Przejdź na stronę główną Interia.pl
Niesforny błazen erudyta

Zygmunt Kałużyński

Szkodnik, upadły wyrobnik stalinowski, debil o małpiej gębie. Tak często nazywali Zygmunta Kałużyńskiego polscy reżyserzy. Ale za to widzowie go kochali.

Reżyserzy, o których dziełach bardzo często wyrażał się niepochlebnie, obrzucali go obelgami. Im gorszymi, tym bardziej Zygmunt Kałużyński (†86) się cieszył.

"Podejrzewam, że te co bardziej soczyste określenia mógł Zygmunt sam wymyślać. Ale choć często wytykał filmowcom błędy, naprawdę kochał polskie kino i zauważał w nim arcydzieła, jednak jako perfekcjonista w tym względzie, nie widział ich zbyt wiele", mówi SHOW Tomasz Raczek (59), publicysta, współprowadzący "Pereł z lamusa" i wieloletni przyjaciel legendarnego krytyka filmowego.

Jak wymyślał rzeczywistość


Reklama

Wuj prawnik chciał, by poszedł w jego ślady i został adwokatem. Kałużyński marzył jednak o tym, by zostać reżyserem teatralnym. Dopiął swego, studiując u Leona Schillera, ale nigdy niczego nie wyreżyserował. Przyszła okupacja i młody człowiek musiał zadbać o to, by przeżyć. Po wojnie nie wrócił do żadnego z wyuczonych zawodów. Został krytykiem filmowym.

"Widzowie i czytelnicy po prostu go kochali, bo był autentyczny, znakomicie pisał, potrafił przekazać swoją ogromną wiedzę, choć czasem coś zmyślał", zdradza Raczek. "Chciał uchodzić za błazna, bo wiedział, że tylko ktoś brany niepoważnie może mówić ważne rzeczy prosto z mostu. Kałużyński wbrew pozorom, które stwarzał, był typem introwertyka, który nie zwierzał się nikomu ze swoich problemów", podkreśla dziennikarz.

Jak kobiety go porzucały

Jednym z poważniejszych były perypetie miłosne Kałużyńskiego.

"Właściwie to dwie żony: poetka Julia Hartwig i amerykańska aktorka Elinor Griswold, uciekły od niego do innych mężczyzn. Zwłaszcza zdrada Elinor, która wybrała życie u boku reżysera Aleksandra Forda, musiała go zaboleć, bo przez lata zapewniał, że zniszczył wszystkie jej zdjęcia. Ale gdy porządkowałem jego papiery, odnalazłem te ich wspólne fotografie! Była jeszcze trzecia kobieta, która z nim mieszkała, Teresa Schroeder, pracująca w Muzeum Narodowym w dziale zakupów. Bardzo chciała się z nim związać i naprawdę mocno go kochała, nie było takiej rzeczy, której by dla niego nie zrobiła, o czym świadczą odnalezione przeze mnie po śmierci Zygmunta listy. Ale on nie chciał się wiązać i przedstawił Teresę swojemu przyjacielowi Franciszkowi Starowieyskiemu. Została potem jego żoną. Zygmunt na pewno mocno przyjaźnił się też z norweską gwiazdą Liv Ullmann. Przeglądając ich korespondencję zrozumiałem, dlaczego tak ostentacyjnie nie lubił filmów Ingmara Bergmana, partnera Liv i ojca jej córki...", opowiada Raczek.

Dlaczego kobiety zostawiały tego inteligentnego, energicznego i - co tu dużo mówić - przystojnego mężczyznę?

"Zygmunt nie nadawał się na męża. To była pomyłka, takie studenckie małżeństwo", mówiła po latach Julia Hartwig, pani Kałużyńska numer jeden.

Amerykańską żonę z kolei prześladował swoją zazdrością długo po rozstaniu. Koniecznie chciał udowodnić, że to on jest ojcem dwójki dzieci, które Elinor urodziła Fordowi.

Jak nie dbał o dom

Nie nadawał się na towarzysza życia także dlatego, że uważał sprzątanie, mycie się i dbanie o schludny ubiór za stratę czasu, fanaberię szkodzącą zdrowiu. Tę wersję potwierdza Tomasz Raczek, który często odwiedzał swojego mentora, a potem przyjaciela, w domu.

"Zygmunt nie sprzątał, zbierał jedynie koty z kurzu, gdy już były wystarczająco duże. Nie znosił, gdy jego partnerki próbowały coś wyczyścić albo przewiesić. Dlatego, choć często byłem u niego w domu, jedynie dwa razy zdecydowałem się na wizytę w toalecie, bo było tam po prostu strasznie. Co do ubioru, Zygmunt występował w "Perłach..." w jednym krawacie z włóczki, którym zakrywał plamę na koszuli. Próbowałem go namówić, żeby tę koszulę uprał, ale on nie chciał, twierdząc, że to pamiątkowa plama po zupie pomidorowej zjedzonej u państwa Morgensternów w 1962 roku, a poza tym - tej plamy i tak w telewizji nie widać. Kupiłem mu trzy krawaty, ale w żadnym nigdy nie wystąpił. Dopiero, gdy zmarł, odkryłem przygotowane do pogrzebu ubranie. Chciał, żebym założył mu jeden z moich krawatów".

Kałużyńskiego pokonał rak. "Zrozumiałem, że się poddał i nie chce dalej walczyć, gdy pewnego dnia przyszedłem do jego mieszkania i zobaczyłem wyrzucony na środek pokoju w bardzo teatralny sposób kabel od gramofonu. Zdziwiłem się, bo był wielkim znawcą i wielbicielem muzyki, zwłaszcza współczesnej. Zapytałem, dlaczego nie chce słuchać muzyki. »Bo już nie jestem w stanie się skupić« - odpowiedział. Kilka dni później odszedł", wspomina Raczek.

Katarzyna Jaraczewska

SHOW 18/2016

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje