Przejdź na stronę główną Interia.pl

​Monika Rogozińska: Nazwali mnie "sir Monika"

- Pakistańscy górale nie mogli zrozumieć szacunku, jakim obdarzali mnie koledzy. Niepojęte było dla nich dlaczego Andrzej Zawada upomina pomocnika kucharza, żeby mnie pierwszej podawał posiłek. Myśleli, myśleli, aż wymyślili. Zrobili ze mnie mężczyznę. Nazwali mnie "sir Monika" i wszystko zaczęło im się zgadzać - mówi Monika Rogozińska, dziennikarka, pisarka, współzałożycielka Oddziału Polskiego The Explorers Club, przewodnik tatrzański, ratownik TOPR, współorganizatorka i uczestniczka zimowych wypraw na ośmiotysięczniki.

Jej książka "Lot koło Nagiej Damy", to niezwykła opowieść o zimowej ekspedycji na Nanga Parbat w Pakistanie i losach polskiego pilota, który po II wojnie światowej tworzył z rodakami lotnictwo w Himalajach, Hindukuszu, Karakorum.

Reklama

"Lot koło Nagiej Damy" została Książką Górską Roku 2016 (ex aequo) w kategorii Wspomnienia i autobiografie na XXI Festiwalu Górskim w Lądku Zdroju. Z autorką rozmawiamy o historiach, które kryją się w polskich domach, o miłości do gór i odnajdywaniu własnej drogi.

Adam Wieczorek, Interia: Jak wiele takich niesamowitych historii czeka jeszcze na odkrycie?

Monika Rogozińska: - Miliony. Są w każdej polskiej rodzinie! Położenie naszego państwa w tym miejscu Europy, między tymi sąsiadami, od dawna skazuje każde pokolenie na życiorysy niezwykłe. Wojny, okupacje, zmiany granic, "żelazna kurtyna" porozrywały rodziny i pamięć. Komunizm programowo kłamstwem i terrorem niszczył tożsamość, a więc i pamięć o przeszłości. Znałam ludzi, którzy wracali wiele lat po wojnie z Syberii, obozów sowieckich i milczeli. Miałam ich w rodzinie. Bali się mówić bliskim o tym, co przeżyli, żeby ich nie narażać. Żeby dziecko w szkole nie chlapnęło wiedzą zakazaną. Mój ojciec miał blizny na ręce od drutu kolczastego. Wraz z braćmi walczył jako partyzant Armii Krajowej na Wileńszczyźnie. Powiedział nam, swoim dzieciom, żebyśmy nie pytali skąd ma te ślady.

- Za posiadanie książek wydawanych na Zachodzie lądowało się w więzieniu. Prawdę zapisaną na papierze przemycało się przez zieloną granicę. Nawet książkę o wejściu Reinholda Messnera bez tlenu na Everest, gdy wracałam do kraju ukryłam, żeby się funkcjonariusze nie przyczepili. Była po angielsku, więc wzbudziłaby podejrzenia. Cóż dopiero "Zamach na papieża w świetle Fatimy i w cieniu jednej rewolucji"! Kupiłam tę książkę w Rzymie, gdy byłam z pielgrzymką ratowników i przewodników tatrzańskich na rocznicy pontyfikatu Jana Pawła II. Wracaliśmy. Ależ nas wtedy nocą przetrzepywali na przejściu granicznym w Chyżnem. Był tylko jeden autokar, nasz. Miałam tę książkę przylepioną do brzucha, w którym zamieszkał już i rósł mój drugi synek. Wreszcie ruszyliśmy. Kierowca włączył radio. Pierwsza wiadomość, jaką usłyszeliśmy, mówiła o uprowadzeniu ks. Jerzego Popiełuszki... Polskie losy przerastają wyobraźnię scenarzysty!

- Opowieść zapisana w "Locie koło Nagiej Damy" zdarzyła się naprawdę. Zaczyna się od zimowej wyprawy na Nanga Parbat (8125 m n.p.m.), której byłam korespondentem na przełomie 1997/98 r. Góra nazywana też Mordercą, Potworem wznosi się nad Indusem, rozpoczynając łańcuch Himalajów. Przeżyliśmy trzęsienie ziemi, lawiny, wypadek, akcję ratunkową. Dowiedziałam się, że tam, gdzie stykają się pasma najwyższych gór: Himalajów, Karakorum, Hindukuszu, latał kiedyś polski pilot. Opis jego brawurowego lotu w rejonie Nanga Parbat znalazłam w "The National Geographic" z 1952 r. Szukałam śladów tego pilota, ale to on mnie odnalazł.

- Opublikowałam w USA artykuł o wyprawie. 80-letni kpt. Henryk Franczak przeczytał go i wysłał do mnie, do Warszawy, list. Mieszkał w Stanach Zjednoczonych. Najpierw przepytywałam go przez telefon. Chciałam opublikować o nim artykuł, więc poprosiłam o zdjęcia. Powiedział, że sporo fotografii ma w Warszawie jego przyrodnia siostra, więc szybciej będzie, jak się do niej udam. Wymienił imię i nazwisko... mojej przyszywanej cioci. Z jej synami chodziłam do szkoły podstawowej.

Podczas lektury odnosi się wrażenie, że wiele wątków zostało uciętych. Czy próbowała pani dotrzeć do pełni tych pobocznych historii?

- Przed oddaniem książki do druku, przez dwa miesiące pracowicie usuwałam różne gotowe już fascynujące wątki. Innymi słowy siekierą obcinałam gałęzie, żeby zostawić sam pień. W tych bujnych gałęziach można było się bowiem zaplątać. Połowa książki poszła do kosza. Teraz łatwiej się ją czyta.

- "Lot koło Nagiej Damy" składa się z trzech części. Pierwsza opowiada o wyprawie na Nanga Parbat. W drugiej oddaję głos odnalezionemu pilotowi Henrykowi - bohaterowi bitwy o Anglię i o Atlantyk. Było ich czterech braci Franczaków. Dwóch wojny nie przeżyło. Jeden - pilot, zginął, zestrzelony podczas lotu z pomocą Powstaniu Warszawskiemu. Drugiego - nauczyciela, dowódcę oddziału AK, zamordował enkawudzista z Armii Czerwonej. Trzeci, wywieziony przez Sowietów na Syberię, wydostał się stamtąd z Armią Andersa. Henryk walczył w Dywizjonie 304 w Anglii. Opowiada o tym, jak alianci zdradzili Polaków i jak znalazł się z grupą naszych pilotów w Pakistanie. Ot, polskie losy...

- Trzecia część książki to historia mojej przyjaźni z Henrykiem. Kiedy go spotkałam był bardzo samotny. Znaliśmy się osiem lat. W wieku 83 lat nauczył się obsługi komputera, aby mieć łatwiejszy ze mną kontakt i śledzić moje dalsze zimowe wyprawy na ośmiotysięczniki Azji. Od lat już tam nie latał, ale pamiętał sylwetki gór i ich topografię. To opowieść o wielkiej przyjaźni i o tym, jak ratowaliśmy się nawzajem.

Gdy bliżej poznajemy Henryka, odnosimy wrażenie, że takich ludzi już nie ma.

- Henryk był prawdziwym przedwojennym polskim dżentelmenem. Mój kolega dziennikarz powiedział, że po tej lekturze mężczyzna choć przez chwilę stara się być lepszy.

Pani książka to też opowieść o tym, jak być jedyną kobietą w ekspedycji wśród mężczyzn, do tego w świecie Islamu. Tubylcom trudno było zrozumieć pani miejsce na wyprawie.

- Pakistańscy górale nie mogli zrozumieć szacunku, jakim obdarzali mnie koledzy. Niepojęte było dla nich dlaczego Andrzej Zawada upomina pomocnika kucharza, żeby mnie pierwszej podawał posiłek. Myśleli, myśleli, aż wymyślili. Zrobili ze mnie mężczyznę. Nazwali mnie "sir Monika" i wszystko zaczęło im się zgadzać.

W "Locie..." poznajemy panią, jako doświadczonego człowieka gór. Jednak nie znamy początków tej pasji? Skąd się to wzięło u warszawianki? 

- Każdy rodzi się z jakąś pasją. Ważne, żeby ją w porę odkryć i odważnie za nią podążyć. Komandor Don Walsh - honorowy prezes The Explorers Club, pierwszy człowiek, który dotarł na dno Rowu Mariańskiego, mój serdeczny przyjaciel i wielokrotny gość w Polsce, zwykł mówić, że każdy rodzi się z genem eksploracji. To gen ciekawości, odkrywania świata. Chodzi o to, aby go nie zabić, lecz wydobyć te zainteresowania i uszanować, nawet jeśli wydają się dziwne. Wiele zależy od rodziców i szkoły. "Człowiek z nową ideą w głowie, to szaleniec. Oczywiście dopóki jego idea nie zatryumfuje" - to zdanie, popularnego niegdyś amerykańskiego pisarza Marka Twaina, warto zapamiętać.

- Miałam szczęście. Rodzice tyrali, żeby trójce dzieci zapewnić wspaniałe wakacje. Bardzo wcześnie wprowadzili nas w góry. Jeździliśmy w Karkonosze. Mieszkaliśmy na wsi w niewielkim domu - klasztorze, którego trzy zakonnice wynajmowały dwa pokoje letnikom, żeby zarobić na utrzymanie. Razem z braćmi i dzieciakami ze wsi pasłam krowy; paliłam ogniska; piekłam w nich ziemniaki; uważałam na żmije na porębach pełnych soczystych malin; leżałam na furze siana zwożonego z łąk i zrywałam czereśnie z drzew, którymi obsadzone były drogi; skakałam na siano z belek poddaszy w stodołach; robiłam tamy z kamieni w górskich potokach, żeby kąpać się w spiętrzonej wodzie. Pomagałam też sprzątać kościół, o który dbały zakonnice. Bracia grali na chórze wariacje organowe. Mnie pozwalali tylko deptać miechy, czyli pompować powietrze do organów.

- Rodzice zabierali nas też na Mazury, gdzie spędzaliśmy lato leśnych ludzi pod namiotami. Choć urodziłam się i mieszkałam w Warszawie, to przyroda stała się dla mnie czymś normalnym i bliskim. Miałam sześć lat, kiedy wdrapałam się na Śnieżkę, a około dziesięciu, kiedy z mamą i braćmi stanęłam na Giewoncie. Mama nieroztropnie pognała nas tam prosto z pociągu, zostawiając tylko bagaż w GOPR-ze, w Kuźnicach, gdzie zamieszkaliśmy. Było super!

 - Gdy miałam 14 lat, to już sama biegałam po Tatrach, nie tylko po ścieżkach. Nie powinnam tego robić, bo to niebezpieczne. Opatrzność miała nadzwyczajną dla mnie cierpliwość. Wciągnęło mnie jednak pragnienie wchodzenia na granie, szczyty, żeby zobaczyć, co stamtąd widać. Nie ekscytowały mnie trudności wspinaczki, tylko parła ciekawość. Z czasem zaczęłam chodzić po obu stronach granicy. To dopiero była wolność! Nad głową niebo, pod stopami świat. Do pracy w schronisku, w Dolinie Pięciu Stawów Polskich przyciągnęło mnie pragnienie sensownej służby innym w dekoracjach wspaniałej przyrody.

- Nasze Tatry, choć niewielkie, są piękne i trudne. W Pięciu Stawach przez pół roku jest zima z zamieciami śnieżnymi, lawinami i innymi atrakcjami, na przykład łamiącym się lodem na stawach. Wiosną, gdy schodziłam z progu doliny, gdzie ciągle było biało, rzucałam się zachłannie na żółte kaczeńce w zieleni, które pojawiały się nad brzegiem potoku Roztoki. Nie o zrywanie ich chodziło, tylko o radość sycenia oczu kolorami. Głód kolorów. Pożerałam je oczami. Schodziłam do Zakopanego w zimowym ubraniu i gapiłam się na kobiety na Krupówkach, które w sukienkach wyglądały jak kolorowe motyle. Tatrzańska zima jest bardzo wymagająca. W Himalajach od razu widziałam kto przeszedł zimowanie w Tatrach, a kto nie. Ten, kto miał za sobą to doświadczenie, czuł się normalnie w trudnych warunkach. Psychika mu nie siadała. Tatry uczą cierpliwości i wytrwałości.

Może to stąd bierze się zdziwienie alpinistów, że kraj, który ma tak niewielkie góry, wydał na świat tylu zdobywców trudnych szczytów.

- Na to także wpływ miała nasza historia. Polacy poddawani ekstremalnym próbom, mając w sobie dzielność, umiejętność dobrej improwizacji w trudnych warunkach i gen wolności musieli trafić w najwyższe góry. Po Tatrach musiał nastąpić ciąg dalszy.

- Kiedyś w Himalaje nie wchodziło się od razu. Trzeba było pokonać kolejno różne etapy, coraz wyższe progi: Alpy, Kaukaz, Hindukusz, Pamir... Ta droga sprawiła, że w najwyższe góry wchodzili najlepsi z najlepszych. Miałam szczęście znać tych ludzi i uczyć się od nich. To była plejada twardych, wyjątkowo doświadczonych osób, nieprzytomnie kochających góry, wychowanych w etosie, który tworzyła nasza literatura w pewnym okresie bardzo związana z Tatrami. Liczył się nie tyle sukces, co przyjaźnie, partnerstwo, wspólne wyzwania, sięganie za horyzont. Polacy w Himalajach mieli swój czas wielkich dokonań, ale za przekraczanie barier niemożliwego płacili najwyższą cenę.

 - Szczególna determinacja brała się także stąd, że każda z wypraw mogła być ostatnią. Nie tyle ze względu na zagrożenie życia, co na niepewność czy władze dadzą paszport następny raz. Czy wypuszczą. Zachodni wspinacze mieli sytuację luksusową, ale osłabiająca wolę walki. Wiedzieli, że jeśli góra daje odpór, to mogą spróbować w kolejnym roku. Polscy wspinacze tej pewności nie mieli. Więc parli. Na narodziny zimowego himalaizmu także wpływ miała polityka. Gdy po wojnie trwał czas letnich podbojów dziewiczych ośmiotysięczników, u nas panował stalinizm. Andrzej Zawada mógł szturmować władze Nepalu o pozwolenie wydania pozwolenia na zimową wyprawę na Mount Everest dopiero w epoce Gierka. Nie zdążyliśmy na lato, to poszliśmy zimą. Andrzej szturmował długo, bo wyzwanie wydawało się szalone. Zdobycie szczytu Everestu na początku 1980 r. sprawiło, że idea zimowego himalaizmu zatryumfowała.

- Byłam pod Everestem dwa miesiące później po zdobyciu zimowym, na kolejnej wyprawie na tę górę, kiedy Andrzej Czok i Jurek Kukuczka zwieńczyli pracę całego zespołu i wiosną wytyczyli nową polską drogę na szczyt. Alpiniści wchodzili wtedy w góry z miłości do nich. Kiedy wkroczyły tam media - żądza sławy, a za nią i pieniędzy, które niesie, zaczęła zmieniać ludzi i obyczaje. Zamiast koncentrować się na górze, wielu wspinaczy zaczęło skupiać się na tworzeniu przekazu medialnego, kreowaniu własnego wizerunku, nierzeczywistego. Wysokie góry bezwzględnie weryfikują. W ekstremalnych warunkach nie da się długo udawać.

- Poważnym problemem współczesnych wypraw coraz częściej jest to, że ludzie się nie znają. Spotykają się w bazie pod ośmiotysięcznikiem. Nigdy wcześniej nie wspinali się razem. Nie ma między nimi więzi. Jeśli nie przekroczyli wcześniej wysokości 8000 m, to nie znają i siebie samych. Nie wiedzą jak ich organizm zareaguje na niedotlenienie. Widać w ich zachowaniu paniczny strach, ucieczkę ze szczytu bez zważania na towarzyszy wyprawy.

A to nie jest tak, że sama była pani prekursorką przekazów medialnych z Himalajów?

- Tak, ale standardy zachowania były inne. Wyprawa na Nanga Parbat zimą 1997/98 była pierwszą, która przekazywała zdjęcia przez satelitę z ekspedycji na ośmiotysięcznik. Kiedy koledze lawina złamała nogę i sytuacja zrobiła się dramatyczna, to najpierw informowaliśmy rodzinę, bliskich o tym, co się dzieje, a potem publikowana była korespondencja. Nie odwrotnie.

- Gdy jechałam na kolejną wyprawę zimową, tym razem do Nepalu, odwiedziłam w Katmandu leciwą damę - Elizabeth Hawley. Ta korespondentka agencji Reuters, która niedawno obchodziła 93. urodziny, była przez dekady niezastąpionym, najbardziej wiarygodnym źródłem informacji, najrzetelniejszym kronikarzem himalaizmu. "To koniec himalaizmu" - powiedziała wtedy, gdy dowiedziała się, że mam telefon satelitarny na wyprawie. "Oni będą mieli głowy w domach u rodzin, a nie w górach" - skwitowała. Miała dużo racji.

- Dziś każdy na wyprawie ma telefon satelitarny, dostęp do Internetu. Ludzie siedzą przy jednym stole w bazie ze słuchawkami na uszach i każdy jest gdzie indziej. Jeszcze gorzej, jak mają w swoich krajach doradców, którym ufają bardziej niż kolegom czy kierownikowi ekspedycji. To nie jest koniec himalaizmu, ale pewnej epoki na pewno, szczególnie na ośmiotysięcznikach. Wstrząsnęło mną pewne zdanie. Wypowiedział je austriacki przewodnik, kiedy kłamstwo, że wspiął się samotnie na szczyt K2, wyszło na jaw. "Strach przed śmiercią jest okropny, ale strach przed porażką, zwłaszcza w środowisku zorientowanym na sukces, jeszcze gorszy".

- To, co najpiękniejsze w alpinizmie, będzie jednak zawsze ludzi pociągać. Przecież mnóstwo osób się wspina bez tego całego cyrku medialnego, choć oczywiście trudniej wtedy zdobyć fundusze na dalekie wyprawy. Partnerstwo przetrwało też w podziemiach, w ciemnościach, tam gdzie kamerom ciężko się dostać. W speleologii - alpinizmie jaskiniowym nie ma gwiazdorstwa, jest działanie zespołowe. W tak trudnych warunkach ludzie muszą liczyć na siebie nawzajem.

W Pakistanie musiała pani "zostać mężczyzną", a czy w Polsce kobiety mogą być tym kim chcą? 

- Oczywiście. Nie tylko mają wolność wyboru, ale cieszą się wyjątkowym szacunkiem, który zapewnia kobietom religia katolicka i etos rycerski powstały na chrześcijańskiej bazie kultury europejskiej. Dziwne, że są panie, które walczą przeciw temu przywilejowi. Feministkom, atakującym Kościół i podstawy naszej cywilizacji, polecam pobyt w Pakistanie w ramach łatwo dostępnych grantów na badania genderowe. Będą miały pouczające doświadczenie. Ja w każdym razie, kiedy wracam z różnych dłuższych wypraw, całuję polską ziemię, dziękując Opatrzności, że tu się urodziłam. I cieszę się jak dziecko, kiedy z racji mojego wieku, młodzi ludzie ustępują mi miejsce w tramwaju czy metrze.

- Wolność wyboru mamy, ale czy dokonywane wybory sprawiają, że czujemy się szczęśliwi? Na pytanie, co uważam za swoje największe osiągnięcie, odpowiadam: macierzyństwo. Jestem wdzięczna Panu Bogu, że mam dwóch synów, choć marzyłam o domu w górach i sześciorgu dzieci.

- Dzisiaj młodzi ludzie od razu liczą pieniądze, kiedy zaczynają myśleć o dziecku. Przeraża ich poprzeczka narzucanych wymogów. Poddają się na starcie. Gdyby ludzie zawsze tak myśleli, to nie rodziliby dzieci po wojnie, bo wtedy nic nie mieli. A przecież z biegiem lat nie wspominamy ilości pokoi, zabawek, które mieliśmy, tylko ile miłości i swego czasu dali nam rodzice. Nie gadżety dały nam pewność siebie, tylko akceptacja ze strony matki i ojca. Nie wyjazdy zagraniczne nas najbardziej rozwijały w dzieciństwie tylko rozmowy z rodzicami, dziadkami, ciociami i wujkami, którzy nas kochali.

A jak pani udało się to wszystko pogodzić?

- Nie wszystko się udało. Popełniałam straszne błędy. Ale każde doświadczenie buduje, uczy. Nie rozumielibyśmy cierpiącego człowieka, gdybyśmy sami nie zaznali cierpienia. Z ciekawością oczekuję, co przyniesie dzień. Nie trzeba też bać się wypalania pasji. Należy spokojnie odczekać, poszukać nowej. Otworzyć inne drzwi. To wszystko, co już przeżyliśmy, przyda się.

Wspomniała pani o nowym etapie w pani życiu.

- Dostałam nowe wyzwanie, najtrudniejsze. Walczę, padam i się podnoszę. Nie wiem czy podołam. Dopóki jednak człowiek się nie poddaje, dopóty nie ma klęski. A zaproszeniu do takiej wspinaczki się nie odmawia. Piszę książkę o Górze Gór - Jasnej Górze, duchowej stolicy Polski. Odegrała istotną rolę nie tylko w dziejach naszego narodu. "Tu zawsze byliśmy wolni" - powiedział Jan Paweł II na Jasnej Górze. Tu, w narodowym konfesjonale, widać jacy jesteśmy.

Zatem jacy jesteśmy?

- Pokazywałam Polskę obcokrajowcom od czasu, kiedy mieszkałam w Tatrach i byłam tam przewodnikiem. Pokazuję ją do dziś. Ze względu na kontakty i przyjaźnie w międzynarodowym stowarzyszeniu The Explorers Club, w którym promuję polskie dokonania, organizowałam wizyty w naszym kraju celebrytów światowej eksploracji. To ludzie, którzy wielokrotnie okrążyli naszą planetę. Wyjeżdżali zauroczeni Polską. Zaskakiwała ich uroda i ranga zabytków, zachwycała przyroda, szczególnie lasy, do których każdy może wejść, a także ich czystość - co niestety zmienia się na niekorzyść. Ale najbardziej fascynowali ich ludzie - Polacy.

- Prowadziłam cudzoziemców do rodzin, tatrzańskich schronisk, na msze do kościołów. Byli zachwyceni tym, co my uważamy za normalne: gościnnością, serdecznością, otwartością, bezinteresownością, skromnością, niesamowitymi losami, hartem ducha i nieprawdopodobną dzielnością, która nam się wydaje zwyczajna. Uważam, że jest genetyczna. Gen dzielności uformowały w naszym narodzie ekstremalne doświadczenia historii. Polacy się nie doceniają. Łatwo dają się wbijać w cudze winy. Podczas Światowych Dni Młodzieży 2016 patrzyłam jak wielu rodaków dziwi się pozytywnym wrażeniem, jakie Polacy robili na przybyszach. Potrzebna jest nam zdrowa duma narodowa. Nie obawiam się, że przekształci się w pychę i szowinizm. Na to nie pozwoli nam religia.

Monikę Rogozińską będzie można spotkać 3 grudnia podczas XIV Krakowskiego Festiwal Górskiego na Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie oraz 11 grudnia na XIII Warszawskim Przeglądzie Filmów Górskich w Kinie Luna.


 

Dowiedz się więcej na temat: himalaizm | góry | książki

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje