Przejdź na stronę główną Interia.pl

Marzył, by umrzeć w biegu

Dlaczego pod koniec swojego życia Władysław Bartoszewski ukrywał swoje fizyczne cierpienie? Jak traktował najbliższych asystentów? Co sądził o czarnych legendach na swój temat? I wreszcie - dlaczego marzył, by... umrzeć w biegu? Zapraszamy do wywiadu z Markiem Zającem, wieloletnim współpracownikiem profesora Bartoszewskiego, autora książki "Pędzę jak dziki tapir. Bartoszewski w 93 odsłonach".

Łukasz Piątek, Interia: Jak w kilku słowach najdosadniej scharakteryzować Władysława Bartoszewskiego?

Reklama

Marek Zając: - Piekielnie inteligentny, niezwykle błyskotliwy człowiek. Potrafił jedną celną puentą, jednym zdaniem podsumować całą sytuację i trafić w sedno. Człowiek bardzo szlachetny - jego dewizą były słynne słowa: "Warto być przyzwoitym". Zresztą tylko bliscy mieli okazję obserwować jego szlachetność w życiu codziennym - jak traktował współpracowników czy przyjaciół sprzed wielu lat. Jak wielką wagę przywiązywał do tego, co dzieje się z ludźmi, których poznał chociażby na krótko. Mówiąc o Władysławie Bartoszewskim, nie wolno również zapomnieć o jego niesamowitym poczuciu humoru. Miał do siebie niezwykły dystans, a to właśnie charakteryzuje ludzi naprawdę inteligentnych. Potrafił posługiwać się morderczą, ale z reguły dość serdeczną ironią.

- Trafiał celnie, ale nie tak, żeby człowieka zbrukać i zniszczyć. Oczywiście wielu kojarzy dziś profesora przede wszystkim z jego głośnymi wypowiedziami o charakterze politycznym, nieraz bardzo ostrymi. Biorąc jednak pod uwagę dzisiejszy język polityków, dwa lata po jego śmierci - tamte określenia, np. o dyplomatołkach, brzmią już dość łagodnie.

Codziennie miał pan styczność z profesorem?

- Codziennie nie, ale często. Współpracowaliśmy na polu pamięci o Auschwitz i Holokauście. Władysław Bartoszewski był przewodniczącym Międzynarodowej Rady Oświęcimskiej przy Premierze RP, a ja jej sekretarzem, czyli jego prawą ręką. Profesor odpowiadał za strategię, a ja za wykonanie, zbieranie informacji czy sprawy organizacyjne. Trochę tak jak sztab generalny i oficer, którego posłano na pierwszą linię frontu. Ta współpraca wiązała się również z faktem, że od dłuższego czasu pracuję nad jego biografią. To był w ogóle początek naszego kontaktu. Początek, którego nigdy nie zapomnę, bo ta historia świetnie pokazuje, kim był i jaki był Władysław Bartoszewski. Tak pokrótce: w 2006 r. dostałem Nagrodę Dziennikarską "Ślad" im. bp. Jana Chrapka. Pracowałem wtedy dla "Tygodnika Powszechnego", z którym profesor był związany przez długie lata.

- Ku mojemu zaskoczeniu na adres redakcji przyszedł do mnie od Władysława Bartoszewskiego osobisty list - napisany odręcznie, z gratulacjami. Co ciekawe, nigdy przedtem nie spotkałem profesora, a on sam - oprócz tego, że być może czytał niektóre moje artykuły - nie miał o mnie zielonego pojęcia. Nikogo chyba nie zdziwi, że byłem tym listem zaskoczony i uskrzydlony. Schowałem go do osobnej koperty, żeby się nie zniszczył i chwaliłem się przed rodziną i przyjaciółmi. Dziś już wiem, że profesor bardzo często robił takie rzeczy. Na przykład przeczytał artykuł w gazecie, który bardzo mu się spodobał i chociaż nigdy nie miał żadnego kontaktu z autorem, wyciągał papier listowy, żeby napisać kilka słów podziękowania. To było coś niesamowitego, ale on tak naprawdę robił aż do samego końca.

- Ale wróćmy do historii: krótko potem pojawił się pomysł, żebym napisał jego biografię. Dostałem telefon Władysława Bartoszewskiego i zadzwoniłem. Podziękowałem za tamten list i opowiedziałem o planie jego biografii. Cóż... Trudno byłoby pracować bez dostępu do jego archiwum, bez rozmów z samym zainteresowanym. Profesor odpowiedział: Dobrze, ale - i tego też nie zapomnę do końca życia - proszę pamiętać, że ma pan absolutnie wolną rękę. Ja będę pomagał, będzie miał pan dostęp do moich dokumentów, będę z panem rozmawiał, ale tylko pan bierze odpowiedzialność za to, co napisze. Ja tego nie będę poprawiał ani cenzurował.

- Potem na skutek różnych zbiegów okoliczności i zupełnie inną drogą zaproponowano Władysławowi Bartoszewskiemu, żebym został sekretarzem Międzynarodowej Rady Oświęcimskiej. Tak oto rozpoczęła się nasza bliska współpraca, trwająca 10 lat.

Czy Władysław Bartoszewski kiedykolwiek zapoznawał się z fragmentami tej biografii?

- Nie. Nigdy też tego nie oczekiwał. Bardzo mocno trzymał się tego, co powiedział. To był człowiek, który nie cofał danego słowa. To zresztą działało w dwie strony. Jeśli ktoś nadużył jego zaufania, z reguły nie było powrotu do dawnych relacji. Jeżeli z kolei ktoś bezinteresownie pomógł czy zdecydował się na serdeczny gest, profesor też nigdy tego nie zapominał. Był człowiekiem obdarzonym długą, szczegółową i wrażliwą pamięcią.

Jak pracowało się z profesorem? Wiadomo, że Władysław Bartoszewski pracował od rana do wieczora. Ciekaw jestem, czy tego samego wymagał od swoich współpracowników? Potrafił zrozumieć i uszanować to, że jego asystenci oprócz pracy mają również swoje życie prywatne?

- To była złożona kwestia. Przede wszystkim wszyscy uwielbiali pracować z profesorem, bo sam kontakt z nim po prostu uskrzydlał. Każde spotkanie, rozmowa dodawały energii i ochoty na życie, były zastrzykiem optymizmu. On tym po prostu zarażał. Po drugie, profesor bardzo dbał o swoich pracowników. Cieszył się z narodzin ich dzieci, pamiętał o ich kłopotach. Starał się dbać także w momencie, kiedy już rezygnowali ze współpracy - nadal pomagał, utrzymywał serdeczny kontakt. Zarazem, bo jedno nie wyklucza drugiego - był bardzo wymagający. Ja jestem człowiekiem, do czego wstyd się przyznać, któremu zdarza się zawalać terminy, zapominać i robić coś na ostatnią chwilę.

- W przypadku współpracy z Władysławem Bartoszewskim byłem tak bardzo sparaliżowany myślą, że mogę coś zawalić, iż czasami budziłem się w środku nocy przerażony i zastanawiałem się, czy o czymś nie zapomniałem. To był wewnętrzny lęk, że nie można zawieść. Że trzeba zdążyć i dać radę.

- W książce "Pędzę jak dziki tapir. Bartoszewski w 93 odsłonach" są dwie anegdoty, które doskonale to ilustrują. Jedna z nich dotyczy mnie osobiście. Długo się zastanawiałem, czy w ogóle ją umieszczać, bo jest bardzo osobista. Koniec końców uznałem, że mówi coś bardzo ważnego o profesorze - dokładnie o tym, o co pan pyta. Kiedyś zastanawiałem się nad odejściem z dziennikarstwa i pracą na pograniczu biznesu i polityki. Oferta był bardzo kusząca. Żona dała mi wolną rękę. Moi rodzice już nie żyli, więc poradzić się mogłem tylko Władysława Bartoszewskiego. Do dziś pamiętam, jak profesor siedzi za biurkiem ze złożonymi w charakterystyczny sposób dłońmi, ze wzrokiem wbitym gdzieś przed siebie i rozważa moją sytuację.

- Mówi: Jestem synem bankowca i wiem, co to jest stabilizacja materialna; pan ma już dwoje dzieci, więc musi myśleć w innych kategoriach; trzeba im zapewnić wykształcenie... I tak to wszystko rozważał. A na koniec oświadczył: Jeżeli jednak nowa praca ograniczyłaby pańską działalność na polu oświęcimskim, to ja się nie zgadzam! Kiedy to usłyszałem, ucieszyłem się jak małe dziecko, bo spadł mi kamień z serca. Profesor rozwiązał mój dylemat. To zresztą pokazuje, że Władysławowi Bartoszewskiemu po prostu się nie odmawiało. To wynikało z aury, którą roztaczał. Z jego charyzmy.

Czy profesor Bartoszewski miał jakieś charakterystyczne nawyki, naleciałości, rytuały?

- Jego wręcz obsesją, i to przez całe życie, było dokumentowanie wydarzeń z ważnych dla jego zainteresowań dziedzin. Tysiącami gromadził książki, dokumenty, wycinki prasowe. Jego gabinet przypominał połączenie biblioteki z monstrualnym archiwum. Do tego dochodziła bieżąca dokumentacja ministerialna, sprawy oświęcimskie, korekty książkowe... Książki i papiery leżały nawet na podłodze - poukładane w wysokie pryzmy i tworzące mini-labirynty. Żeby się w tym nie pogubić, Profesor starał się dzielić wszystko na koperty i teczki, na których często nalepiał białe karteczki z krótkimi opisami. Do dziś mam ich trochę z lapidarnymi i odręcznymi hasłami typu: "Auschwitz - dla M. Zająca. Pilne". Albo: "Niemcy ’86". Czasem do koperty wkładał krótki liścik z krótkim streszczeniem całego materiału. Robiąc setki rzeczy naraz - w ten sposób starał się zachować porządek i komunikować się ze swoimi współpracownikami.

Władysław Bartoszewski nie zwykł często mówić o swoim pobycie w Auschwitz. Z czego to wynikało? Ten przykry etap swojego życia zamknął na zawsze?

- Wręcz przeciwnie. To była trauma, która cały czas w nim tkwiła. Auschwitz jest w jego biografii momentem przełomowym. Jako młody chłopak był nad wiek rozwinięty, oczytany, bardzo wrażliwy. Jedynak wychuchany przez opiekuńczą matkę. Kiedy na podwórku szkolnym jego koledzy biegali za piłką, on siedział na ławce i czytał książki. Co byśmy powiedzieli o takim człowieku? Na pewno mógłby z niego wyrosnąć dziennikarz, może dla niektórych trochę zabawny, dla innych inspirujący, przykuwający uwagę nietypowym zachowaniem, wielką wiedzą i erudycją. Może literat, bo profesor miał dobre pióro? Ale generalnie człowiek, który żyje trochę obok świata. Jednak doświadczenie Auschwitz zupełnie zmieniło jego losy. On codziennie pamiętał o Auschwitz. Wszystko, co robił, brało się z Auschwitz. To, że wciąż tak pędził. Że pracował od rana do wieczora. Był przekonany, że jemu darowano życie. Że nie może zmarnować ani sekundy. Cały czas miał poczucie, że spłaca dług.

- Auschwitz nigdy nie wyszedł z jego głowy, serca, sumienia. Profesor nigdy nie zapomniał na przykład sceny, gdy z tzw. drugim transportem warszawskim trafił do obozu. 22 września 1940 r. odbył się pierwszy apel nowoprzybyłych z udziałem reszty więźniów. Karl Fritzsch, który był tzw. kierownikiem obozu, czyli zastępcą komendanta, zawsze wygłaszał taką samą przemowę. Mówił, że jedyne wyjście stąd to krematorium, wskazując palcem na dymiący komin. Potem następowało coś, co było bardzo dobrze przemyślane - taka obozowa lekcja przemocy, która już na samym początku miała złamać wszelki opór. Jakiegoś przypadkowego człowieka, niektórzy mówili, że był to nauczyciel z Warszawy, na oczach wszystkich więźniów wyciągnięto z szeregu i zaczęto katować. Kapo go bili, skakali po nim, aż zamienił się w jedną, krwawą masę.

- Władysław Bartoszewski opisał to dosłownie w kilku zdaniach w książce "Warto być przyzwoitym". I to są być może jedne z najważniejszych zdań w jego życiu: "Trwało to 10, może 15 minut. Stało nas tam z 5 tysięcy mężczyzn, wyprężonych na baczność. Byliśmy widzami, żaden z nas nic nie zrobił. Ja też tam byłem, i też nie zrobiłem nic, i uważam to dziś jeszcze za życiowy wstyd, choć rozumiem to wszystko". Oczywiście - co można było zrobić? Wokół strażnicy, karabiny maszynowe, psy... Ale profesor nigdy nie zapomniał, że nikt - także on - nawet nie drgnął...

- To był taki moment, w którym zawaliło się wszystko, w co dotychczas wierzył. Był wychowany w dobrych, prywatnych, katolickich szkołach. Przed wojną chciał iść do zakonu. Wydawało mu się, że świat składa się z ludzi dobrych, a jedyne, co człowiekowi pozostaje - to rozwijać własny talent, czytać książki i pomagać bliźnim. Nagle wszystko pękło. We Władysławie Bartoszewskim, jak zresztą w wielu ludziach, którzy przeżyli Auschwitz, tkwił jakiś paradoksalny wyrzut sumienia. Paradoksalny, bo przecież nie mieli sobie nic do zarzucenia. Ale myśleli: Ja przeżyłem. Inni nie. Dlaczego? Skoro umarł kolega z pryczy obok, może ja jednak mogłem mu oddać pół porcji mojego chleba? A nie oddałem. Nie musiałem, nie mogłem, trzeba było walczyć o własne życie. Zresztą może by mu to w ogóle nie pomogło? Ale...

- Jak pracowaliśmy nad książką "Mój Auschwitz", gdzie udało się wydobyć z profesora więcej o obozie niż w jego tekstach wspomnieniowych, to często prosił o przerwanie nagrania. Raz czy dwa wyszedł z pokoju. Bo on tę traumę cały czas w sobie nosił. Przez pierwsze kilka lat od wyjścia z obozu niemal co noc budził się zlany potem. Śnił mu się tamten apel. Po prostu nie da się zrozumieć Władysława Bartoszewskiego bez Auschwitz. Był, kim był; był, jaki był - przez Auschwitz. Ta trauma była jak góra lodowa: widzieliśmy czubek, ale pod wodą kryła się gigantyczna reszta.

Wspomniał pan o planach Władysława Bartoszewskiego związanych z zakonem. Dlaczego ostatecznie tam nie trafił?

- W wakacje przed wojną miał długą rozmowę u Jezuitów w Warszawie. Trafił na mądrego zakonnika, który mu powiedział: Czasy są szczególne i nie wiadomo, co się wydarzy. Może będzie wojna. Idź najpierw na studia. Zaczekaj jeszcze chwilę. Być może widział, że ten chłopak nie nadaje się do zakonu. Albo powinien to przemyśleć, bo na razie działa pod wpływem emocji. Po wyjściu z Auschwitz Władysław Bartoszewski, o czym po raz pierwszy tak jednoznacznie opowiedział w książce "Mój Auschwitz", przeżył głęboki kryzys wiary. Nie umiał się pogodzić z tym, co widział i czego doświadczył. Nie potrafił tego połączyć ze swoim wyobrażeniem Boga. Dopiero spowiedź u księdza Jana Zieji oznaczała powrót, ale już na innych zasadach, bo z większą dojrzałością - do wiary i Kościoła.

Skoro Auschwitz tak bardzo w nim siedziało, to dlaczego nie starał się bronić swojego dobrego imienia, kiedy na różne sposoby próbowano go zdyskredytować w oczach opinii publicznej? W Internecie jest sporo witryn, na których można przeczytać, że Władysław Bartoszewski wyszedł z Auschwitz, bo donosił na współwięźniów. Inni twierdzą, że jego rodzina wręczyła gigantyczną łapówkę, dlatego Władysława Bartoszewskiego z obozu wypuszczono. Gdzieś nawet przeczytałem, że Władysław Bartoszewski opuścił Auschwitz, bo jego siostra wyszła za mąż za obozowego SS-manna, a przecież Bartoszewski był... jedynakiem. Takie informacje w ogóle docierały do profesora?

- Docierały. Profesor machał ręką i przechodził nad tym do porządku dziennego. Nie chciał marnować energii na polemizowanie z głupotami. Ja wychodziłem wtedy z podobnego założenia: co to za absurd? Kto w to uwierzy?! Kiedy jednak dziś czytam posty w Internecie, widzę, że te absurdy niestety zagnieździły się w głowach wielu ludzi. Może to był błąd? Może trzeba było prostować i tłumaczyć? Bo przecież każdy, kto zna historię Auschwitz i sięgnie do dokumentów, a nie do tego, co wypisują internetowe trolle, nie będzie miał najmniejszych wątpliwości w sprawie Władysława Bartoszewskiego. W pierwszym okresie funkcjonowania, dopóki Auschwitz było jeszcze wyłącznie obozem koncentracyjnym, a nie koncentracyjnym i zagłady jednocześnie - zwolnienia nie były niczym niecodziennym. Tylko z transportów z Warszawy historycy udokumentowali 331 zwolnień w samym 1940 r. Działo się to zwłaszcza w przypadkach, gdy np. więzień miał czystą kartotekę na gestapo, bo został zagarnięty z łapanki.

- Wszystkim, którzy wciąż nie wierzą, radzę też wizytę na stronach internetowych poświęconych... Powstaniu Warszawskiemu. Będą zaskoczeni, ilu powstańców ma w życiorysie zwolnienie z Auschwitz. W przypadku Władysława Bartoszewskiego prawdopodobnie pomogła interwencja Czerwonego Krzyża, którego był pracownikiem. Prawdopodobnie, bo nie zachował się żaden jednoznacznie wskazujący na to dokument.

- Zresztą zastanówmy się logicznie. Gdyby Władysław Bartoszewski był współpracownikiem gestapo, pytanie brzmi: dlaczego do końca wojny w jego otoczeniu, a pracował w Komendzie Głównej Armii Krajowej, w Radzie Pomocy Żydom "Żegota" i Delegaturze Rządu na Kraj - nie było wsypy? Jeśli ktoś widzi we Władysławie Bartoszewskim demona, który zakłamał swoją biografię - proponuję też  wizytę w archiwum IPN. Są tam jego akta z przesłuchań, bo ponad sześć lat siedział w stalinowskich więzieniach. Bezpieka miała tych ludzi prześwietlonych od podszewki. I nic nie wiedziała o jego rzekomej kolaboracji z Niemcami?

- Notabene we wszystkich aktach i dokumentach jest jedynakiem. Nigdzie nie ma śladów jakiegokolwiek rodzeństwa. Niestety wiem, że żyjemy w takich czasach, gdy większość ludzi nawet twarde fakty zlekceważy i wróci do hejtowania. To bolesna porażka nas wszystkich.

- Ja chcę powiedzieć jasno: naprawdę nie trzeba kochać Władysława Bartoszewskiego. Pod koniec życia, gdy w Polsce trwał już bardzo gorący spór polityczny, profesor zabierał głos mocno i zdecydowanie. I dlatego wcale nie oczekuję, że wszyscy Polacy będą czcić Władysława Bartoszewskiego. Natomiast nie ma i nie może być zgody na oszczerstwa i kłamstwa. Jako ludzie dojrzali, jako prawdziwi patrioci w przypadku wielu postaci naszego życia publicznego powinniśmy się nauczyć odróżniać różnice światopoglądowe od szacunku dla dzieła konkretnego Polaka, jako takiego. Naprawdę nie odbierajmy Władysławowi Bartoszewskiemu jego pięknej karty okupacyjnej, bohaterskiej karty w czasach stalinowskich i potem w opozycji. Jak mówię - możesz napisać najbardziej krytyczny komentarz o Władysławie Bartoszewskim, jako ministrze w czasach rządów PO. Kiedy jednak zasłużonego człowieka zaczyna topić się w szambie, wtedy trzeba powiedzieć: non possumus.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje