Przejdź na stronę główną Interia.pl

Meryl Streep: Aktorka wszech czasów

Chyba nie można przedstawić jej inaczej. Oto Meryl Streep, największa aktorka wszech czasów, w jedynej w Polsce rozmowie z miesięcznikiem PANI!

Rozdźwięk między publicznym wizerunkiem a rzeczywistością nie jest rzadkością w sterowanym przez stylistów i agentów świecie Hollywood. Nietrudno więc o rozczarowanie. Ale tym razem nie wchodzi ono w grę. Spotykam Meryl Streep w londyńskim hotelu Claridge’s. Aktorka ma na sobie białą koszulę i beżowy kardigan. Nic wyjątkowego. Czekałam na ten wywiad bardzo długo. Po jego dziesięciu sekundach wiem, że było warto. W aurze otaczającej gwiazdę jest coś majestatycznego, a jednocześnie kojącego. Wypełniający ją spokój i ogromna klasa robią wrażenie.

Reklama

Ma 67 lat, promienny uśmiech i głęboki głos. Jej twarz w ułamku sekundy reaguje na pytanie, a delikatna siatka zmarszczek wyraża najdrobniejszą emocję. Rzadko się zdarza, by kobieta o tak wysokiej pozycji nie wzbudzała w środowisku złych emocji. Ale usłyszeć coś złego o Meryl Streep po prostu nie sposób. Uznawana jest za najlepszą spośród żyjących aktorek i jedną z najwspanialszych, jakie kiedykolwiek stawały przed obiektywem.

Wszechstronna: równie magnetyczna w dramacie historycznym, lekkiej komedii, jak i musicalu. Należy do elitarnego klubu zdobywców trzech Oscarów - otrzymała je za role w filmach "Sprawa Kramerów" Roberta Bentona (1979), "Wybór Zofii" Alana J. Pakuli (1982) i "Żelazna Dama" Phyllidy Lloyd (2011). Słynie z profesjonalizmu i starannego przygotowania do ról. Ale wszyscy, którzy kiedykolwiek mieli z nią styczność, podkreślają, że oprócz ogromnego talentu ma - przede wszystkim - wspaniały charakter i dobre serce.

Streep to gracz zespołowy. Dba o klimat na planie, wspiera kolegów. Musi wiedzieć, jak bardzo jest dobra, a jednak nie straciła wrodzonej skromności. Doskonale zna zasady celebryckiej gry, ale nie szuka poklasku. Na pytania dziennikarzy odpowiada w skupieniu. Nie ma gotowych formułek, wymijających, błyskotliwych cytatów. Słucha i patrzy w oczy. Udziela wywiadów od ponad czterdziestu lat i wciąż potrafi sprawić, że rozmówca ma wrażenie, jakby był najważniejszą osobą na świecie.

Niechętnie dzieli się informacjami o swoim prywatnym życiu, ale jednocześnie nie unika odpowiedzi na pozafilmowe pytania. Nie leje wody, rozmawia na serio. Zawsze szuka najlepszej formy, precyzyjnie dobiera słowa. Od trudniejszego wątku potrafi z niewymuszoną lekkością przejść do żartu. A poczucie humoru ma doskonałe.

Jak wspomina w rozmowie z PANIĄ, jej napady śmiechu niejednokrotnie paraliżowały plan zdjęciowy! "Nigdy nie uważałaś siebie za gwiazdę i gniewasz się, gdy media tak cię nazywają. Ale jesteś nią - nie tylko w pracy, także w moim życiu, które rozświetlasz swoją obecnością" - to słowa jej męża, rzeźbiarza Dona Gummera. Streep nie pozostała mu dłużna. Kiedy w 2012 roku odbierała Oscara za "Żelazną Damę", powiedziała: "Zacznę od podziękowań dla Dona, bo kiedy dziękuję na końcu, organizatorzy zagłuszają to muzyką, a ja chcę, żeby wiedział, że wszystko, co najbardziej cenię w naszym życiu, otrzymałam od niego".

Streep i Gummer są razem niemal czterdzieści lat - jak na Hollywood: wieczność. Mają czwórkę dzieci: 36-letni Henry jest muzykiem i aktorem, 33-letnia Mamie i 30-letnia Grace poszły w ślady matki i wybrały karierę aktorską, a najmłodsza, 25-letnia Louisa odnosi sukcesy jako modelka. Streep konsekwentnie pielęgnuje normalność. Żadnych skandali, wpadek. Jest specjalistką od długoterminowego sukcesu - genialną karierę aktorską połączyła z prywatnym spełnieniem. Od zawsze wspiera silne kobiety, angażuje się w rozmaite inicjatywy.

Stara się ze wszystkim być na bieżąco. Najlepszy dowód, że nie zaskoczyło jej pytanie o próby zaostrzenia prawa antyaborcyjnego w Polsce. Podczas wywiadu w Londynie opowiedziała także o swojej od lat kultywowanej miłości do muzyki. To dlatego rola w "Boskiej Florence" Stephena Frearsa (w kinach od 19 sierpnia), gdzie wciela się w legendarną Florence Foster Jenkins, "najgorszą śpiewaczkę w historii", była dla niej tak wyjątkowym wyzwaniem.

Ostatnio na ekranie nie przestaje pani śpiewać

Meryl Streep: Miłość do muzyki wyniosłam z domu. Mój ojciec Harry pracował w branży farmaceutycznej, ale był też wspaniałym pianistą. Skomponował nawet kilka musicali. Ich partytury leżą gdzieś schowane w rodzinnych archiwach (śmiech). Miał muzyczną duszę, podobnie jak moja mama Mary. W naszym rodzinnym domu zawsze rozbrzmiewała muzyka. To mogła być Lena Horne (piosenkarka jazzowa i popowa, tancerka, aktorka i aktywistka na rzecz praw człowieka - red.), Nat King Cole, Frank Sinatra, Barbra Streisand - ojciec uwielbiał ich wszystkich, kolekcjonował płyty, znał je na pamięć. Często leciały też broadwayowskie musicale. Wraz z dwójką moich braci dorastaliśmy przy dźwiękach muzyki i to nas na pewno ukształtowało.

Jako matka powtórzyła pani tę playlistę?

- Moje dzieciaki dla odmiany wychowywały się na rytmach Joni Mitchell, Boba Dylana i Neila Younga. To była ich muzyczna baza.

Jest pani bardzo dobrą wokalistką.

- Dziękuję za komplement, ale wydaje mi się, że "bardzo dobra" to przesadne określenie. Jako dziecko uczyłam się śpiewu operowego, jednak szybko zrezygnowałam. Gdybym tylko nie zniszczyła swego słowiczego głosu przez papierosy, picie i rozpustę, byłabym operową diwą (śmiech). Czuję wielki respekt dla ludzi, którzy mają prawdziwy talent wokalny i potrafią wyrazić siebie poprzez śpiew. Jestem świadoma swoich ograniczeń i wiem, że mogłoby być lepiej. Ale kocham śpiewać i nie przestaję tego robić, zadając tym samym ból mojej nad wyraz cierpliwej rodzinie.

Myślę, że jest pani dla siebie zbyt surowa! Czy komuś z dobrym głosem trudno jest zagrać złą piosenkarkę?

- W tym filmie miałam tylko dwa zadania. Pierwszym było kochać Hugh Granta, który wciela się w mojego męża. To była akurat kaszka z mlekiem, ponieważ podkochuję się w nim od dawna. A drugim było właśnie źle śpiewać. Tu zaczęły się schody. Jak już powiedziałam, nie uważam siebie za wybitną wokalistkę. Czuję, że jestem piosenkarką na B (według amerykańskiego systemu szkolnictwa to odpowiednik polskiej czwórki - red.). Nie tylko dlatego, że śpiewam na tym poziomie, ale też dosłownie, bo B, B+ to mniej więcej mój rejestr i dlatego, paradoksalnie, wcale nie było mi tak łatwo wejść na poziom Florence. Musiałam nieźle się namęczyć, by podczas prób osiągnąć F ponad wysokim C - to znacznie wyżej od mojej skali! Florence może i fałszowała, ale dźwięki, z którymi legendarna Maria Callas miała duże problemy na dalszym etapie swojej kariery, osiągała bez problemu. Miała za to trudności w niższych rejestrach, w których ja, prywatnie, czuję się swobodnie.

Przekonaliśmy się o tym po pani roli w "Nigdy nie jest za późno" Jonathana Demme’a, gdzie gra pani wokalistkę rockową.

- Kiedy nagrywałam rockowe kawałki, wydobywałam dźwięki z samego dna mojego głosu (demonstruje, jak to brzmiało - jak rzężący silnik! - red.). Starałam się dostroić do gitary. Miałam brzmieć jak palacz, ktoś nieuporządkowany, zaniedbany. Przez to zniszczyłam sobie aparat... wokalny, a to było zaraz przed rozpoczęciem zdjęć do "Florence". W "Nigdy..." grała również wspaniała piosenkarka Audra McDonald i to ona mnie uratowała. Skontaktowała mnie z Arthurem Levym, fantastycznym trenerem wokalnym z Nowego Jorku. Jeździłam do niego dwa razy w tygodniu przez około półtora miesiąca tylko po to, by go męczyć. Jakoś udało mu się wyprowadzić mnie na prostą.

Co było najtrudniejsze w imitowaniu głosu Florence?

- Sama świadomość, że muszę utrzymać się poza tonacją, nie była kłopotliwa, fałszowanie sprawiało mi wręcz przyjemność! Ale ona była niezwykle specyficznym typem złego śpiewaka. Nie dało się przewidzieć, co i kiedy nieczysto zaśpiewa. Śpiewała w charakterystyczny, poniekąd desperacki sposób. Widownia miała nadzieję, że Jenkins jakimś cudem dociągnie do końca frazy. To był mój klucz do roli. Nasza zasada brzmiała: zawsze zachowaj puentę na koniec żartu, nigdy od niej nie zaczynaj!

Florence Foster Jenkins to fascynująca postać, ale dla przeciętnego Polaka to nazwisko brzmi obco. Czy w USA pierwowzór pani bohaterki jest powszechnie znany?

- Na pewno Florence nie ma w świecie rozrywki pozycji takiej jak Kanye West (popularny raper - red.). Natomiast wszyscy studenci aktorstwa i innych kierunków artystycznych, w tym muzycy, doskonale wiedzą, kim jest. W tej branży Foster Jenkins jest w pewnym sensie legendą.

Na marginesie, słucha pani Kanye’a?

- Jasne! Kto go nie słucha?

Wróćmy do Florence. Kiedy pierwszy raz zetknęła się pani z jej postacią?

- Pamiętam ten moment doskonale. Byłam na uniwersytecie, wraz z Yale School of Music przygotowywaliśmy się do wystawienia "Snu nocy letniej" Szekspira. Nagle z miejsca dla orkiestry wydobył się ten niesamowity dźwięk. Wszyscy studenci błyskawicznie znaleźli się na parterze teatru i otoczyli magnetofon szczelnym kordonem. Słuchaliśmy tych szalonych dźwięków i dosłownie krzyczeliśmy ze śmiechu. "Co to, u licha, jest?". A to była Florence. O tym, że istniała, dowiedziałam się jakieś 40 lat temu. Wtedy nie przypuszczałam, że kiedyś będzie mi dane poznać tę postać o wiele lepiej.

To bohaterka, którą łatwo byłoby zaszufladkować jako wariatkę niesłusznie przekonaną o swoim talencie. Musiała pani zobaczyć w tej postaci coś więcej.

- Florence napotkała w życiu wiele trudności. Była za stara i zdecydowanie zbyt krągła, by postrzegano ją jako powabną piękność. W tamtych przedemancypacyjnych czasach brak takiej estetycznej tarczy stanowił dla kobiety poważne utrudnienie. Florence była dla świata osobą bez znaczenia. Traktowana jako głupiutka starsza pani, zasadniczo bezużyteczna, ale jednak przydatna, bo bogata! Można było z niej drwić i szydzić. Do tego była ciężko chora i problemy zdrowotne dawały się jej mocno we znaki.

A jednak każdego dnia wstawała z przekonaniem, że szklanka jest do połowy pełna.

- Tak, to była jej świadoma decyzja. Chciała z tej szklanki pić tak łapczywie, jak to możliwe. I kochać tak głęboko, jak tylko potrafiła - muzykę, mężczyzn, wszystko, co miała. To właśnie w niej uwielbiam, tę niegasnącą chęć, żeby żyć. Wiem, że widzowie się z niej śmieją, ale nie mam im tego za złe. Śmiech to coś, nad czym nie panujemy. Jest z natury szczery i nie ma znaczenia, że śmiejemy się zjadliwie czy złośliwie. Myślę, że publiczność po prostu czerpie radość z katastrofy, jaką są jej próby wykonania arii operowych. Ale to, co może wydawać się źródłem komizmu Florence, jest też sercem tej postaci. Choć jej się nie udaje, ona nie przestaje próbować. A to jest najważniejsze.

Do tej roli przeszła pani sporą fizyczną transformację.

- Consolata Boyle (stała współpracowniczka Frearsa - red.) jest geniuszem - odpowiedzialna za kostiumy Margaret Thatcher w "Żelaznej Damie", wcześniej ubierała Helen Mirren w "Królowej" - przywiązuje wielką wagę do ubrań, które budują postać. Robi to z dokładnością, ale też delikatnością, subtelnie. Nie bez przyczyny Florence nosi stroje z początku lat 30. XX w., choć film rozgrywa się w 1944 roku. Bardzo często starsze kobiety podświadomie wybierają ubrania przypominające im czasy młodości. Pamiętam, że na przykład wiele przyjaciółek mojej mamy nosiło fryzury w stylu lat 40. jeszcze trzydzieści lat później! Consolata tak przekonująco wykreowała świat Florence, że sama całkiem w niego wsiąkłam i pod koniec zdjęć nie tylko wydawało mi się, że dobrze śpiewam, ale też byłam przekonana, że te bezkształtne, okropne suknie mi pasują, bo przecież dobrze robią kobietom w pewnym wieku i w pewnym rozmiarze... Pamiętam, jak któregoś dnia przy śniadaniu westchnęłam: "Jaka szkoda, że dziś już nie nosi się takich sukien!". Mój mąż spojrzał na mnie z przerażeniem w oczach i wysyczał: "Czyś ty całkiem straciła rozum?" (śmiech).

Florence była ekscentryczką do entej potęgi.

- Miała bogatą kolekcję krzeseł, na których zmarli znani ludzie, i nikomu nie wolno było na nich siadać. Uwielbiała sałatkę ziemniaczaną i na przyjęcia jej służba przygotowywała całą wannę tego przysmaku. Tak, wannę! Bo Florence żywiła się wyłącznie ziemniakami i kanapkami. Taki miała smak.

Przy takim nagromadzeniu wariactw była pani w stanie utrzymać powagę na planie?

- Nie jestem zbyt dobra w panowaniu nad skrajnymi emocjami. Należałoby uczciwie powiedzieć, że jestem w tym fatalna. Obowiązkiem każdego aktora jest być obecnym na planie - nie tylko fizycznie, ale też duchem. Musimy być przygotowani i reagować na to, co się dzieje. Przy takim stopniu emocjonalnego zaangażowania można być najbardziej skupionym, a mimo to nie da się lekceważyć głupot, jakie dzieją się wokół.

To proszę o szczerość: zdarzyło się pani popsuć ujęcie napadem śmiechu?

- Nie raz, nie dwa. Za trzecim razem Stephenowi (Frearsowi, reżyserowi - red.) już wcale nie było do śmiechu! Naprawdę starałam się nad sobą panować i kontrolować te napady. Tym bardziej że głos był w tym przypadku niezwykle ważnym elementem pracy na planie, a jego starcza tylko na określoną liczbę ujęć. Żaden operowy profesjonalista nie śpiewa arii Królowej Nocy więcej niż dwa razy w tygodniu, bo wie, jakie to obciążenie dla głosu. A ja śpiewałam ją osiem razy dziennie plus jeszcze dwa inne utwory! Mieliśmy Carnegie Hall wynajęte tylko na trzy dni, nie było wyjścia. Straciłam głos po pierwszym dniu. Pomogły kąpiel w jałowcu i picie herbaty przez całą noc. Rano nie było za dobrze, ale nie stresowałam się, dałam sobie czas. Popołudnie przyniosło poprawę, jednak była to fizycznie bardzo wymagająca rola.

Bez swojego akompaniatora i trenera Florence nie trafiłaby na teatralne sceny. Karkołomnym zadaniem było znalezienie Pani ekranowego partnera, który i miałby talent aktorski, i świetnie grał na pianinie.

- Jak się pani domyśla, lista osób, które spełniają oba te warunki, jest bardzo krótka. Tym bardziej że tu nie było miejsca na udawanie: cała muzyka była nagrywana na żywo, podczas zdjęć. Bardzo trudno było znaleźć kogoś utalentowanego i zabawnego, kto potrafiłby jednocześnie zagrać te niezwykle złożone kompozycje. Na szczęście trafiliśmy na Simona Helberga (znany z serialu "Teoria wielkiego podrywu" aktor debiutuje na wielkim ekranie - red.). I nagle wszystko stało się proste. Ale należy podkreślić, że właśnie Simon jest współodpowiedzialny za moje głupawki na planie. Rozśmieszał mnie do łez. Jego reakcje były po prostu genialne.

Stephen Frears zadbał o to, żebyście mieli z Simonem i Hugh Grantem czas na lepsze poznanie się przed rozpoczęciem zdjęć?

- Zgromadził nas wszystkich w jednym pokoju i poprosił, żebyśmy zagrali cały film "na sucho" - przeżyli go, czytając scena po scenie. Wtedy też bliżej poznałam obu moich ekranowych partnerów. To było spotkanie pełne prawdy, życia. Naładowało nas pozytywną energią. Wprawiło w ruch, jak pierwszy mecz w sezonie czy coś w tym stylu.

Rozumie pani układ, jaki łączył Florence z mężem? To wzorowe, partnerskie małżeństwo, tylko że ze sobą nie sypia, a on ma kochankę.

- To nie była dla niej łatwa sytuacja. Rozumiała jego potrzebę i ją akceptowała, ale mimo to nie było to dla niej proste. Codziennie zmagała się z cieniami z jego "równoległego" życia, a jednocześnie polegała na jego miłości i czułej opiece, dzięki temu rozkwitała.

Ale nawet mąż, jej impresario, nie potrafił jej powiedzieć, że źle śpiewa.

- Miłość to nie jest zestawienie suchych faktów. Może ożywiać to, co, według ciebie, jest najlepsze w twoim partnerze, to, co uważasz za piękne, i nie zwracać uwagi na potencjalne wady. Poza tym czym jest prawda? Czy istnieje jej obiektywna odsłona? Czy wszyscy widzowie w Carnegie Hall, którzy fantastycznie się bawili, byli w błędzie? Czy album Boba Dylana z piosenkami z "Great American Songbook" (zbioru amerykańskich standardów muzyki rozrywkowej, Dylan nagrał parę z nich na płycie "Fallen Angels" - red.) był pomyłką, bo niektórym się nie podobał? Dylan skomentował to zresztą podczas rozdania nagród Grammy, przytaczając historię o Samie Cooke’u, królu soulu (niezwykle popularnym na przełomie lat 50. i 60. wokaliście i kompozytorze, autorze m.in. "A Change Is Gonna Come" - red.). "Kiedyś podszedł do niego jakiś facet i mówi: »Panie Cooke, ma pan taki piękny głos!«. A on na to: »Nie mów mi tego. To nie jest ważne. Jedyne, co się liczy, to czy mówisz prawdę, swoją prawdę, poprzez muzykę«". Stosując takie kryteria, Florence mówiła prawdę.

Potrafi pani powiedzieć innemu aktorowi: "To nie było to", lub sama przyjąć taką uwagę?

- Gdy aktor właśnie zszedł ze sceny lub skończył ujęcie, jest wrażliwy i bezbronny jak ostryga wyjęta ze skorupki. Wyjątkowo otwarty i chłonny, bo przecież na tym polega ta praca. Cokolwiek wtedy usłyszy, może to mieć na niego ogromny wpływ. Dlatego rozmowa w takim momencie wymaga wyjątkowych dyplomatycznych zdolności - tak jak w filmie, gdy Florence słyszy po występie: "Dobry Boże! »Dobry« to niewłaściwe słowo, by to opisać!". Myślę, że mam szczęście, bo szczególnie w teatrze oglądam niemal wyłącznie świetne występy, a komplementowanie aktorów nie jest trudne. Ja w ogóle uważam, że na scenie zawsze dzieje się coś wspaniałego. Może nie w sztuce, może nie w reżyserii czy w scenografii - bo zdarzają się różne problemy z produkcją - ale w warsztacie aktorskim zawsze jest ukryta jakaś perła.

Jaki ma pani stosunek do recenzji?

- Wydajesz pełen ulgi odgłos, kiedy ktoś ci powie, że są dobre. Nie googluję komentarzy na temat tego, co kiedykolwiek w życiu zrobiłam lub powiedziałam, ponieważ gdybym to robiła, moja pewność siebie spadłaby do zera. Świat jest przepełniony jadem, złośliwością i beznadzieją. Mam wrażenie, że istnieją ludzie, którzy całe życie spędzają nad klawiaturą, gotowi niszczyć innych. Dlatego trzeba podejmować świadome, mądre wybory: w którą stronę iść, jak żyć...

Pani role zostają na długo z widzami. A pani nosi je w sobie po zakończeniu zdjęć czy szybko o nich zapomina?

- Zapominam wszystko, nawet fabułę. Aktor gra i szuka wiarygodności w oczach innej osoby. Jeśli widz wierzy w to, kim jesteś lub mówisz, że jesteś, to ty również w to wierzysz, ale tylko tu i teraz. Dla Florence miłość była źródłem siły. Poczucie bezpieczeństwa, jakie w niej znajdowała, pozwalało jej marzyć, ryzykować, nie poddawać się.

Czy prywatnie ma pani podobne doświadczenia?

- Jestem pewna, że wszyscy budujemy to, kim jesteśmy dla świata, z fragmentów rzeczywistości, która czeka na nas w domu. Jesteśmy produktem wszystkich bogactw i braków naszej prywatności, kłótni, jakie toczymy, i miłości, którą dajemy i czujemy. Okoliczności życia to budulec każdego z nas, mój także. To, kim jestem zawodowo - spełnienie i sukces na tej płaszczyźnie - ma bezpośredni związek z moją rodziną i miłością męża.

Gdy córki powiedziały pani, że chcą zostać aktorkami, bała się pani momentu, kiedy zapytają o zdanie na temat swojej gry?

- Nie. Nie ma we mnie śladu obiektywizmu, jeśli chodzi o ocenę ich umiejętności, i obie strony o tym wiedzą. Jestem przekonana, że są bardzo zdolne. Ale moje obiekcje dotyczące ich decyzji nie miały związku z profesjonalną krytyką aktorów. Przeraża mnie to, co wniósł do naszego świata internet, piętno, jakie na poczuciu własnej wartości nieustannie odciska obecność mediów społecznościowych. Trudno jest mi sobie nawet wyobrazić, jak wygląda początek kariery w dzisiejszych czasach. Mam ogromne szczęście, że debiutowałam, kiedy można było jeszcze się uodpornić na ten harmider, trzymać się z dala od tego niezdrowego, destrukcyjnego wścibstwa.

Od lat walczy pani o prawa kobiet. W moim kraju dziś ich wolność jest zagrożona. Skąd, według pani, biorą się takie postawy?

- Mam dużo przemyśleń na ten temat. Przede wszystkim jestem zmęczona tym, że ten temat wciąż wraca, że ktoś próbuje dzisiaj robić takie rzeczy. Z jednej strony, ostatnie dekady to czas, kiedy kobiety cieszyły się większą wolnością niż przez całe wcześniejsze tysiąclecia. Dziś jesteśmy częścią historii, nie stoimy obok, piszemy ją, ale każda dobra akcja prowokuje raz na jakiś czas jakąś złą reakcję, taka jest dynamika rozwoju. Dla mnie to, o czym pani mówi, to właśnie coś takiego. W Stanach Zjednoczonych jest tak samo. Zawsze się coś znajdzie - teraz na przykład pewni decydenci próbują zablokować wolny dostęp do antykoncepcji. Fundamentalizm nasila się we wszystkich zakątkach świata, ale to zawsze reakcja odwrotna wobec dominującej, pozytywnej tendencji rozwoju. Raz na jakiś czas odrobinę cofamy się w czasie, ale na poziomie ogólnym ten sprzeciw jest daremny. Nie da się zatrzymać postępu. Jestem w tym temacie optymistką, jak Florence.

Ona nie miała mentora, kogoś, kto byłby dla niej autorytetem i ją poprowadził. W pani życiu był ktoś taki?

- Tak, spotkałam wiele takich osób. W szkole średniej miałam nauczycielkę muzyki, nazywała się Claire Callahan i była uczennicą Andrésa Segovii (legendarny hiszpański wirtuoz gitary klasycznej - red.). To wspaniała kobieta, która do tej pory wiele dla mnie znaczy. Kiedy uczyła mnie i moich dwóch braci, była tuż po dwudziestce, a nam wydawało się, że jest okropnie stara! (śmiech) Obsadzała mnie w musicalach, które wspólnie przygotowywaliśmy. To były trudne produkcje, bo pani Callahan była ogromnie ambitna, zaskakująco jak na tamto małe, prowincjonalne liceum w New Jersey. Na przykład śpiewaliśmy "Glorię" Vivaldiego. Do dziś ją pamiętam... (aktorka zaczyna śpiewać - red.).

- Oczywiście nie całość, ale tak to jest, że rzeczy, których człowiek nauczy się za młodu, zostają z nim często na całe życie. Była moją pierwszą mistrzynią. Potem pojawił się mój teatralny guru Joseph Papp (amerykański producent i reżyser, założyciel The Public Theater - red.), Mike Nichols w dziedzinie filmu (legendarny reżyser, wspólnie ze Streep stworzyli m.in. "Silkwood" i serial HBO "Anioły w Ameryce" - red.). Miałam szczęście do nauczycieli i nadal je mam, bo wciąż spotykam ludzi, którzy mnie inspirują. Nie tak dawno uczestniczyłam we wspólnym panelu z niemiecką minister obrony narodowej Ursulą von der Leyen. Ta kobieta ma siedmioro dzieci! Jako matka rozumie, czym jest potrzeba przeorganizowania życia i priorytetów, a jednocześnie pełni odpowiedzialną, wymagającą ogromnych kompetencji funkcję i odpowiada definicji kobiety sukcesu. Takie osoby to dla mnie symbol przyszłości.

Gdyby mogła pani cofnąć czas i udzielić sobie jednej rady, to co by pani powiedziała?

- Przestań tyle myśleć o tym, ile ważysz, Meryl. To kompletna strata czasu.

Anna Tatarska

PANI 8/2016

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje