Przejdź na stronę główną Interia.pl

Martyna Wojciechowska: Jestem ze sobą szczera

Spotkanie z nią może budzić pewien niepokój, a na pewno powinno skłaniać do refleksji: czy dobrze wykorzystaliśmy szanse, które podsuwa nam los? Czy potrafimy walczyć o swoje marzenia? Czy mamy odwagę żyć tak, jak chcemy? Tak jak ona. Martyna Wojciechowska.

Liczba jej pasji, zajęć, osiągnięć przyprawia o zawrót głowy. Kierowca rajdowy, podróżniczka, alpinistka, dziennikarka... Napisała kilkanaście książek, kręci filmy dokumentalne, programy podróżnicze. Według ostatniego badania magazynu "Forbes" została uznana za najcenniejszą gwiazdę polskiego show-biznesu. Jest powszechnie szanowana. A przecież nie jest też tak, że wszystko przychodzi jej łatwo. Wręcz przeciwnie. Ciężkie choroby, dramatyczne wypadki, skomplikowane operacje. Samotne macierzyństwo. Z Martyną Wojciechowską spotkałyśmy się w klimatycznej knajpce na Sadybie. Przyjechała terenowym samochodem. Ubrana w czarne spodnie, czarną bluzkę, kurtkę moro, choć tego dnia na dworze panował ogromny upał. Myślałam, że będzie się spieszyć, bo przecież jest tak bardzo zajęta, ale znów mnie zaskoczyła. "Na ważne rzeczy mam tyle czasu, ile potrzeba. A ten wywiad jest dla mnie ważny".

Reklama

Na początek przygotowałam dla ciebie mały quiz. "Chciała ciągle więcej i więcej, wciąż jej było mało. Była momentami szczęśliwa, gdy coś osiągnęła, i starała się kolejnymi szczytami przedłużać to szczęście"*. Domyślasz się, o kogo chodzi?

Martyna Wojciechowska: O mnie?

Nie. "Nie była nastawiona na małżeństwo. Tylko na realizację siebie i na alpinizm, w którym potem zresztą przebijała wszystkie szklane sufity".

- Wanda Rutkiewicz! Jej osoba i wybory życiowe są mi bardzo bliskie. Kiedyś zadano mi pytanie, z kim ze wszystkich ludzi na świecie najbardziej chciałabym zjeść kolację, i bez wahania odpowiedziałam wtedy, że z Wandą Rutkiewicz. Pionierka, postać niezwykła! Kiedy ja się urodziłam, ona już się wspinała na ośmiotysięczniki, miałam cztery lata, gdy jako pierwsza Polka zdobyła Mount Everest, jako pierwsza kobieta na świecie stanęła na szczycie K2. Wtedy była już legendą. Zaginęła podczas wyprawy na Kanczendzongę w 1992 roku. W tym czasie ja wchodziłam w dorosłość. Inspirowała mnie, odkąd pamiętam.

Znałaś ją?

- Tak. Przyjeżdżała do mojego taty serwisować samochód. To było jakoś na przełomie lat 70. i 80. Tata miał duży, bardzo znany w tamtych czasach warsztat samochodowy, sam też był zawodnikiem rajdowym, ścigał się, a Wanda, o czym nie wszyscy wiedzą, brała udział w rajdach. To była jej druga po górach wielka pasja. Była piękną, charyzmatyczną kobietą, taką, która wchodzi do pokoju i od razu zwraca uwagę wszystkich. Choć w ogóle o to nie zabiegała.

Zdawałaś sobie sprawę, czym się zajmuje?

- Dla mnie była "panią od gór". Rodzice prowadzili bardzo otwarty dom, bywało u nas mnóstwo fascynujących ludzi z kręgu kultury, sportu. Nie zapomnę Violetty Villas, która też była klientką mojego taty. Kiedy do nas przyszła, z wrażenia schowałam się za fotelem. (śmiech) Wracając do Wandy, ona szalenie mi imponowała, a gdy byłam już trochę starsza, śledziłam z wypiekami na twarzy jej osiągnięcia. Miała w sobie niezwykłą siłę i determinację w osiąganiu rzeczy niemożliwych, a przy tym zawsze była dobrze ubrana, pięknie pachniała. Myślę, że pokazała mi taką drogę, że kobiety mogą przebijać szklane sufity, wciąż pozostając kobietami.

Niesamowite jest też to, że chociaż żyła w czasach, kiedy mało kto słyszał o reklamie, ona konsekwentnie budowała markę Wandy Rutkiewicz. Pisała książki, były nawet pocztówki z jej podobizną. Ty też zbudowałaś markę Martyny.

- Niewątpliwie była nie tylko wybitnym sportowcem, ale też gwiazdą. Udzielała wielu wywiadów, pojawiała się na okładkach magazynów, jako pierwsza himalaistka zaczęła tak obszernie relacjonować to, co robiła. W końcu sama sięgnęła po kamerę, więc w sumie wyżywałyśmy się na podobnych polach. Jeszcze jedna rzecz nas bardzo łączy - Wanda traciła ludzi, których kochała. Ja też straciłam wielu przyjaciół i mężczyzn, których kochałam - zazwyczaj w okolicznościach tragicznych.

Ale jedna rzecz was bardzo różni.

- Dziecko.

Zastanawiałaś się, jak wyglądałoby twoje życie, gdyby Marysia nie pojawiła się na świecie?

- Odpowiedziałam sobie kiedyś na to pytanie bardzo uczciwie. Byłabym w drodze. I pewnie głównie w drodze w górach. Był taki moment po zdobyciu Mount Everestu, kiedy uważałam, że to jest moje przeznaczenie. Wtedy też pojawił się w moim życiu Artur Hajzer (taternik, alpinista, himalaista, zginął w 2013 roku w Karakorum - red.), z którym zresztą Wanda wspinała się w latach 80. Artur stał się dla mnie mentorem, trenerem, przyjacielem. Najważniejszą osobą. Zamierzałam spędzać czas w górach, na wyprawach i wyobrażałam sobie, że to jest mój pomysł na życie na wiele lat. I jedyne, co mnie zawróciło z tej drogi i spowodowało, że zmieniłam kierunek, to były narodziny Marysi.

- Kilka miesięcy później pojechałam wspinać się na Antarktydę, chciałam się przekonać i udowodnić sobie, że nic się nie zmieniło, że będę tą jedyną kobietą na świecie, która pokaże, że można robić wszystko tak jak wcześniej. Na Antarktydzie miałam spędzić dwa tygodnie, ale nastąpiło załamanie pogody, wiele nieprzewidzianych sytuacji i nie było mnie prawie półtora miesiąca. Wtedy po raz pierwszy w życiu doświadczyłam tęsknoty. Takiej realnej, psychicznej, fizycznej. Każdej. Po raz pierwszy zastanowiłam się, co by było, gdybym tam, w tych górach, zginęła. I poczułam pierwotny lęk. Nigdy wcześniej o tym nie myślałam, mimo że kocham moich rodziców i nie chciałabym im dostarczyć żadnych trosk. Ale miłość do dziecka to zupełnie inny rodzaj miłości, poczucie ogromnej odpowiedzialności. Myślę, że gdyby Wanda została mamą, to jej historia mogłaby potoczyć się zupełnie inaczej.

Ale nie przestałaś podróżować. Jeździsz po całym świecie, czasem w bardzo niebezpieczne rejony.

- Czy chcesz mnie teraz zapytać, jak godzę bycie matką z byciem podróżniczką? Tobie odpowiem, bo odpowiadam kobiecie. Zwykle zadają mi je mężczyźni i uważam to pytanie za niezwykle seksistowskie. Jakoś nikt nie pyta mężczyzn biznesmenów, sportowców czy podróżników, jak oni godzą wymagającą pracę i realizację pasji z byciem ojcem.

Moim zdaniem należy ich o to pytać.

- Tak, ale nikt tego nie robi. Mężczyznom wciąż się pewnych pytań nie zadaje. Tylko że oni zazwyczaj mają żony, które na co dzień troszczą się o dom, rodzinę. Nawet Wanda Rutkiewicz często mówiła: "Jak dobrze byłoby mieć żonę". I po raz kolejny zgodzę się z nią, że wspaniale byłoby mieć żonę w tradycyjnym, dziś już trochę nieaktualnym znaczeniu. Taką, która sprawia, że kiedy wracasz, masz ugotowane, posprzątane, a zadbane dzieci czekają z utęsknieniem. Ja ten dom tworzę sama, bo to ja jestem domem dla Marysi. Według mnie to nie jest miejsce, tylko ludzie. Staram się zapewnić mojej córce maksymalnie komfortowe warunki i nie ukrywam, że wyglądało to zupełnie inaczej, kiedy żył jej tata (Jerzy Błaszczyk, zmarł w 2016 roku - red.).

- Przez pierwsze miesiące po śmierci Jurka odwoływałam po kolei wszystkie projekty, co zresztą spotkało się z niezwykłą wyrozumiałością moich pracodawców i współpracowników - jestem wszystkim za to bardzo wdzięczna. Zrezygnowałam z wielu zobowiązań, ustaliłam nowe priorytety, przeorganizowałam nasze życie. Teraz właściwie cała produkcja programu "Kobieta na krańcu świata" jest podporządkowana mojemu grafikowi i opiece nad Marysią. Taką mam pracę, że wyjeżdżam na krańce świata, ale nie pozwalam sobei na podróże dłuższe niż tydzień, góra dwa tygodnie. Potem wracam, ogarniam rzeczywistość - jestem mamą, która robi kanapki, wozi do szkoły, na zajęcia dodatkowe, utula do snu. Później znów ruszam w podróż, ale wygląda to inaczej niż kiedyś. Już nie mogę być w stu procentach "zanurzona" w pracy. Mój telefon jest wyciszony, jednak zawsze słyszę, kiedy dzwoni Marysia.

Często dzwoni?

- Bardzo często. Gdy ostatnio byłam w Pakistanie tuż przy granicy z Afganistanem, dzwoniła na przykład z pytaniem: "Mamo, gdzie są moje spodenki do gimnastyki?". Rozmawiamy, wysyłam jej zdjęcia, filmy. Jest też pierwszą recenzentką moich programów i książek. Wierzę głęboko, że najlepsze, co możemy dać naszym dzieciom, to inspiracja. Znam wiele matek, które zawsze są na miejscu, ale nie wkładają w rozwój swojego dziecka szczególnej energii.

Na czym polega praca, którą ty wkładasz w rozwój Marysi?

- Daję jej przykład. Pokazuję, że każdego dnia robię krok do przodu w kierunku, który sobie obrałam. Żyjemy w świecie szybkich nagród, media społecznościowe nas tego uczą. Wrzucasz zdjęcie i po chwili sprawdzasz, kto ci je "polajkował". Masz akcję i masz reakcję. A jak nie ma reakcji, to po chwili zajmujesz się czymś innym. Szczególnie młodzi ludzie są na to podatni. A to, co moim zdaniem jest ważne, to umiejętność koncentracji na wyznaczonym celu, niepoddawanie się. Bardzo często o tym rozmawiamy w domu, że bywają trudne momenty, że właśnie wtedy warto wytrzymać pewien dyskomfort, ponieważ nagroda w postaci satysfakcji jest tego warta. Razem czytamy, dyskutujemy, wspólnie też piszemy - za chwilę premiera naszej książki dla dzieci "Zwierzaki świata", część 3. Podróżujemy, uprawiamy sport. Ostatnio pojechałyśmy wspinać się w Dolomity.

Lubi chodzić po górach?

- Bardzo, na pewno nigdy bym jej do tego nie zmuszała. Staram się wychowywać Marysię w podobnym stylu, w jakim ja byłam wychowywana, dawać jej wolność wyboru. Moja mama miała taką ekscentryczną jak na tamte czasy potrzebę, żeby rozwijać we mnie zainteresowania, więc mogłam próbować wszystkiego: grałam na gitarze, trenowałam gimnastykę artystyczną, prawie mieszkałam w Pałacu Młodzieży. Marysia ma wiele pasji: jeździ konno - już nawet zaczęła skakać, tańczy, pisze swoje książki, maluje. Wierzę, że kiedyś wybierze swoją drogę, a na razie niech próbuje. Góry to w jakimś sensie jej naturalne środowisko, niemal wszyscy znajomi się wspinają, spędzają czas w schroniskach. Teraz, kiedy Andrzej Bargiel (narciarz wysokogórski, biegacz górski i himalaista - red.) wchodzi na K2, Marysia śledzi losy wyprawy dzień po dniu i przeżywa bardzie j niż koncerty idoli muzycznych. Ważne jest też, że tam, w górach, wytwarza się między nami szczególna więź. To jest nauka prawdziwego partnerstwa, bo my się naprawdę związujemy liną.

Często rodzice, którzy intensywnie pracują, starają się wynagrodzić dzieciom swoją nieobecność. Nie chodzi tylko o to, że obsypują je prezentami, choć to też, ale o taką nadzwyczajną atencję. Potrafisz jej odmawiać?

- Gdy wracam z krańca świata, nie robię z tego szczególnego święta. Nigdy nie zasypywałam jej upominkami, nawet kiedyś ją zapytałam, co jej przywieźć w prezencie, odpowiedziała, że chciałaby, żebym przywiozła jej siebie i magnes na lodówkę. Bo zbieramy magnesy. Staram się, żeby było normalnie. Wysiadam z samolotu, jadę odebrać ją ze szkoły, jakbym wróciła ze zwykłej pracy.

Twoja córka nadal lubi różowe ubranka?

- Już nie. (śmiech) Bardzo chciałam się przekonać, czy ten okres niebieski, różowy jest konieczny w rozwoju i próbowałam się wyrwać ze schematów, w jakich wychowujemy nasze dzieci. My, matki, mamy jednak silne uwarunkowania kulturowe, które projektujemy na nasze dzieci - obserwuję to też na "krańcach świata". Kiedy zaczął się okres różowy w jej życiu, byłam zaskoczona i chyba jednak rozczarowana. Chociaż to rozumiałam. W tym czasie wszystkie jej koleżanki były ubrane na różowo, więc ona też tak chciała. Pamiętam, że pewnego dnia wróciła z przedszkola zdegustowana, spojrzała na swoje spodnie bojówki i bluzę moro i powiedziała: "Mamo, dziewczynki tak się nie ubierają". Odpowiedziałam: "Jak to nie?", i pokazałam swoje spodnie bojówki. Na to Marysia: "No właśnie, mamy też się tak nie ubierają!". (śmiech)

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama