Przejdź na stronę główną Interia.pl

Niech nie chwyci cię rdza

Jego teksty znają wszyscy, ale nie wszyscy wiedzą, że… to jego. Marek Dutkiewicz skończył prawo, ale w zawodzie nie przepracował ani dnia, bo za dobrze mu szło pisanie piosenek. Talent? Też, ale między wierszami jego właśnie wydanej książki można wyłowić składowe tego sukcesu. Dom, który dał wiarę w siebie, ciekawość świata i życzliwość dla ludzkiej natury. I może jeszcze dystans do siebie?

Naprawdę dane im było słońca zaćmienie. Wiadomo nawet kiedy: 20 lipca 1982 roku. I naprawdę plażą szły zakonnice, bo niedaleko Dębek jest ośrodek wypoczynkowy dla duchowieństwa. Jolka istniała w realu. I silnik faktycznie rzęził ostatkiem sił. W napisanej przez Marka Dutkiewicza biograficznej piosence, którą rozsławiła Budka Suflera, tylko jedna rzecz mija się z prawdą.

Reklama

Podobno jednak nie "z autobusem Arabów zdradziła go"?

Marek Dutkiewicz: - Niedawno ujawnił się autentyczny mąż Jolki. Nie zdradzam tu żadnej tajemnicy, tego pana można napotkać w Warszawie. Zdementował format tego pojazdu, a co za tym idzie, ilość pasażerów. Że nie autobus, tylko mikrobus, i że w ogóle nie ma o czym mówić. Zresztą to była jego narzeczona przed Jolką.

A sama Jolka?

- Od czasu premiery tej piosenki nigdy się nie spotkaliśmy.

Jak się czułeś, kiedy niedawno na pożegnalnym koncercie Budki Suflera 700 tysięcy osób śpiewało tę piosenkę jednym głosem?

- Pomyślałem, że większego audytorium już nie będę miał. Ale właśnie ten koncert zainspirował mnie do napisania książki. Przecież kiedy powstawała Jolka, połowy tych ludzi nie było na świecie. Należy im się garść wspomnień. To jednak nie jest autobiografia, raczej pocztówki z egzotycznego kraju, jakim był PRL. Czasem na spotkaniach autorskich młodsza młodzież pyta mnie, dlaczego trzeba było żebrać o benzynę albo co to była "meta". Tu mają wszystko wytłumaczone.

Dla mnie jest to też swego rodzaju coming out. Bo umówmy się: twoje teksty znają wszyscy, ale nie wszyscy wiedzą, że to twoje. Zwłaszcza że rozrzut jest spory - od Lombardu do Majki Jeżowskiej, od Lady Pank do Papa Dance. Kombi, Budka, Urszula, Zdzisława Sośnicka, a ostatnio Ewa Farna.

- Zawsze pisałem i piszę na zamówienie. Nie do szuflady, ale dla konkretnego wykonawcy. I pilnuję, żeby - jak mawia mistrz Młynarski - tekst mu "dobrze leżał i nie pił pod pachami".

Ale zaczęło się nie na zamówienie. Byłeś trochę dziennikarzem, trochę tłumaczem piosenek. I nagle wiersz "Pomaluj mój świat". À propos, zawsze mnie ciekawiło, dlaczego akurat "na żółto i na niebiesko"?

- Jako siedemnastolatek po raz pierwszy wyjechałem za granicę, na obóz młodzieżowy do Szwecji. Wszędzie wokół łopotały żółto-niebieskie flagi. Spodobały mi się te kolory. A wiesz, że co jakiś czas ktoś usiłuje wykorzystać tę pieśń reklamowo? A to jakiś klub sportowy, a to Castorama. Jest też parę stacji telewizyjnych i radiowych z żółto-niebieskim logo, ale poważnych propozycji jeszcze nie było. (uśmiech)

A ty podczas naszej rozmowy masz żółto- niebieskie okulary. Ten pierwszy ważny tekst wyszedł spod palca czy był szlifowany godzinami?

- Ani jedno, ani drugie. Ale nie namówisz mnie na opowieści o mękach twórczych, to chyba nie jest dla czytelnika interesujące. Dość, że wierszyk ukazał się na kolumnie poetyckiej w popularnym wówczas piśmie "Jazz". Zresztą razem z innym - Wstawaj, szkoda dnia. Pochylił się nad nimi Janusz Kruk, lider zespołu 2 plus 1, i napisał muzykę. Ile ja się nadenerwowałem, że przy tej jego kompozycji "nasturcje" mają transakcentację. Że nie nasTURcje, ale NASturcje Ale ludziom się spodobało. To niemała zasługa Rozgłośni Harcerskiej. Co prawda, nigdy żadnego harcerza tam nie spotkałem, ale wpływ na młodzież ta stacja miała ogromny. Pamiętam do dziś tę listę przebojów, Chodź, pomaluj mój świat - skok z dwunastego na pierwsze!

Do dziś nagrano już 14 coverów.

- Zwłaszcza De Mono zrobiło to pięknie. A z Januszem związaliśmy się zawodowo na lata. Szkoda, że tak wcześnie odszedł. Dużo imprezowaliśmy. Ja w pewnym momencie wyhamowałem, Krukowi nie było to dane. Żal mi go było serdecznie... Zresztą ta książka też jest ukłonem w kierunku wielu przyjaciół, którzy nas opuścili.

Mocna jest opowieść, jak przez całą noc pracowaliście z Januszem Krukiem nad muzyką do piosenki "Windą do nieba". "Poległa soplica, whisky, jarzębiak, nawet zakurzona pomarańczówka..."

- Kiedy Joanna (żona - red.) przeczytała książkę, powiedziała, że to wygląda jak pamiętnik alkoholika. A ja jej na to: czy na trzeźwo dzieją się rzeczy warte opisania? Ale uwaga, te wszystkie flaszki, które wymieniasz, nie musiały być pełne w momencie, kiedy się do nich zabieraliśmy. Poza tym spożywanie alkoholu w tamtych czasach wydawało się łatwiejsze - nie było takiego reżimu pracy. Teraz, kiedy realizując swoje stare marzenie, chodzę na kursy wiedzy o winie, a ciężkie paliwa kurzą się w barku, z uśmiechem wspominam...

"Wino z zielonych lat", o którym jest mowa w jednej z twoich piosenek?

- Ono składało się głównie z jabłek i siarki. Lata potem miałem to szczęście, że moimi mistrzami i przewodnikami po krainie wina byli Jan Wejchert i Marek Kondrat. Dziś moim ulubionym jest brunello di montalcino, a wtedy szczytem luksusu było, kiedy na butelce widniał napis "gronowe", a w środku było coś między gellalą a egri bikavérem.

Straszne czasy. Ale jeszcze większe wrażenie robi to, że tekst piosenki "Noc komety" powstał po... kwasie, którego spróbowałeś podczas pierwszej podróży do Stanów.

- Ach, pierwsza Ameryka! W San Francisco nawet hamburger pod palmą smakował fenomenalnie. Ale uspokajam: ten tekst nie powstał "pod wpływem". To tylko wspomnienie tych wizji.

"Blaski odblaski powódź pozłoty. Krzyże południa. I gwiezdny pył". Nieźle.

- Trudno napisać coś dobrego pod wpływem używek. Kiedyś próbowałem wspierać się jakimś płynem, ale efekty porannej konfrontacji okazały się ponure. Wbrew temu, co usiłujesz mi wmówić, (uśmiech) traktuję pisanie poważnie i odpowiedzialnie.

To jak zniosłeś fakt, że Lombard samowolnie wyciął kawałek tekstu w "Szklanej pogodzie"?

- Historia bez precedensu, zdarzyła się raz. Oczywiście doszło do awantury między mną a kompozytorem. Jestem przywiązany do tekstów, ponieważ wiem, ile trudu mnie kosztowały. Jednak w tym przypadku kompozytor Grzegorz Stróżniak zrobił mi przysługę, bo dzięki temu piosenka jest prostsza, chyba bardziej efektowna i przebojowa.

Czasem twoje teksty były nadinterpretowane. Małgorzata Ostrowska do dziś uważa, że "Śmierć dyskotece" była o milicyjnych "sukach".

- Czasy są takie, że namnożyło się bojowników o wolność. Ale ja się nie zapisuję do tego legionu. Mnie naprawdę chodziło o to, że nie lubiłem dyskoteki jako miejsca, gdzie króluje "łomot, łomot tępy".

Byłeś w grupie, która wykreowała Urszulę.

- Po dużym sukcesie utworu "Za ostatni grosz" Romek Lipko zasugerował, że jest wspaniała dziewczyna, być może następczyni Trojanowskiej. Wtedy napisałem - po raz pierwszy chyba - teksty w ciemno. Nie znałem jej, nie widziałem nawet zdjęcia i nie wiedziałem, że wygrała w Zielonej Górze Złoty Samowar. (uśmiech) Na nagraniach w Poznaniu chwilę trwało, zanim stremowana wokalistka otworzyła się przy mikrofonie. Ale już po pierwszych utworach wiedzieliśmy, że rokuje. Zaprosiliśmy Olę Laskę, fenomenalną scenografkę i stylistkę, która pomogła "ulepić" ją jako postać sceniczną - koci makijaż, fryzura, kolczyki. Taką jaką ludzie pokochali w "Dmuchawcach, latawcach". Swoją drogą ta piosenka okazała się siłą napędową demografii naszego kraju.

?!

- Od lat się zdarza, że przy okazji koncertu czy spotkania podchodzą ludzie z bardzo już dorosłym już dzieckiem i mówią: panie Marku, tego naszego to myśmy przy "Dmuchawcach..." Dla autora to najpiękniejszy komplement!

Jakiś medal by się za tę demografię należał!

- Nie tęsknię za odznaczeniami. Chociaż na festiwalu opolskim dwa lata temu dostałem kryształ oprawny w skórę, z napisem "Ikona festiwalu". (śmiech) Postawiłem go na parapecie, ale ciągle się zastanawiam, czy zdobi, czy szpeci.

À propos "Dmuchawców"... Ja przez długie lata zamiast "bosko zmęczeni" śpiewałam "bo są zmęczeni". Zdarza się, że ludzie przekręcają twoje teksty?

- Nieczęsto, ale ostatnio jedna wokalistka dziwiła się wyrażeniu "szklanka naciąga bez humoru" i koniecznie chciała zaśpiewać "szklanka nadciąga".

Muszę się przyznać: zaskoczyło mnie, że "Hulali po polu", które śpiewała Majka Jeżowska, to też twoje.

- A to akurat fragment ze wspomnień Tuwima i Słonimskiego. Kiedy jeden drugiemu udowadniał, że język polski jest podobny do hawajskiego. Mnie się to niesłychanie spodobało i postanowiłem wykorzystać w piosence.

Pisałeś też sporo dla Kombi. "Królowie życia", "Linia życia", "Słodkiego miłego życia". Przepraszam, ale co z tym "życiem"? Nie było innych słów?

- Chłopaki rzeczywiście za trzecim razem mieli pretensję, ale obiecałem im, że czwartego tytułu ze słowem "życie" już nie będzie. To kolejny paradoks - utwór Słodkiego miłego życia jest dosyć gorzki, ale naród ukochał sobie sam refren. A ja zawsze mówię, że z wolą narodu nie ma co dyskutować. Podobnie jest z "Windą do nieba". To nie jest przecież tekst, który chwali instytucję małżeństwa - wprost przeciwnie! - a co rusz ktoś do mnie dzwoni albo pisze w środku nocy z Białegostoku czy z Australii, że jest na weselu i że to grają.

Nie miałeś nigdy pokusy, żeby sam śpiewać swoje teksty?

- Nie mam predyspozycji do występowania na scenie. A wiem to po historii, która zdarzyła mi się na statku - tiepłochod Bajkał, za wczesnego Gorbaczowa. Z grupą wesołych krakusów, m.in. z Piwnicy pod Baranami przemierzaliśmy Morze Południowochińskie. Zostałem tam zdemaskowany jako autor "Jolki" i zmuszony do wyrecytowania jej przy gitarze. To się do tego stopnia spodobało, że namówiono mnie, żebym z zespołem radzieckich muzyków marynarzy ją odśpiewał. Na początku nie wszedłem w tonację i musiałem przez sześć minut ciągnąć, słysząc, co wykonuję. Było to tak koszmarne, że powiedziałem sobie wtedy: nigdy więcej. I do tej pory udało mi się słowa dotrzymać. Na estradę mnie nie ciągnie. Tam występują zawodowcy. Wiem, ile ich to kosztuje pracy, doceniam ich talent i trud.

Przed spotkaniem zrobiłam research - jesteś powszechnie uważany za człowieka pogodnego. To z domu czy z doświadczenia?

- Chyba z domu. Byłem wyczekanym, późnym, rozpieszczanym jedynakiem. Dzieciństwo spędziłem we Włochach, które wtedy były prawie jak wieś. Strzelanie z łuku, szalone rajdy na rowerach, dużo swobody. Na letnisko jeździło się pod Żyrardów. Rodzice na wiele mi pozwalali i wiele wybaczali. Dużo czytałem, w tym sporo lektur dla dorosłych. Chyba wtedy właśnie zaczęła mnie kręcić zabawa ze słowem, czego dowodem zamieszczony w książce scenariusz westernu.

Ostatnia kula w dwóch aktach.

- Napisałem go chyba w trzeciej klasie i - jak jasno widać - mocno inspirowałem się opowieściami o Winnetou. (uśmiech) Przez całą podstawówkę byłem dobrym, grzecznym uczniem, zacząłem się biesić dopiero w liceum i gdyby nie ta trauma ze skrzypcami, mógłbym uznać ten etap życia za bukoliczny.

Trauma? Przepraszam, ale czytając o tym w książce, uśmiałam się na głos.

- Poszedłem zapisać się na akordeon. Czekaliśmy całą gromadą, ale wszystkie dzieci wypytywane przede mną o wybór instrumentu, mówiły: "fortepian" albo "skrzypce". Wstydziłem się, że mam być jedyny do tego akordeonu. Więc kiedy wyczytano moje nazwisko, wydukałem: skrzypce. I tak związałem się z tym instrumentem na siedem lat. Co najzabawniejsze, dziewczynka tuż po mnie bez żadnego skrępowania powiedziała: akordeon! Do dziś moja trauma jest tak wielka, że gdy zdarza mi się współprodukować nagrania i omawiamy kwestie instrumentów, wołam, że mają być wiolonczele, ale skrzypce - nigdy!

Ale za to miałeś chwilę chwały, kiedy po latach Michał Urbaniak w Nowym Jorku wyciągnął cię na scenę, anonsując "great violinist from Warsaw".

- Chwały? Byłem o krok od zawału! Zmieńmy lepiej temat.

Nie zostałeś skrzypkiem, nie zostałeś też prawnikiem, choć takie studia masz w CV.

- Przeczytałem w poradniku dla maturzystów, że potrzebna jest tam zdolność logicznego myślenia. Pomyślałem: to ja. Studia okazały się potwornie nudne. Poza tym już wtedy wciągnęła mnie muzyka, a dzięki pierwszym piosenkom bardzo wcześnie zacząłem być człowiekiem niezależnym. Zwłaszcza że Janusz Kruk zaangażował mnie jako konferansjera. W dwurzędowej marynarce ze Szwecji i w fioletowej aksamitnej muszce co dwa, trzy numery zapowiadałem, co będzie dalej. Dosyć kabaretowo to wyglądało. Instytucja konferansjera tkwiła jednak przy wszystkich występach, również takich pararockowych kapel. A potem pojawiły się pierwsze tantiemy i pierwsze zamówienia od innych artystów. I już nigdy nie trzeba było myśleć o aplikacji.

Jako człowiek związany z estradą miałeś pewnie powodzenie u pań?

- Nie narzekałem. Chociaż tak z automatu to na estradzie powodzenie mieli tylko frontmani. Natomiast drugi plan - w tym ja - musiał nadrabiać urokiem osobistym. Ja się starałem.

Tęsknisz za złotą epoką lat 80.?

- W pewnym sensie. Może nie za permanentną imprezą, którą tutaj cały czas mi sugerujesz, ale za prostotą dotarcia do słuchacza. Teraz jest z tym o niebo trudniej. Wtedy były trzy na krzyż stacje radiowe i jeśli utwór się spodobał, piorunem stawał się przebojem. Myśmy zresztą wtedy tego nie doceniali, wydawało się nam to oczywiste. Dziś mamy kolosalne rozproszenie stacji radiowych. "Jolka", która trwa prawie siedem minut, nie miałaby szans zadebiutować na antenie, bo ideałem jest czas 3.05. Wracając do lat młodości: żyło się kolorowo, a w trudnych sytuacjach czuwała opatrzność. Popełniałem błędy, ale rodzina przekazała mi dużo wiary w siebie. Może stąd ten czasem naiwny optymizm.

Podoba mi się w książce fragment, jak opisujesz chwilę, kiedy oglądając musical "Metro", zakochałeś się w Joannie. "Zamigotała mi fraza Przybory: A z kobiet - dużą blondyną ty bądź. I postanowiłem zawalczyć". Minęło wam razem prawie ćwierć wieku. Recepta na długi związek?

- Przyjaźń i tolerancja. Mamy wspólny gust muzyczny i - co się rzadziej zdarza w rodzinach - także poglądy polityczne. A nadmieniam, że koleżanka jest z Torunia. (uśmiech)

Czy jest recenzentką twoich dokonań?

- Przede wszystkim ja sam muszę mieć przekonanie, że to, co napisałem, jest dobre.

Robisz swoje i nie słuchasz rad. Trochę tak jest?

- Bardzo tak jest. Ale może chodzi też o to, że jestem zodiakalnym Baranem? To podobno wiele tłumaczy. (W tym momencie Marek musi wyjść dosypać drobnych do parkometru. Wracając, uśmiecha się filuternie). Wiesz, co? Napiszmy, że jednak biorę pod uwagę sugestie Joanny. Bo biorę.

Czego się od siebie nawzajem przez te lata nauczyliście?

- Chyba musieliśmy wspólnie dojrzeć do powołania dziecka na świat. Trochę to trwało, bo bardzo ważne dla nas były praca i podróże. Ale wreszcie dotarliśmy do tego punktu. I mieliśmy sporo szczęścia. Bez względu na to, w jakiej jesteśmy formie, jest w nas zawsze czujna uwaga, jeśli chodzi o dziecko.

Czytałam, że gdy syn miał dwa latka, wołał w nocy "Dudziu, Dudziu", a ty biegłeś zabrać go do waszego łóżka.

- O, to dawne dzieje. Dziś Ksawery ma 12 lat i już dawno tak do mnie nie mówi. Ale pierwsza anegdota rodzinna z nim związana ciągle nas śmieszy. Próbując go uśpić, powiedziałem już z lekka zdenerwowany: "Wszystkie Ksawerki już śpią". Na co on: "A jeden nie!".

Odziedziczył po tobie smykałkę do słów?

- Kolega ma poczucie humoru, co mnie bardzo cieszy, bo przecież tego nie można się nauczyć. Chwile, kiedy razem chichoczemy w kinie albo nad książką - bezcenne. Najwięcej śmiejemy się, oglądając "SpongeBoba" albo "Fineasza i Ferba". Teraz fascynują nas komiksy o Fistaszkach. Ale odpowiem zawczasu na pytanie - nie zmuszam go do słuchania swoich piosenek.

Za to on cię inspiruje do pisania nowych.

- W życiu bym nie pomyślał, że napiszę coś dla dzieci, a tu dwa lata temu powstały wiersze "Żaba w Afryce" - mistrz Fronczewski to pięknie przeczytał w audiobooku. Ksawer był pierwszym recenzentem, zwłaszcza że rzecz powstała w epoce, kiedy on uwielbiał chodzić do zoo i chciał nawet zostać herpetologiem. Dziś jest raczej głównym źródłem wiedzy o elektronice. Z pobłażaniem udziela mi rad i dziwi się, jak można pewnych rzeczy nie wiedzieć. A ostatnio przekonał nas do psa, maltańczyka. To niesłychany kop energetyczny, kiedy Lucky co rano budzi nas szczęśliwy, że wreszcie wstajemy.

Dobrze zacząć dzień - ważna rzecz.

- Nigdy nie miałem z tym problemu. Nie jestem szczególnie depresyjnym człowiekiem, nawet w listopadzie. Nie mogę narzekać. Jak do tej pory wszystko w moim życiu potoczyło się bardzo przyzwoicie.

Co robisz, gdy nie piszesz i akurat nie możesz być z Joanną i Ksawerym?

- Lubię odreagować w aucie. Mam swoją prywatną zabawkę, w której rodzina się nie mieści, i bardzo lubię docisnąć pedał gazu na jakichś bezdrożach. A w domu... poluję na stare trzeciorzędne filmy, co rodzina uważa za dość perwersyjną rozrywkę. Szczególnie cenię dziwne amerykańskie horrory, czasem nawet bardziej kiczowate niż "Klątwa z Doliny Węży".

Gdyby z tych setek piosenek, które napisałeś, wybrać jedną frazę, takie twoje motto?

- Masz książkę? Zaraz ci znajdę. O tu, w piosence "Powiedz, ile masz lat", napisanej dla Urszuli: "Żyje się, wiesz, tylko po to, by biec. Niech nie chwyci cię rdza".

Rozmawiała Joanna Nojszewska

Twój Styl 1/2016

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje