Przejdź na stronę główną Interia.pl

My, Słowianie

​Mężczyźni romantyczni. Z pasją. I ułańską fantazją. Słowiański temperament to coś, co nadal podoba się kobietom.

"Słowiańskość to dla Polaków Wschód. Nie czują się z nią dobrze. To, że jesteśmy Słowianami, jedynie nam się przydarzyło" - pisał wiele lat temu w jednym ze swoich reportaży Mariusz Szczygieł. I rzeczywiście, długo tak było. Po transformacji ustrojowej staraliśmy się upodobnić do tego, co zachodnie, jednocześnie odcinając się od wszystkiego, co kojarzyło się ze Wschodem. Ale teraz, kiedy poczuliśmy się w końcu Europejczykami, wracamy do swoich korzeni. Jesteśmy inni i czynimy z tego atut.

Reklama

Dowód? Chociażby popularność piosenki "My, Słowianie" Donatana i Cleo. Kiedy w listopadzie ubiegłego roku klip pojawił się w sieci, w ciągu tygodnia miał 10 mln odsłon. - Polska nigdy nie przodowała w słowianofilstwie, ale ostatnio coraz częściej szukamy wspólnej historii. Jesteśmy Słowianami i się tego nie wstydzimy - ocenia prof. Jerzy Bralczyk, językoznawca. A Donatan popularność utworu tłumaczy tak: "Bycie Słowianinem to nie tylko kwestia etniczna, to stan umysłu". Tylko co ten stan dziś oznacza?

Lasy, bory, knieje


- Jesteśmy nadal rozdarci. Jedną nogą stoimy na Zachodzie, drugą na Wschodzie - ocenia Grzegorz Daukszewicz, aktor znany m.in. z "Na dobre i na złe". - Kiedy wyjeżdżamy za granicę i ktoś nas pyta, skąd jesteśmy, to trochę ze wstydem odpowiadamy: "Z Polski". Ale wystarczy, że ten ktoś powie coś złego o naszym kraju, a od razu zaczynamy wymachiwać szabelką - śmieje się 29-latek.

- Żyjemy w dobie globalizacji, ale to w oryginalności jest siła. I nie chodzi wcale o pasiaste spódnice czy chusty w kwiaty, bo to tylko zewnętrzne atrybuty. My w środku, w naszych sercach, jesteśmy inni niż np. Skandynawowie czy Brytyjczycy. Nie lepsi, nie gorsi, po prostu różni. Inaczej kochamy, inaczej odczuwamy - podkreśla 24-letni Józef Pawłowski, który gra główną rolę w "Mieście 44" Jana Komasy. Z kolei 42-letni aktor Wojciech Błach mówi, że jemu nasza natura kojarzy się z pierwotną siłą: - Polska dusza wciąż jest dzika, pochodzi z lasów, borów, kniei.

I rzeczywiście, antropolodzy nazywają nas Słowianami zlatynizowanymi, ale wciąż Słowianami. - Ja tę naszą przynależność etniczną poczułem najwyraźniej, kiedy przygotowywaliśmy się w Teatrze Nowym w Łodzi do wystawienia "Króla-Ducha" Słowackiego, poematu o naszym pochodzeniu. Zastanawialiśmy się wtedy z kolegami, co oznacza "słowiańska dusza". Kilkakrotnie byłem pod naszą wschodnią granicą, na Podlasiu, na Świętej Górze Grabarce, która jest sercem prawosławia w Polsce. Podczas święta Przemienienia Pańskiego panowała tam niesamowicie mistyczna atmosfera i czułem, że jestem stąd, że bulgocze we mnie ta gorąca krew. Jakoś nie znajduję tego na Jasnej Górze - opowiada Wojciech Błach. Czy zatem Wschód zaczyna w nas wygrywać z Zachodem?

Grzegorz Daukszewicz uważa, że coraz częściej tak. Szczególnie widać to wśród młodych ludzi. - Dla mojego pokolenia kraje zachodnie były symbolem lepszego świata, obietnicą fajniejszego życia. Ale jak obserwuję moją dziewczynę, która jest ode mnie kilka lat młodsza, oraz jej znajomych, to widzę, że oni są pokoleniem na wskroś europejskim. Od dziecka jeżdżą po całym świecie i nie mają kompleksów. Są dumni ze swoich słowiańskich korzeni, poszukują ich, ale nie jarmarcznych symboli, tylko prawdziwej kultury - podkreśla.

Zdaniem aktora obcokrajowcy często postrzegają Polaków jako esencję Wschodu. Przyjeżdżają tutaj, są tej naszej dzikości, inności ciekawi. - Cieszy mnie, że odradza się kultura picia wódki. Powstaje coraz więcej knajp, gdzie można zamówić kiszonego ogórka, tatara, nóżki w galarecie. Przez lata wódka kojarzyła się nam z prostactwem, chcieliśmy być bardziej wyrafinowani, więc sięgaliśmy po wino czy whisky, ale czy może być coś bardziej wysublimowanego niż zmrożona wódka z kawiorem? To jest część naszej tradycji i należy być z niej dumnym. Szczególnie że my się lubimy bawić i mało który naród jest tak gościnny i spontaniczny jak nasz.

Dla Francuzów to niepojęte, że Polak w knajpie potrafi postawić obcym ludziom kieliszek wódki. Sam czasem tak robię, kiedy ponosi mnie fantazja - śmieje się Daukszewicz. 28-letni Stanisław Karpiel-Bułecka, wokalista zespołu Future Folk, który w czerwcu wygrał festiwal TOPtrendy, potwierdza: - Bo my jesteśmy do tańca i do różańca. Lubimy hulanki i swawole, już taka nasza natura. Szczególnie u nas, na Podhalu, jak jest zabawa, to zawsze z przytupem, góralskim śpiewem i muzyką. Mamy potrzebę integrowania się. Teraz, po wygranej w Sopocie, urządziliśmy z innymi zespołami folkowymi after party w hotelowym lobby. Każdy wziął jakiś instrument i zaczęliśmy grać słowiańskie melodie, które wszyscy znamy. Pani w recepcji miała spontaniczny koncert, nie protestowała nawet, że jest cisza nocna.

Załzawiona dusza


- Słowiańska dusza to przywiązanie do ziemi, do tego, skąd pochodzimy. Ja jestem góralem z krwi i kości, nie wyobrażam sobie życia bez Zakopanego. Kiedy zawodowo uprawiałem narciarstwo, zjeździłem kawał świata i dzięki temu upewniłem się, że to tutaj jest moje miejsce, to z niego dziś czerpię inspirację do pisania piosenek. Lubię podróżować, ale wystarczą trzy-cztery tygodnie z dala od kraju i już tęsknię - opowiada Karpiel-Bułecka. - Nie jestem fanem chodzenia po górach, nigdy nie byłem nawet na Giewoncie, za to kiedy przypinam narty i jadę, czuję się wolny. W ten sposób ładuję baterie. Jak każdy Słowianin, a góral w szczególności, jestem związany z naturą.

- Ta natura nam w duszy gra, bo jednak wywodzimy się z dziczy. I ciągnie nas do jej pierwotnej siły - zaznacza Wojciech Błach, który od 15 lat ma dom na wsi, w okolicach Buska-Zdroju. Jeździ tam, żeby chociaż przez chwilę prowadzić "proste" życie. Ale potem ciągnie go do miasta, chce wracać. - Gdy kiedyś oglądałem serial "Robin Hood", to pomyślałem, że główny bohater na pewno był Słowianinem. Taki nieskomplikowany, pełen temperamentu człowiek z lasu - śmieje się aktor, który niedawno wrócił z pobytu w Himalajach. - Dobrze się czuję na Dachu Świata, z dala od cywilizacji. Na pięciu tysiącach metrów nad poziomem morza człowiek zostaje sam na sam ze swoimi myślami, jest zmuszony do automedytacji. Ostatnie trzy lata życia poświęciłem wychowywaniu syna Bruna, na nim skupiłem całą swoją uwagę, więc teraz potrzebowałem na chwilę odciąć się od wszystkiego, dokonać pewnej defragmentacji swojego wnętrza i człowieczeństwa - opowiada.

Bo, jak przyznaje, słowiańska dusza potrafi boleć: - Ona jest załzawiona, ma w sobie wieczną tęsknotę. Wręcz w nas wyje. Ale ważne, żeby tę tęsknotę przekuć w coś pozytywnego, żeby była kołem napędowym do działania. Ja na przykład jako młodzieniec tęskniłem za tym, żeby nie być sam, stworzyć związek, mieć rodzinę, taką swoją społeczność. A kiedy urodził się Bruno, zacząłem realizować się w byciu ojcem: świadomym, przede wszystkim obecnym, takim, za jakim tęskniłem jako dziecko.

Józef Pawłowski też przyznaje, że słowiańska dusza jest wrażliwa. - Jesteśmy emocjonalni. Lubimy rozdrapywać rany i posypywać je solą. Im dalej na wschód, tym bardziej to widać. Szczególnie w teatrze. Też taki jestem. Kiedyś usłyszałem, że nawet jak nie ma problemu, to go sobie stworzę i rozdmucham. Widać lubię czasem pocierpieć - śmieje się. I dodaje: - Być może dlatego tak bardzo podobały mi się "Cierpienia młodego Wertera" Goethego. Nawet na egzaminie do szkoły teatralnej mówiłem fragment tej powieści. W kinie też wolę wyciskacze łez, produkcje "z tematem", a nie przepadam za komediami. Kilka miesięcy temu przeżyłem katharsis, kiedy oglądałem "Siedem dusz" (reż. Gabriele Muccino - red.). Rzecz o mężczyźnie, który zabija kilka osób w wypadku samochodowym, a potem, żeby zadośćuczynić za wyrządzone zło, stara się uratować kilka innych istnień. Piękne. Płakałem od pierwszej sceny.

Zgadza się z tym Wojciech Błach: - Jesteśmy wychowani na literaturze romantycznej, cierpiącym Konradzie Wallenrodzie, i to w nas tkwi. Ale artysta wyleczony z cierpienia przestałby być artystą. Gdybym non stop chodził do psychologa, być może nie miałbym po co wracać na scenę. Taka emocjonalność nie pomaga w życiu, ale w zawodzie - tak. Ostatnio reżyserowałem w warszawskim teatrze IMKA spektakl "Twoje pocałunki Mołotowa", w którym chciałem powiedzieć, że emocje nie mają wieku. Z biegiem lat przychodzi doświadczenie, jednak serce i tak wygrywa z głową: najpierw jest emocja, a dopiero potem pojawia się myślenie. Ale dzięki temu czujemy się "żywi". Ja jestem introwertykiem, emocje się we mnie kotłują i mimo że nie zawsze je widać, to one są.

Karpiel-Bułecka dodaje: - My, górale, nie wstydzimy się płakać. Jesteśmy melancholijni, to fakt, ale artysta nie mógłby bez tego funkcjonować. Ja daję w muzyce wyraz kłębiącym się we mnie emocjom. 

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje