Przejdź na stronę główną Interia.pl

Michał i Aleksandra Żebrowscy: Fajnie jest

Kiedy się poznali, był już jednym z najpopularniejszych polskich aktorów, a ona – 15 lat młodsza – nie wiedziała nawet, jak on wygląda. Szybko przekonali się, że to, co ich różni, może ich także połączyć.

Michał przy bliższym poznaniu zaskakuje. Początkowo sprawia wrażenie nieprzyjemnego gościa, który uważa się za nie wiadomo kogo. Być może jest to związane z mimiką jego twarzy. Sam jest świadomy tego, że ma opinię bufona, ale mam wrażenie, że nie stara się jakoś specjalnie jej zmieniać. Tak naprawdę to facet wrażliwy, troskliwy, z wyjątkowym poczuciem humoru i równie wyjątkowym ego. Przyznaję - jest egocentryczny, ale na pewno nie jest egoistą, a to ogromna różnica. Myślę, że pochwały są mu potrzebne, żeby się rozwijał - na szczęście nie muszą to być jedynie pochwały od żony. (śmiech)

Reklama

Kiedy urodziłam Frania, miałam niespełna 23 lata, ale macierzyństwo było dla mnie naturalne. Jako najstarsza z ośmiorga rodzeństwa byłam przekonana, że jestem specem od wychowywania. (śmiech) W przypadku własnych dzieci okazało się to bardziej skomplikowane i do dziś nie mogę wyjść z podziwu, jak moi rodzice radzili sobie z ósemką. Michał ma na głowie wiele obowiązków, ale zawsze znajduje czas na sprawy związane z dziećmi, zresztą widzę, że sprawia mu to przyjemność. Był obecny przy obu porodach. Przy pierwszym załamał się, że godzina porodu wypadała dokładnie na czas jego przedstawienia. Franek musiał się pospieszyć, żeby tata zdążył do teatru. (śmiech) Przy drugim "pan dyrektor" odpowiednio zaplanował repertuar. Nawet jeśli potraktujemy to jak anegdotę, to nie zmienia faktu, że Michał jest niesłychanie odpowiedzialny.

W teatrze jest nie tylko aktorem, ale także dyrektorem, więc jeśli na przykład w foyer nie działa światło, to też jest "jego wina". Jest perfekcjonistą. Dostaje febry, gdy ktoś na scenie zmienia choćby jedno słowo w tekście. Na szczęście ten perfekcjonizm dotyczy tylko pracy, w domu jest beztroskim bałaganiarzem. Przed poznaniem Michała nie miałam żadnych wyobrażeń, jak wygląda praca aktora. Ciężko było mi zrozumieć, że kiedy przygotowywał się do roli, był tak skupiony, że lepiej było się do niego nie odzywać. Odkąd mamy dzieci, bardzo się to zmieniło. Nawet jeśli następnego dnia ma premierę, nie przeszkadza mu, że chłopcy po nim skaczą. Cenię go za wiele rzeczy. Za pracowitość, upór, odwagę. Nie boi się iść pod prąd. Gdy sobie coś postanowi, trudno go od tego odwieść. Tak było z otwarciem teatru.

Przestrzegano go, że teatr prywatny ma szansę wypalić przy minimum 85-procentowej frekwencji na widowni i oczywiście musi posiłkować się dotacjami. Okazało się, że frekwencja waha się między 90 a 100 proc. i teatr funkcjonuje bez żadnych dotacji. Ale to wymagało ogromnej wiary w projekt i konsekwencji w działaniu. Michał wciąż nie odpuszcza. Kiedyś zarzucałam mu, że to jakaś obsesja, że powinien na niektóre sprawy machnąć ręką, ale nie dał się złamać. Chociaż i tak mam wrażenie, że wyluzował. Chyba pogodził się z tym, że pewnych spraw nie przeskoczy, że niektóre rzeczy trzeba zaakceptować i szukać nowych rozwiązań, jeszcze ciekawszych.

Gdy się poznaliśmy, nie zdawałam sobie sprawy z popularności Michała. Ominęły mnie jego słynne role, bo w tym czasie mieszkałam z rodzicami za granicą. Nie wiedziałam, że to ktoś, do kogo należy wzdychać. Przed naszym pierwszym spotkaniem powiedziałam mamie, że zupełnie idiotycznie umówiłam się z tym panem w miejscu, gdzie jest tłum ludzi, a przecież nie wiem, jak on wygląda. (śmiech) Mieliśmy mieć wspólne lekcje angielskiego, które szybko się skończyły, bo poprztykaliśmy się z jakiegoś powodu. Wpadliśmy na siebie kilka lat później, a trzy miesiące po tym spotkaniu byliśmy już zaręczeni. Niecały rok później wzięliśmy ślub. Uroczystość odbyła się w Tatrach.

Wśród gości było wielu przyjaciół górali, w większości znających go od dziecka, bo przyjeżdżał tutaj co roku na wakacje ze swoimi rodzicami, a potem wybudował tu dom. Ma wręcz świra na punkcie architektury góralskiej. Mnóstwo rzeczy zrobił sam, ciągle coś zmienia, ulepsza. Ostatnio ukończył dla dzieci domek na drzewie. Natomiast ja najchętniej lubię tam wypoczywać. Niestety nie jeżdżę na nartach, bo nie lubię, kiedy jest mi zimno. Na dodatek niedawno jakiś góral zapytał, czy kiedyś tańczyłam w balecie, więc łatwo sobie wyobrazić, jak wyglądam na stoku.

Generalnie lubię sport, ale regularne ćwiczenia mi nie wychodzą. Michał uwielbia boks, a ostatnio pływa. Ma charakter zadaniowca. Kiedy coś sobie postanowi, ustala plan działania. Gdy zaczyna się odchudzać, nie można mu nawet zaproponować kromki chleba, bo uważa to za prowokację. (śmiech) Myślę, że mimo paru różnic jesteśmy do siebie podobni pod wieloma względami. Duża różnica wieku między nami nie ma na co dzień znaczenia. Michał nie udziela mi rad, jak żyć. (śmiech) Czasem przed wyjściem pytam go, jak wyglądam, ale - szczerze mówiąc - nie zawsze biorę jego zdanie pod uwagę. Być może dlatego, że przypominam sobie, że jest tylko pięć lat młodszy od mojej mamy.

Drażni mnie jego punktualność, kiedyś wszędzie byliśmy 20 minut za wcześnie, i to niezależnie od rangi wydarzenia. Może to jest zboczenie teatralne, bo Michał zawsze jest w teatrze przynajmniej półtorej godziny przed spektaklem. Wiem, że nie lubi, kiedy obcinam włosy. Ma na tym punkcie totalną jazdę, bo uważa, że powinnam mieć długie i bez grzywki. Oczywiście śmieję się z tego i powiedziałam, że udowodnię mu, że kobiety z grzywką nie są takie straszne, jak mu się do tej pory wydawało.

Czy Michał robi mi niespodzianki? Zdarza mu się, ale niestety nigdy nie są to buty. Jest strasznie przesądny, już sama się pogubiłam w tym, dlaczego buty są zakazane. Gdy czarny kot przebiegnie mu drogę, zjeżdża na bok i czeka, aż go ktoś wyprzedzi. (śmiech) Kiedyś spieszyliśmy się na pociąg, wiejską dróżkę przebiegł czarny kiciuś. Długo czekaliśmy, aż ktoś odczaruje drogę, na próżno. Nikt się nie pojawił. Mój mąż w końcu zawrócił, pojechał dwa razy dłuższą drogą, ale i tak byliśmy 20 minut przed czasem. To jest tak śmieszne, wręcz egzotyczne, że nawet trudno się tym denerwować.

Mam zresztą wrażenie, że kłótnie zdarzają się nam coraz rzadziej. Chyba oboje doszliśmy do wniosku, że szkoda nam i nerwów, i czasu - z niektórych rzeczy lepiej się pośmiać.

Aleksandra Żebrowska - właścicielka marki Francis&Henry, mama dwóch synów: 7-letnieg o Franciszka i 4 - letniego Henryka. Pochodzi z Warszawy. Ma 30 lat.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje