Przejdź na stronę główną Interia.pl
Na drugim brzegu życia

Rozmowa z Otylią Jędrzejczak

Zazdrościmy jej medali, emocji na zawodach, tysięcy fanów. Nikt nie myśli, jak żyje mistrzyni, gdy gasną światła na olimpijskim basenie. Szczególnie gdy gasną ostatni raz. Bo sport to zajęcie na ćwierć życia, potem trzeba znaleźć na siebie pomysł. Otylia Jędrzejczak jest na tym etapie. Budzi się i... nie idzie na trening, uczy się zwykłych spraw, które nie były ważne, gdy wygrywała: prowadzenia domu, pracy, a teraz roli matki. Jak jest na drugim brzegu życia?

Mistrzyni olimpijska, ma złoto i srebro, a także trzy rekordy świata, liczne tytuły mistrzowskie. Ale w pewnym momencie musiała zmierzyć się z tym, o czym gwiazdy takie jak ona mówią z refleksją: gdy gasną światła i kamery, zostaje prawdziwe życie. I nie można utonąć. Spotykamy się trzy lata po tym, jak odeszła od sportu. Jest teraz w związku z koszykarzem Pawłem Przybyłą, niedawno się zaręczyli. Media społecznościowe spekulują: "Motylia" urodzi dziewczynkę czy chłopca? A ona promienieje. Jest daleko od życia, w którym każdego dnia pokonywała w basenie odległość Warszawa-Pruszków. Ale się od niego nie odcina.

Reklama

Podobno byli pływacy mają wodowstręt? Ty też?

Otylia Jędrzejczak: - Przez kilka miesięcy miałam. Trenowałam pływanie 25 lat. Codziennie osiem godzin w basenie, od ściany do ściany - czasem 20 kilometrów. Musiałam potem przejść kwarantannę. Uczyłam na AWF-ie. Kiedy na pływalni któryś ze znajomych prosił o radę, jak poprawić technikę, pytałam: A mogę pokazać ci z brzegu?

Kiedy postanowiłaś wyjść na ten brzeg?

- Pierwsza próba była w roku 2008. Wróciłam z igrzysk w Pekinie, nie układało mi się z trenerem. Wtedy pomyślałam, że czas na pożegnanie ze sportem.

To nie mogło być łatwe.

- Dlatego też traktowałam to jak próbę.

Nikt nie mówił, że za wcześnie, szkoda talentu?

- To dziwne, ale w jednym momencie wszyscy się odwrócili. Kiedy osiągasz sukces, są wszyscy, ale gdy mówisz, że kończysz lub robisz sobie przerwę, zostajesz sama. Trener stwierdził, że aby mieć wyniki, muszę tego chcieć.

Może inni uważali, że żartujesz, blefujesz?

- Chciałam sprawdzić, czy mogę robić coś innego niż pływanie. Przecież oprócz AWF-u zrobiłam dyplom z public relation w Akademii Leona Koźmińskiego. Nie byłam człowiekiem bez planu B, sportowcem, który został z niczym. Ale coś nie "kliknęło". Napisałam CV: gdzie mam je wysłać? Jak się szuka pracy? Nie wiedziałam. Nie wiedziałam nawet, jak się płaci rachunki, bo dotąd nie musiałam tego robić.

A miałaś na rachunki?

- Przez lata startów odkładałam pieniądze. To mnie zabezpieczało. Na początku mówiłam: jestem wykończona, mam prawo poleniuchować. Rano, zamiast iść na pływalnię, mogę poleżeć na kanapie. Ile można leżeć? Gdy trenowałam, większość dnia wypełniały mi zajęcia. Teraz poczułam, jak dużo godzin mieści się w jednej dobie. "Zrób coś, możesz wszystko, przecież jesteś mistrzynią!", powiedział przyjaciel. Ale ja przestałam wierzyć, że poza basenem jestem coś warta.

Podobno każdy sportowiec boi się momentu zakończenia kariery.

- Ja też znam ten strach. Kiedy trenujesz, wszyscy mówią "Przyjdzie czas na inne życie, ale dziś liczą się wyniki, pracuj". Piszę teraz doktorat na AWF-ie i robię badania na ten temat: 95 procent olimpijczyków nie ma konkretnego pomysłu na "życie po życiu".

Leżałaś więc na kanapie i myślałaś: Okej, mogłabym posadzić azalie na tarasie, ale za kilka miesięcy są przecież mistrzostwa świata.

- Coś w tym rodzaju. Nie umiałam zrezygnować ze sportu. I było mi coraz gorzej w pustym mieszkaniu. Wiem, że mężczyźni sportowcy łatwiej znoszą takie sytuacje, mają zdolność odszukiwania w sobie pozytywnych cech, które pomagają im przeć do przodu. No i na ogół mają żony, rodziny, a ja mieszkałam sama. Zabrakło stałych obowiązków, punktów odniesienia. Rozsypka. Co się robi o 16 po południu, jeśli nie jest się na treningu?

Bezradność?

- Zrozumiałam paradoks tej sytuacji: tyle razy radziłam innym, jak się podnosić z upadku, a teraz nie umiałam sobie pomóc. Wracałam do maili, które słali mi różni ludzie, np. pewna kobieta: "Dzięki pani poradziłam sobie na życiowym zakręcie". Ona tak, a ja?

Mówiłaś o tym rodzicom?

- Nigdy nie zadręczałam ich swoimi kłopotami. Tak już mam. Jestem sportowcem, muszę zacisnąć zęby. Sportowiec pokazuje tylko radość ze zwycięstwa, wtedy uwalnia emocje. Te negatywne chowa.

Co było najtrudniejsze?

- Poczucie utraty gruntu pod nogami. Niby mogłam wszystko, jak mówili znajomi, ale co to znaczy "wszystko"? W sporcie jest prosto: masz zadanie, trenujesz, wygrywasz albo nie. W normalnym życiu nie umiałam określić celu. Na pytanie: gdzie czułabym się bezpiecznie, odpowiedź była jasna: w basenie.

Podobno nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki.

- Ja weszłam.

Wróciły dobre wyniki i dobre samopoczucie?

- To był czas powrotu po wielomiesięcznej nieobecności. Nie mogłam mieć dobrych wyników. A każdy zły był komentowany: "Kończy się, już nie jest dawną Motylią". Jak miałam się bronić? Poza tym przestałam mieć frajdę z pływania. Nie było tych dawnych uderzeń adrenaliny.

Może to było znudzenie?

- Nie umiałam wzbudzić w sobie motywacji. Zaczęłam szukać bocznych ścieżek, czyli... wykrętów. Zapisałam się na kurs prezenterów telewizyjnych, bo może będę pracować w mediach. Coraz częściej wychodziłam wieczorami, pod ręką byli znajomi, kino, restauracje, wszystkie "rozpraszacze". Czułam, że tracę czas, że powinnam się od tych rozpraszaczy odciąć. Pojechałam więc trenować do Stanów.

Tam było łatwiej?

- Trudniej. W Polsce miałam zorganizowane treningi, mieszkanie, posiłki. A tam byłam jedną z wielu, nie miałam żadnych ulg. Ale zobaczyłam nowe rzeczy. Na przykład, że trener może prowadzić zawodnika tak, by ten, pracując w sporcie, zdobywał umiejętności, które pozwolą mu żyć poza jego dyscypliną. Właśnie tam dotarło do mnie, że mam dwa zawody, mogę być trenerem, ale mogę też pracować w korporacji. Powoli uczyłam się doceniać siebie.

A nam się wydaje, że sportowcy są skupionymi na sobie narcyzami.

- Tak można sądzić, ale ja nigdy nie umiałam docenić tego, co osiągnęłam. Zdobywałam mistrzostwo, wychodziłam z wody i od razu mówiłam: super, ale teraz muszę się przygotować do następnego startu. Może bałam się spocząć na laurach? Mój kolejny trener, Bartek, przekonywał, że muszę zrozumieć, jaką wartość mają medale i puchary, które zdobyłam. Wreszcie poczułam, że umiem zdefiniować cel: zostanę w sporcie, będę przekazywać swoje doświadczenia, bo to umiem i lubię.

Wciąż jakby... trochę jedną nogą w basenie.

- Nie. Trzy lata temu "wyszłam z wody" na dobre. Organizm się zbuntował. Pływanie to cholernie ciężki sport. Zaczęły się jakieś bóle. Gdy stawałam przed lustrem, zauważałam "boczki", które kiedyś znikały szybko, a teraz trudniej mi było zrzucić wagę. Słyszałam jeszcze, że moje rywalki mają słabe wyniki, że mogłabym z nimi powalczyć, ale moje "nie" było definitywne. Miałam 30 lat, pora na nowy rozdział.

Od czego go zaczęłaś?

- Dostałam propozycję wyjazdu do Rosyjskiego Międzynarodowego Uniwersytetu Olimpijskiego w Soczi. Nominował mnie PKOl jako jedyną Polkę. Pojechałam, rozpakowałam walizki i... rozpłakałam się. Uświadomiłam sobie, że wracam do tego, co chciałam zakończyć. Planowałam stabilizację, a znowu jestem z dala od domu. Miałam 30 lat, a pierwszy raz wygłupiałam się na studenckiej dyskotece. Ale gdy zaczęłam poznawać innych studentów, okazało się, że jeden jest "przy okazji" prawnikiem, drugi ma własny biznes. To był dowód, że istnieje życie poza sportem.

I...?

- Kolejny raz postanowiłam uporządkować sprawy. Raz - AWF. Jestem wykładowcą, zajęłam się doktoratem. To mi daje utrzymanie. Dwa - założyłam fundację, która ma propagować wśród młodych ludzi ideę "mistrzostwa w życiu". Sport ma być punktem wyjścia do sukcesów w życiu osobistym, w pracy. Jeden z programów przeznaczony jest dla dziewczyn. One wymagają specjalnej motywacji, bo na etapie liceum mają inne priorytety. Namawiam znajome mistrzynie z różnych dyscyplin i jedziemy rozmawiać, ćwiczyć.

Nie czujesz już, że doba ma za dużo "zbędnych" godzin?

- Codziennie powtarzam sobie: "Balans, balans...". Piszę wiersze, wychodzę na spacer, co przez 25 lat było dla mnie zjawiskiem nieznanym. Umiem nie odbierać wszystkich telefonów, nie trzymam komórki przy talerzu na stole. Gdy mam kryzys, do wyładowania złych emocji przydaje się pływanie. Pod wodą mogę krzyczeć, płaczę bez skrępowania, bo na mokrej twarzy nie widać łez.

Zastanawiam się, że może przejście ze sportu do "cywila" powinno odbywać się pod opieką psychologa.

- Ja od dawna interesuję się psychologią, która zawsze była moją pasją, ale także wyzwaniem. Siła, jaka tkwi w nas samych, jest nieopisana, i to, jak podchodzimy do siebie, a potem do życia, ma olbrzymie znaczenie. Nauczyłam się czerpać radość z małych rzeczy. Chyba pozostało mi to ze sportu - czasem muszę mentalnie upaść nisko, by ponownie wspiąć się na górę. Można powiedzieć, że każdy temat "przerabiam" sama. Czasem boli, ale efekt zawsze jest dobry.

Teraz na szczęście myślisz o przyjemnych rzeczach. Jak zareagowałaś na widok dwóch pasków na teście ciążowym?

- Nie musiałam robić testu. Czułam, co się szykuje. Na początku byłam przerażona: Pytałam siebie: czy to na pewno dobry moment?! Może jednak za wcześnie? I zaraz stukałam się w czoło: jakie za wcześnie, "stara baba" z ciebie! A w końcu przyszła czysta radość.

Jak znosisz ciążę?

- Przez pierwsze miesiące byłam aktywna, ale teraz, gdy zostało kilka tygodni do porodu, jestem zmęczona. Paweł, mój partner, powtarza: musisz odpoczywać, bo potem nie będzie czasu. W marcu zwolnię. Mój pęd do działania ciężko zatrzymać, ale czasem rozsądek bierze górę.

Podchodzisz do macierzyństwo planowo? Konsultujesz to z innymi mamami?

- Rozmawiam o tym i czytam, ale postanowiłam, że sama chcę nauczyć się dziecka. I na pewno nie zamierzam przerzucić obowiązków na babcie czy opiekunkę. Bycie z dzieckiem to najlepszy sposób, żeby zbudować z nim dobrą więź na całe życie.

Nie boisz się, że jako osoba wychowana zadaniowo, nauczona odcinania uczuć nie znajdziesz w sobie dość czułości i wrażliwości dla dziecka? Będziesz śpiewać kołysanki?

- Śpiewam tak sobie, ale kontakt z dziećmi mam dobry. Przecież chodzę na spotkania do przedszkoli, szkół, dzieci mnie lubią. Na wszelki wypadek mój partner ma w sobie większe pokłady czułości. W naszym duecie to on będzie dobrym policjantem.

Wiele kobiet w ciąży konfrontuje się z matkami. "Będę taka jak ona czy inna?", zastanawiają się. Ciebie też to dotyczy?

- W najważniejszych sprawach będę mamę naśladować. Ona zawsze dbała o nas, towarzyszyła nam. Mam z niej dużo: empatię, zaradność. Choć akurat mama - chyba jak każda mama - zastanawia się, czy sobie poradzę. Wyprowadziłam się, kiedy miałam 14 lat, gdy więc pojawiałam się w domu, wykorzystywałam fakt, że ktoś zrobi mi jeść, uprasuje. Mama nie widziała, jak sobie radzę, gdy jestem sama. To jest słodkie, gdy się zastanawia, czy umiem prać, gotować, jak to będzie. Tak naprawdę ja to wszystko robię od lat. Doskonale się ukrywałam.

Takie rozmowy zbliżają matkę i córkę?

- Dopiero teraz rozmawiamy o jej ciąży. Ale to nie jest przełomowe, bo byłam blisko z rodzicami. Teraz jednak następuje moment odcięcia pępowiny. Dużo dyskutujemy o moich planach, ale o zdanie pytam już narzeczonego. Bo teraz on jest najważniejszy, razem tworzymy rodzinę.

Jaki jest Paweł?

- Ma silną osobowość i nie boi się trudnych rozmów. A kiedy coś mu we mnie nie pasuje, mówi wprost, choć ciężko to znoszę. Wybucham, płaczę. On odczekuje, a potem mówi: "Nie becz, zastanówmy się, jak z tego wybrnąć". Najfajniejsze jest to, że prócz miłości łączy nas przyjaźń.

Gdzie znalazłaś takiego faceta?

- Oj, długo szukałam. Ale tak wyszło, że znalazł się sam. Oboje pojawiliśmy się na spotkaniu u znajomych i tak się zaczęło.

Kiedy zamieszkaliście razem, musiałaś mu oddać kawałek swojego terytorium. Łatwo ci to przyszło?

- Mam wprawę, dużą część życia spędziłam na zgrupowaniach ze sportowcami, często obcymi ludźmi. Narzeczony jest poukładany. Ja po zakończeniu kariery utrzymywałam chaos. Kiedy trenowałam, byłam pedantyczna. Potem potrafiłam rozrzucać rzeczy i sprzątać dopiero, gdy przyszła mi ochota. Paweł robi to od razu. Wspólne zamieszkanie jego kosztowało więcej!

Jeszcze powiedz, że umie gotować.

- Mhm, przejmuje się mną, choć czasem jest za bardzo konkretny. Kiedy wyszłam ze studia TVN-u, odebrałam SMS: "Za bardzo ruszasz rękoma, no i chyba musimy wymienić twoją garderobę, bo to wszystko jest za ciemne".

Co odpisałaś?

- To zapraszaj na zakupy.

Powiedziałaś, że masz do siebie dystans. Zastanawiasz się, czy podporządkowanie 25 lat życia trenowaniu było słuszną decyzją?

- Gdybym miała odwrócić czas, zrobiłabym to jeszcze raz. I nie dlatego, że osiągnęłam sukces. Tylko dlatego, że sport dał mi w kość. W efekcie wyrobił we mnie odwagę i siłę, żeby się podnosić po porażkach. To się przydało także w życiu prywatnym. Czy zamieniłabym je na inne? Niektóre dni na pewno bym wymazała. Ale uważam, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Tylko czasami się zastanawiam, czy musiało być aż tak ciężko.

Jak z perspektywy czasu oceniasz hejt, z którym musiałaś się zmierzyć?

- Od dawna staram się nie czytać komentarzy. Zależy mi na opinii bliskich, ich krytyką się przejmuję. Gazety piszą o mnie od momentu, kiedy jako szesnastolatka zaczęłam zdobywać medale. Przyzwyczaiłam się, że oceniają mnie ludzie, którzy mnie nie znają. Nauczyłam się tylko bardziej limitować w wywiadach. Są rzeczy, które warto zatrzymać dla siebie. Może kiedyś opowiem o nich w książce.

Piszesz?

- Sporo. Wielokrotnie namawiano mnie na napisanie biografii, ale uważam, że jestem za młoda. Kiedyś postanowiłam, że napiszę książkę, gdy będę w ciąży. Nie udało się, czas tak szybko mija... Ale mam już połowę bajki o dzielnym "mistrzu życia". Może ją dokończę?

Agnieszka Litorowicz-Siegert

Twój Styl 4/2017

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje