Przejdź na stronę główną Interia.pl

Myślę o tobie z uśmiechem

Stracili najbliższych nagle. Najpierw był szok, potem gniew i niepogodzenie się z tym, co się stało. Nie wierzyli, że mogą być jeszcze szczęśliwi. Ale dziś o przyszłości myślą już z nadzieją.

Zawsze noszę latarkę w torebce. Na wszelki wypadek. Przecież nigdy nie wiadomo, kiedy może się przydać, a ja lubię być przygotowana na wszelkie okoliczności". (Olga i Piotr Morawscy, "Od początku do końca"). - O czym będziemy rozmawiały? Bo nie chciałabym do końca życia być naczelną wdową górską - zaznacza Olga. Od czasu śmierci męża, 32-letniego himalaisty Piotra Morawskiego, udzieliła wielu wywiadów. Sposób, w jaki opowiadała o swoich przeżyciach - szczery, odważny, często nieprzystający do utartych wyobrażeń o żałobie - zjednał jej dużo sympatii ("Nie umiałam znaleźć się w roli wdowy", mówiła. Albo: "Najbardziej się ucieszyłam, jak zaczęłam się znowu bać. Bo człowiek w rozpaczy niczego się nie boi. Wie, że nic gorszego go nie spotka"). Z jednej strony między nią a Piotrkiem była wielka miłość (paradoksalnie to Olga namówiła go na pierwszą wyprawę na K2), z drugiej - góry, które z czasem zdominowały ich wspólne życie. W książce "Od początku do końca", którą wydała po odejściu Piotra, akcja toczy się równolegle. On pisze o zapachu mokrego namiotu, odmrożeniach, zapierających dech w piersiach widokach, ona - o samotnych świętach, wychowywaniu dwóch synów (trzy miesiące po narodzinach starszego Piotr stał już na szczycie Nanga Parbat), strachu o męża. Oboje - z czułością o tęsknocie do siebie . 3 kwietnia 2009 roku Olga skończyła 33 lata. Pracowała wtedy jako dyrektor marketingu, Piotr był pierwszym na świecie człowiekiem, któremu udało się wejść zimą na trudną Sziszapangmę (8027 m n.p.m.).

Reklama

Miał na koncie sześć ośmiotysięczników, doktorat z chemii, udział w maratonach. Do domu wpadał jak po ogień. Z życzeniami urodzinowymi zadzwonił z kolejnej wyprawy, tym razem na Dhaulagiri, na której aklimatyzował się przed planowaną wspinaczką na zachodnią ścianę Manaslu. Pięć dni później wracał razem ze Słowakiem Peterem Hámorem do obozu, gdzie miała już czekać na nich jajecznica na polskiej kiełbasie. Pech chciał, że w miejscu, w którym postawił nogę, pod warstwą lodu była ukryta szczelina. Wpadł, zaklinował się na 20. metrze, słychać było jego wołanie. Peter wezwał pomoc - w ich kierunku ruszyła ekipa TOPR-u, w tym lekarz, przyjaciel Piotra. Wyciągnęli go, reanimowali. - Było blisko tego, co nazywa się cudem, czyli że trochę szybciej, a by się udało. Ale tak się nie stało i to wszystko pozostaje w kategorii "brak cudu" - mówi Olga. - To też opowieść o tym, co komu pisane, jeśli podchodzić do tego filozoficznie. Może my się tu szamoczemy, próbujemy w tę stronę, w tamtą...

Po co? Przez jakiś czas nic nie miało dla mnie sensu. Łaknęłam tylko wszystkich opowieści o tym, że ktoś to już przeszedł, że jest coś dalej za tą rzeką, w której byłam sama z dziurą w sercu. Ignacy i Gustaw mieli wtedy dwa i cztery lata. Dopytywali, czy tata nosi w niebie czapkę. Odpowiadała im spokojnie, a potem zamykała się w łazience, żeby nie widzieli, jak płacze. Sygnały, że dziura zaczyna się zabliźniać: przeczytana od deski do deski książka, pierwszy uśmiech, który u taty Olgi wywołał łzy wzruszenia, i wreszcie pomysł na wydanie "Od początku do końca". Znalezienie w komputerze gotowego do druku pliku z zapiskami z podróży Piotra i dedykacją dla żony oraz synów było jak pozdrowienia z zaświatów. - Tę książkę wydałam dla niego - przyznaje Olga. I kiedy wszystko zaczęło się powoli układać, otrzymała drugi cios - wypowiedzenie z pracy. - Życie mnie trochę przeczołgało - mówi. - Jak teraz na to patrzę, to dostałam z grube j rury, można się było na tym wyłożyć, nie wytrzymać. Ludzie w moim wieku zaczynają zadawać sobie pytania: czy idę właściwą ścieżką, czy dobrze wybrałem, dzielą włos na czworo. Ja nie musiałam w ogóle się nad tym zastanawiać, bo mnie niosła fala tsunami. Ta fala wyrzuciła ją na brzeg obcej wyspy. Nieznany port, nie ten horyzont i morze wątpliwości, co dalej.

- Ty walczysz, chcesz, żeby było tak jak kiedyś, ale się nie da. Dlatego moim zdaniem nie ma co za długo walczyć, trzeba próbować przyjąć to nowe życie. Bóg dał nam tylko jedną szansę. To nie jest próbne granie, więc chyba trzeba zagrać raz a dobrze? Kiedyś szukałaby kolejnej pracy w marketingu. Teraz wiedziała, że nie tędy droga. Zabrała się do kolejnej powieści. Zatytułowała ją "Góry na opak, czyli rozmowy o czekaniu". Przeprowadziła wywiady z bliskimi nieżyjących himalaistów. - Chciałam po raz ostatni zmierzyć się z tym tematem. To były trudne spotkania, ciężkie historie, bo każda z tych osób odkrywała przede mną bardzo osobisty fragment życia. W którymś momencie pomyślałam: ja chyba zwariowałam. Sama rozdrapuję swoją ranę. Nie umiałam znaleźć powodu, dlaczego stworzyłam tę książkę, aż w końcu go znalazłam: żeby ocalić tych ludzi od zapomnienia. Tak samo ocala pamięć męża, od trzech lat organizując we współpracy z Alpinusem Memoriał im. Piotra Morawskiego "Miej odwagę" . To projekt dla początkujących podróżników. Zwycięzcy mogą spełnić marzenia o wyprawie, dostają pieniądze i sprzęt. - Dając tym ludziom szansę, chcę przypomnieć pomysł Piotrka na odważne życie. Bo to było odważne życie, nawet jeśli ktoś uważa , że głupie. Łatwo jest oceniać, trudniej samemu spróbować. Ja nigdy nie miałam do niego pretensji o to, co robi.

Olga wydała też serię subiektywnych przewodników po różnych krajach, które odwiedziła jeszcze z Piotrem, pracuje w agencji filmowej w TVP, pisze swoją pierwszą powieść, której akcja rozgrywa się współcześnie. - Po śmierci Piotrka narodziłaś się jako pisarka? - Absolutnie. To był koniec jednej drogi i początek zupełnie innej. Pozwoliłam sobie na coś, na co pewnie nigdy bym się nie odważyła w życiu, w którym byłam dyrektorką marketingu, bo wydawałoby mi się to dziecięcą mrzonką. Przestałam mieć blokady wewnętrzne, pomyślałam, że nie ma już nic, co by mnie pociągnęło w dół. Kiedyś , gdy chodziłam do pracy, miałam poczucie, że zżera mi to całą moc. Teraz jest wręcz przeciwnie, te projekty mnie nakręcają. Olga założyła też fundację "Nagle sami". Chce pomagać ludziom, którzy stracili swoich najbliższych. Uważa, że temat żałoby jest "nieprzerobiony" społecznie, pomimo Smoleńska eksploatowanego politycznie. - Wiadomo, że ludzie o śmierci niekoniecznie chcą rozmawiać. No, może na wieczorkach spirytystycznych. Każdy myśli, że mniej więcej po roku żałoby powinno być już dobrze, a nie zawsze tak jest - zaznacza Olga. Mówi o tym po to, żeby społeczeństwo "przygarnęło" takie osoby, by nie czuły się obco.

Przyznaje, że robi za dużo rzeczy i nie odpuszcza sobie. - Jestem człowiekiem pozytywnie nastawionym do życia i raczej "hej, do przodu", ale czasem się nie wyrabiam. Ostatnio, kiedy położyła już synów spać, usiadła na kanapie, żeby odetchnąć. - Z jednej strony w telewizji stare odcinki Dextera, z drugiej ja, kartka i 24 godziny. Jak to zrobić, żeby się w nich ze wszystkim zmieścić? Czasami, gdy pada ze zmęczenia, przychodzi taka myśl, że dobrze by było, gdyby obok pojawił się ktoś, kto ją przystopuje. Chociaż wie, jak iluzoryczne bywają próby wprowadzenia planów w życie. - Zawsze lubiłam mieć to, co się dzieje, pod kontrolą. Wydawało mi się, że osiągnęłam ten ideał. I co? Życie ze mnie zadrwiło, i to porządnie. Dlatego staram się nie przywiązywać do tego, co robię, tylko mieć podejście "a może się uda". I zazwyczaj się udaje. Pytam Olgę, czy nadal nosi przy sobie tę zieloną latarkę, którą dostała od Piotra. - No właśnie od roku jej szukam w kolejnych torebkach! - odpowiada. - Tydzień temu jechałam do Krakowa i była mi bardzo potrzebna, ale nie znalazłam jej. Jest dla mnie ważnym elementem, wspomnieniem tamtego życia. A może ona właśnie dlatego się zgubiła, że tamtego życia już nie ma?

(MF-K)


Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje