1947 r. Wzięli ślub cywilny, choć Józef dla ukochanej gotów był zaryzykować kościelną ceremonię. W ten sposób Nina Andrycz została Pierwszą Damą (Cyrankiewicz był już wówczas premierem, a Bierut nie miał żony). Czy ceniła tę rolę? Nie na tyle, by dla niej poświęcić nazwisko. Ku zgrozie znawców protokołu, pozostała przy swoim. "Jeśli kobieta poślubia mężczyznę, który jest znanym politykiem, to od tej pory staje się - w moim wypadku - Panią Józef Cyrankiewicz, czyli kobietą Józefa Cyrankiewicza. Jak mi Bóg miły! Do tej pory mam wizytówki, które mi wydrukowali w 1947 r., sto wizytówek" - opowiadała z rozbawieniem w 2012 r. Nie używała ich.

Jej małżeństwo początkowo miało się znakomicie. Ona nadal grała w teatrze, mąż składał jej hołdy prywatnie i publicznie. Konsekwentnie egzekwowała warunki, które postawiła przed ślubem. Brzmiały one: teatr na pierwszym miejscu, żadnych dzieci. Ale boleśnie doświadczony podczas wojny premier pragnął pełnej rodziny... Po drugiej aborcji, której poddała się aktorka, ich małżeństwo praktycznie przestało istnieć.

"Gdybym urodziła mu chociaż wiewiórkę, byłby ze mną do końca życia. A tak? Poszedł na drugą stronę ulicy do dentystki, bo go rozbolał ząb, i tak się zaczął romans. Ta pani miała troje własnych dzieci, więc od razu poczuł rodzinne ciepełko. Stwierdzał z żalem: »przecież ty nie mieszkasz w naszym domu! Ty mieszkasz w Teatrze Polskim«. Prawda. A jak byłam, to zmęczona" - mówiła po latach.

Energiczna stulatka

Mimo że niewiele ich już łączyło, Nina Andrycz swoje obowiązki "królowej" nadal wypełniała nienagannie. Towarzyszyła mężowi podczas oficjalnych wizyt, wszędzie wzbudzając podziw. W jej szafie wisiały obok siebie futro z norek od Józefa Stalina (podobno nigdy go nie włożyła) i drugie, z białych gronostajów, od Mao Tse-tunga. Małżeństwo z Cyrankiewiczem trwało ponad 20 lat. W końcu on zażądał rozwodu. Pani Nina aż do lat 90. zajmowała mieszkanie rządowe w al. Róż, grała w teatrze i w przedstawieniach telewizyjnych. Życie, które prowadziła, miało jednak swoją cenę.

Choć pomogła wielu ludziom (np. wykupując kolegom "męskie" leki w rządowej aptece), byli też tacy, którzy zarzucali jej chłód i wyniosłość. Witold Sadowy, aktor i krytyk teatralny, twierdził, że "Z dystansem odnosiła się do otoczenia. Nawet z kolegami, z którymi była po imieniu, dzielił ją mur. Jej nieliczne przyjaźnie z koleżankami trwały krótko". Bez względu na to, jak wyglądała prawda, Ninie Andrycz nie można odmówić jednego. Miała dość siły, uporu i talentu, by samodzielnie pokierować swoim życiem. Do ostatnich dni była aktywna i pełna energii. Jako stulatka czytała na spotkaniach z czytelnikami swoje wiersze, rozdawała autografy i udzielała wywiadów. Żyła tak, jak chciała. A to niewielu się udaje.

Marta Adamkowska

Dowiedz się więcej na temat: Nina Andrycz

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje