Przejdź na stronę główną Interia.pl

Mężczyzna z talentem, kobieta z przyszłością

​On - samiec alfa, niekonwencjonalny, charyzmatyczny artysta. Ona - świadoma siebie kobieta o równie silnej osobowości, nauczycielka i DJ-ka. Jak sami mówią, kłócą się i kochają na zabój.

Ryszard Tymon Tymański - muzyk, kompozytor, autor tekstów, aranżer, poeta. Założyciel wielu zespołów, m.in. Miłość, Kury, The Users, Tymon & The Transistors. Ma 49 lat i 4 dzieci. Mieszka w Gdańsku

Marysia jest bystra, dowcipna, inteligentna. I niezatapialna. Jak się kłócimy, to na ostro. Może nie mieć racji, ale jest uparta, ma argumenty i szybko mówi. Tak jakbym stał przed lustrem. (śmiech) Dlatego w konfliktowych sytuacjach to ja muszę się wycofać i powiedzieć: "Przepraszam, kocham cię, wyluzujmy". Przytulam ją i ona zawsze mi wybacza. 

Reklama

Nigdy nie myślałem: "O, piękna dziewczyna, z taką chciałbym być". Zawsze postrzegam kobiety jako całość. A Marysia jest kimś takim, z kim będę mógł gadać, gdy wszystko się skończy: seks, zakochanie czy piękno ciała. Nasza pierwsza randka odbyła się podczas mojego koncertu, a potem pojechaliśmy do niej. Tego wieczoru trochę mi się chwaliła. Pokazała mi swój klip dla Toli Szlagowskiej, która szukała nowego wizerunku. Czytała mi fragmenty swojej książki "Bezczas", a na koniec powiedziała, że jest buddystką. Uznałem, że jesteśmy w domu.  Rano pojechałem do swoich zajęć, ale czułem się emocjonalnie poruszony. Zadzwoniłem do niej i powiedziałem, że chyba wrócę, bo czuję, że się w niej zakochuję. A ona: "To bardzo dobrze. Zapraszam serdecznie". 

Wszystko działo się szybko. I nagle po kilku dniach słyszę samego siebie: "Nie wiem jak ty, ale ja bym założył rodzinę i się rozmnożył". Sam byłem tym zaskoczony. Nie dlatego, że nigdy nie mówiłem takich rzeczy, ale dlatego, że bywałem ostrożniejszy. Marysia uznała, że to dobry pomysł. Jesienią - gdy była w ciąży - przeżyłem kryzys. Zacząłem się zastanawiać, czy te pochopne decyzje były słuszne. O tej porze roku nastrój mi słabnie. Było ciemno, zimno, jeździłem między Warszawą a Gdańskiem. Może hormony związane z zakochaniem przestały tak intensywnie działać. Jestem trochę "zakoholikiem". Zawsze najbardziej odjeżdżałem na zakochaniu. Sam seks to dla mnie za mało. Ale postanowiłem racjonalnie przyjrzeć się sytuacji: moja dziewczyna jest świetna, czuję się gotowy wykonywać pracę nad naszą miłością, oczekuję od siebie odpowiedzialnych wyborów. I wszystko się poukładało.  

Marysia jest ode mnie młodsza. Młodość zawsze mnie kręciła z powodu jej ogromnej, szalonej energii. W moich relacjach z młodszymi kobietami spotyka się ich potrzeba ojcowskiej opieki - często wynikająca z problemów w relacjach z ich ojcami - i to, że ja mam w sobie tej ojcowskiej opieki dużo. Różnica wieku daje efekt osmozy. Mój kolega z zespołu twierdzi, że związki równolatków często wyglądają tak, jakby ślepy prowadził kulawego. Nie wiedzą nic o sobie ani o błędach w związkach. A w takich relacjach jak nasza możemy się wymienić. Ja mam doświadczenia, a ktoś ma energię. Różnica wieku między partnerami działa pozytywnie. Oczywiście nie jakaś wielka, bo wtedy zaczyna być problematyczna. Ona chce potańczyć, a ty ledwo zipiesz. (śmiech) 

Mieszkaliśmy w Warszawie, kiedy Marysia była w ciąży i po urodzeniu się Teo. Dłużej bym nie wytrzymał. Warszawa jest dla mnie ważna zawodowo. Od 20 lat mnie przytula, kocha, ubiera i ja ją kocham, ale na stałe to nie jest miejsce dla mnie. A jako osoba z bloku, która dzieliła pokój z bratem, marzyłem o dużym domu. Namówiłem Marysię, żebyśmy znaleźli taki w Gdańsku. Mimo że miałem już dwóch synów, przyjście na świat naszych dzieci: Teo i Luny wiele we mnie zmieniło. Dowiedziałem się nowych rzeczy. Kiedyś Marysia poprosiła mnie, żebym poszedł z nią na psychologiczne rekolekcje dla rodziców. Upierałem się, że nie mam po co, ale poszedłem. I to okazało się ciekawe. Dowiedziałem się, że depresja poporodowa to rzadka sytuacja, ale baby blues przydarza się ustawicznie. Zrozumiałem, że nie powinienem tego chwilowego poczucia nieszczęścia traktować osobiście. Wcześniej, gdy urodził się mój syn Kosma, nie miałem o tym pojęcia. Teraz jak Marysia była u kresu wytrzymałości, rozumiałem ją i starałem się wspierać. Zazwyczaj facet ma takie poczucie, że przy noworodku nie ma dla niego miejsca, ale to nieprawda. Zajmowałem się Teo, grałem mu na gitarze, siedziałem przy nim, kiedy było trzeba. Chociaż czasem to była mordęga. (śmiech) 

Marysia chciała urodzić drugie dziecko na własnych warunkach i postanowiła to zrobić w domu. Byłem zaskoczony, ale szanowałem jej decyzję. Tego dnia w tle leciał mecz Lechii Gdańsk, gotowałem zupę dyniową. Marysia urodziła Lunę w wannie. Byłem przy nich razem z lekarzem położnikiem. Po porodzie poszły obie spać. A my zjedliśmy obiad i obejrzeliśmy resztę meczu. To było jej zwycięstwo. Zobaczyłem, jak ważne dla kobiety w takiej sytuacji jest to, że o wszystkim sama decyduje. Dlatego mówię do mężczyzn: jeśli wasze partnerki chcą rodzić w domu, wysłuchajcie ich. To wspaniałe doświadczenie. 

Moi starsi synowie? Kosma, 19-latek, miał trudny moment, gdy urodził się Teo. Pewnie obaj z 26-letnim Lucasem poczuli się odsunięci na boczny tor. Ale poradziliśmy sobie z tym. Dzisiaj Kosma gra w koszykówkę, pracuje w sklepie sportowym, studiuje realizację dźwięku, ma fajną dziewczynę, pianistkę. Obaj pomieszkiwali z nami. Korzystają też ze studia, które zbudowałem przy domu. Marysia jest osobą, która zadeklarowała, że bierze mnie z przeszłością i dziećmi. Więc warto było popracować nad sobą, żeby ten patchwork zaczął nam się układać jak trzeba. 

Maria Tymańska - urodziła się w Warszawie, ukończyła kolegium nauczycielskie UW, jest DJ-ką, właścicielką szkoły językowej dla dzieci. Ma 30 lat i dwoje dzieci: 4-letniego Teo i 3-letnią Lunę. Od 5 lat jest związana z Ryszardem Tymonem Tymańskim

Tymona, który chce, żeby w domu nazywać go Ryszardem, bo Tymonem jest tylko na scenie, poznałam jako 19-latka. Widywałam go przy okazji koncertów, bo mieliśmy wspólnych znajomych. Najbardziej zapadło mi w pamięć spotkanie w Korbielowie, na stoku narciarskim, w sylwestra. To był jeden z moich nie najlepszych pomysłów. W teorii miało być świetnie... Tymczasem po kilku godzinach obie z koleżanką byłyśmy przemoczone, a okoliczne knajpy miały zamknięte imprezy. Robiło się coraz zimniej... Postanowiłam zjechać ostatni raz w nadziei, że coś wymyślę. I wtedy na stoku wpadłam na Ryszarda i jego dziewczynę Sarę, moją koleżankę... Spędzali sylwestra w pensjonacie przy stoku. Bezceremonialnie zapytałam, czy nie zaprosiliby nas do siebie. Wtedy nie postrzegałam Ryszarda jako obiektu westchnień, ale jako ciekawego gościa, który tak jak ja gada bez przerwy. 

Kilka lat później, kiedy pracowałam w wydawnictwie płytowym, prowadziłam wideobloga i wymyśliłam scenkę, do której potrzebowałam muzyka z doświadczeniem. Pomyślałam o Tymonie. Napisałam do niego na Facebooku. Zgodził się i przy okazji polubił kilka moich zdjęć. Gdyby wtedy ktoś mi powiedział, że za kilka tygodni będę planować z nim wspólne życie, spadłabym z krzesła. (śmiech) 

Na spotkanie w Warszawie przyjechał z kolegą fiatem 500. Nie ma śmieszniejszego widoku niż Ryszard w takim samochodziku. Było sympatycznie, wesoło. Potem poszliśmy na jego koncert. Tam pierwszy raz się pocałowaliśmy. Pocałunek przerwała Gosia Baczyńska - występ Tymona towarzyszył jej pokazowi mody - która wręczyła nam obrączki z datą 13 sierpnia 2012. Poczułam, że to znak. 

Tymon jest starszy ode mnie o 19 lat. Nie wiem, czy to dużo, czy mało. Jestem przekonana, że definiuje nas znacznie więcej niż metryka. Jeśli dwoje ludzi ma podobne zainteresowania, poczucie humoru i sposób bycia, dogadają się bez względu na wiek. 

Z perspektywy czasu myślę, że lekkim szaleństwem było decydowanie się na dziecko po dwóch tygodniach związku. Ale na szczęście mój mąż okazał się sensownym facetem, a przede wszystkim oddanym i kochającym ojcem. Poza tym Tymon miał już dwóch synów i widziałam, jaki ma z nimi kontakt i jak o nich dba. To była dla mnie odmiana - spotkać mężczyznę, który nie bał się bliskości i zobowiązań. Dlatego nigdy nie żałowałam decyzji o szybkim, wręcz ekspresowym małżeństwie i macierzyństwie. 

Spełniam się jako matka. Dzieci były tym elementem, który sprawił, że wszystko zaczęło do siebie pasować. Przyznaję, że były trudne momenty. Wielu moich znajomych robiło kariery, a ja zaczęłam mieć wątpliwości, czy mnie coś nie omija. Ale zrozumiałam, że mam całe życie przed sobą i jeśli tylko przyjdzie mi ochota, mogę robić, co zechcę - nauczyć się stepować, skakać ze spadochronem czy mieszkać w chatce w Tajlandii, także mając dwoje dzieci. (śmiech) 

Nasza relacja? Początki były trudne. W czasie miesiąca miodowego mieliśmy ciążę, a zaraz potem małe dziecko. Dzisiaj jesteśmy dużo dalej, lepiej sobie radzimy z trudnościami i konfliktami. To jest efekt ciężkiej pracy, bo oboje jesteśmy bardzo uparci. Doceniam to, gdzie jesteśmy, choć jak każdy związek mamy swoje czułe punkty. Ryszard ma czasem do mnie pretensje, że za mało o niego dbam. Ja muszę być trochę egoistką - także po to, żeby nie pozwolić się zdominować. 

Ale wolę się skupiać na pozytywach: Ryszard jest wielkim oparciem. Zawsze we mnie wierzy, nawet gdy ja w siebie nie wierzę. Uczę się od niego pewności siebie, której mi zawsze brakowało. On daje mi poczucie, że jestem kochana. W codziennym życiu najlepiej nam wszystko wychodzi wtedy, kiedy mamy plan i jesteśmy dobrze zorganizowani. A to jest niezbędne przy opiece nad dwojgiem dzieci i wielu obowiązkach - Ryszard często wyjeżdża na koncerty, ja prowadzę szkołę językową dla dzieci i uczę angielskiego w dwóch innych szkołach. Każdy z nas pełni swoje funkcje w rodzinie. Ja odwożę dzieci do przedszkola, Ryszard je odbiera. On jest od wymyślania zabaw, a ja od organizacji. On cały czas do nich mówi, biega, gra w piłkę. Za to ja pamiętam, że trzeba kupić nową szczoteczkę do zębów czy ubrania. 

Teraz tak sobie wszystko zorganizowałam, że w jeden dzień weekendu wychodzę z dziećmi prawie na cały dzień. Chodzimy do parku, kina, na obiad. Następnego dnia Ryszard poświęca dzieciom czas i ja zajmuję się swoimi sprawami. 

Ostatnio pisaniem. Zawsze marzyłam, żeby być pisarką. Tworzyłam opowiadania. Ale jak zaczynałam pisać coś większego, nie kończyłam. Teraz, gdy dostałam propozycję napisania książki, postanowiłam to zrobić. "#mama" to felietony poświęcone byciu mamą. Taki "nieporadnik", bo nie silę się na mówienie innym, jak mają żyć. 

Muszę przyznać, że nasza relacja jest zaskakująco zwyczajna. Nie spodziewałam się tego. (śmiech) Ale wtedy nie wiedziałam, jak bardzo będę takiej normalności potrzebowała. Jesteśmy związkiem wolnych ludzi. Wiele rzeczy robimy osobno. Kiedyś uważałam, że przez cały czas trzeba być razem. Teraz to się zmieniło. Już wiem, że jak ludzie się dobrze rozumieją, to nie jest to konieczne. Jesteśmy tacy oboje, gdyby ktoś chciał nas usidlić, przytrzymać, zaczęlibyśmy uciekać.

Zobacz także:

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje