Przejdź na stronę główną Interia.pl

Martyna Wojciechowska: Bez strachu nie ma odwagi

Zamiast lalek i koleżanek wolała jazdę motorynką i towarzystwo kolegów. Już jako dziecko uwielbiała zapach smaru, a wolny czas spędzała w garażu regulując gaźniki. Z przymrużeniem oka mówi o sobie, że miała urodzić się chłopcem, ale najwidoczniej matce naturze coś nie wyszło. Martyna Wojciechowska - po bardzo trudnym dla niej minionym roku - jest święcie przekonana, że ten obecny będzie najlepszym w jej życiu.

Łukasz Piątek, Styl.pl: Zanim przejdę do pytań, które przygotowałem, chciałem cię zapytać o tę stojącą przy twoim biurku walizkę. Często z niej korzystasz?

Reklama

Martyna Wojciechowska: - To moja zapasowa walizka wykorzystywana raczej do przewożenia różnych rzeczy tutaj na miejscu. Natomiast walizka, która towarzyszy mi na wszystkich krańcach świata - już taka kultowa i mocno wysłużona - jest bardzo często przeze mnie eksploatowana. Do tego stopnia, że czasami w ogóle jej nie rozpakowuję. Wyjmuję tylko rzeczy, które mam do uprania i pakuję je z powrotem, ale cała baza zostaje.

Baza?

- Przeróżne rzeczy, które są niezbędne na krańcu świata. Rozpiętość jest ogromna - od noża, zapasów jedzenia, przez moskitiery - na przenośnym prysznicu kończąc. Wszystko jest zminimalizowane, żeby było jak najlżejsze. Swoją drogą, muszę coś jeszcze dodać, bo wiele osób się zaśmiewa, dlaczego podróżuję z walizki, a nie z plecakiem. Otóż jest to wypracowana technika. Plecaki bardziej są poniewierane i łatwiej się gubią, bo zaczepiają się o różne rzeczy. Cała nasza ekipa ma wielkie, czerwone walizki, które łatwo można rozpoznać. I co ważne - nie giną! Nazywamy je "red monster".

Często dostajesz propozycje udziału w reklamie od jakiegoś biura podróży, ewentualnie producenta walizek?

- No właśnie nie! A przecież siłą rzeczy byłabym świetną testerką. Może twoje pytanie otworzy komuś oczy. (śmiech)

Cofnijmy się trochę w czasie. Na podwórku więcej czasu spędzałaś z chłopakami czy z dziewczynami?

- Zdecydowanie z chłopakami. I nie dlatego, że podkochiwałam się w nich. W ogóle, jako dziecko przez długi czas miałam takie wrażenie, że powinnam być chłopakiem. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego matka natura się pomyliła. Nie miało to nic wspólnego z tożsamością płciową, bo pewnie ten wątek mógłby otworzyć wielkie pole do interpretacji. Otóż nie. Chłopcy z podwórka podkochiwali się we mnie, a ja to niecnie wykorzystywałam do swoich celów - na przykład, żeby być Jankiem z "Czterech Pancernych" a nie Marusią. Nie miałam problemów, żeby w roli Marusi obsadzić kolegę.

- Przez długi czas jako dziewczyna buntowałam się przeciwko istniejącemu stanowi rzeczy i podziałowi świata na błękitny i różowy, który niestety wciąż obowiązuje. Wtedy, w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych wysłuchiwałam, co dziewczynka może, co powinna, co wypada jej robić, a co nie. Z każdej strony spotykałam się z tego typu naciskami, pomimo że rodzice, szczególnie mama, wychowywali mnie w systemie "open", dając mi możliwość doświadczania wielu rzeczy i wybierania tego, co interesuje mnie, a nie kogoś innego. Ten mój bunt przejawiał się tym, że chciałam być jak chłopak. Nosiłam krótkie włosy, zamiast sukienek zakładałam spodnie, jeździłam motorynką. Byłam trochę taką łobuziarą. Aczkolwiek zawsze z czerwonym paskiem na świadectwie.

Zastanawiałem się, jaka była mała Martyna Wojciechowska i bliżej mi było do tezy, że zamiast zabawy lalkami z koleżankami wybierałaś przeskakiwanie przez płot z chłopakami i podkradanie jabłek z sadu. Wychodzi na to, że trafiłem. Kiedyś w każdej podwórkowej paczce zawsze była taka jedna "kumpela", którą bardziej ciągnęło do robienia bączków z saletry, gry w kapsle, zabawy finką. Taka byłaś?

- Absolutnie tak. Ja nawet nie miałam lalki Barbie. Jeśli już zadawałam się z dziewczynami, to z tymi, które były z mojej bajki. Łaziłam po drzewach i miałam wiecznie poobijane kolana. Od 10. roku życia jeździłam motorynką i już wtedy powiedziałam, że będę wyścigowym kierowcą motocyklowym. Wszyscy mnie wyśmiali. W środku stanu wojennego była to mocno wywrotowa koncepcja. I to w dodatku koncepcja dziewczyny. Martyna, niemożliwe!

- I to słowo "niemożliwe" towarzyszy mi przez całe moje życie. Im częściej słyszę niemożliwe, tym bardziej wyzwala ono we mnie głębokie przeświadczenie, że niemożliwe nie istnieje. W ogóle się nie zgadzam na takie myślenie i mówienie, że coś może być niemożliwe. A co do kumpeli - tak, byłam tą kumpelą i jestem nią do dziś. A co chyba ważniejsze - potrafię nią być i przychodzi mi to zupełnie naturalnie.

Ten twój bunt czymś później zaowocował?

- Dużo, dużo później, jako dorosła kobieta zrozumiałam, że w zasadzie to do mnie i do innych kobiet należy wypracowanie sobie tej roli i mówienie głośno, że absolutne nie zgadzam się na taki podział. Bo ja naprawdę nie chcę słuchać, co mi wolno, czego nie powinnam. Na szczęście moja córka nie jest tym obarczona. Ona mówi: "Mamo, dlaczego dziewczyna miałaby czegoś nie robić?". Wchodzimy ostatnio do sklepu i mówimy, że chcemy kupić buty zimowe. Pani pyta: "Dla chłopca czy dla dziewczynki". Na to moje dziecko odpowiada: "A jakie to ma znaczenie? Potrzebujemy buty. Byle by były fajne".

Graj razem z nami dla WOŚP! Wesprzyj Orkiestrę na pomagam.interia.pl

- Ja przez długi czas próbując się temu sprzeciwić, uważałam, że jedynym wyjściem będzie "bycie" chłopcem. Później okazało się, że można być dziewczyną, świadomą siebie kobietą, i robić wszystko to, co kiedyś było zarezerwowane wyłącznie dla chłopców.

Powiedziałaś, że pasja do motoryzacji kiełkowała w tobie od najmłodszych lat. A jak było z miłością do podróżowania? Kiedy poczułaś, że jest ci za ciasno i musisz się gdzieś ruszyć?

- Nie mam poczucia, że moja przestrzeń tutaj jest zbyt mała, bo jestem bardzo przywiązana do Polski. Od dziecka miałam dużą ciekawość świata i cały czas ją w sobie pielęgnuję, żeby nie stracić potrzeby eksploracji i doświadczania. Zawsze chciałam poznawać coś, co jest inne. To w dużej mierze wiąże się nie tyle z zainteresowaniem samymi miejscami, co z zainteresowaniem ludźmi. Oczywiście w Polsce otacza mnie wiele fascynujących osób, ale ciekawią mnie też ludzie z innych kręgów kulturowych, którzy mają inne wierzenia, przekonania, zupełnie inne perspektywy niż te nasze. Szczególnie intryguje mnie rola kobiety w świecie.

- Gdybym nie zrobiła 70 odcinków "Kobiety na krańcu świata" i nie poznała tych wszystkich fascynujących kobiet z różnych zakątków naszego globu, to w ogóle moja wiedza o kobietach byłaby dużo uboższa. Nie jeżdżę do miejsc. Jeżdżę do ludzi. Nie potrafię określić, kiedy dokładnie poczułam, że chcę ruszyć w świat. Ta potrzeba poznawania i odkrywania była we mnie od zawsze.

Masz kilkanaście lat i mówisz głośno o swoich "dziwnych" pomysłach i pasjach. Co więcej - jesteś uparta i zdeterminowana, żeby to robić. W takiej sytuacji nie da się chyba uniknąć konfliktu z rodzicami.

- Mój tata od początku wspierał mnie w motoryzacyjnych pasjach, bo sam był kierowcą rajdowym i motocyklowym. Wydaje mi się, że on po cichu trochę chciał, żebym była jego synem - jakkolwiek to dziwnie nie zabrzmi. Mnie to pasowało. Siedziałam z nim w garażu, wymieniałam klocki hamulcowe, regulowałam gaźniki. To był mój raj. Uwielbiałam zapach smaru, a warsztat samochodowy był dla mnie najcudowniejszym miejscem do spędzania czasu. Tata się trochę zagapił, bo kiedy byłam już nastolatką, uznał, że to chyba już najwyższy czas, żebym robocze spodnie zamieniła na sukienkę i wreszcie zaczęła być dziewczyną.

- Problem w tym, że było już za późno. Nie chciałam zawracać z tej drogi. No i chyba do dzisiaj jest to powód do pewnych konfliktów między nami, bo mam wrażenie, że tata cały czas ma ochotę mi powiedzieć: mogłabyś już zacząć być kobietą - w tym tradycyjnym słowa znaczeniu. Ale tak naprawdę myślę, że jest ze mnie dumny i trochę kokietuje. Mama zawsze była osobą niezwykle otwartą i postępową. Do dzisiaj zachodzę w głowę, jak mogła tak spokojnie - może nawet nie godzić się, bo ja często w ogóle nie pytałam o zgodę - ale przyjmować moje pomysły. Nasze relacje zawsze były świetne i nie straciłyśmy bliskiego kontaktu. Mogę to powiedzieć wprost, że mama pozwoliła mi marzyć i te marzenia realizować. Patrząc z perspektywy czasu było to cholernie ważne.

Jesteś synonimem silnej kobiety. Dziś w ogóle jest chyba taki trend, że kobiety - czasami za wszelką cenę - chcą być postrzegane jako silne i niezależne. Bywa i tak, że biorą na siebie chyba zbyt wiele. Czemu to ma służyć?

- Jesteśmy na styku dwóch epok. I to bardzo trudna dla nas wszystkich rola. Wyszliśmy z trwającego bardzo długo, bo w zasadzie przez całą historię ludzkości patriarchatu i próbujemy przejść do matriarchatu. Mężczyźni nie potrafią się odnaleźć w tej nowej roli, kiedy w tak bezpardonowy sposób wtargnęłyśmy w obszary zarezerwowane dotychczas dla nich. Kobiety biorą to, co chcą wziąć, i dobrze, ale trzeba zaznaczyć, że jest to bardzo burzliwy proces.

- Problem w tym, że kobiety czasami w tym "braniu" trochę się zatracają. Gubią to, co jako kobiety je definiuje. Innymi słowy: można być twardą, mocną i silną kobietą, ale to nie musi się przekładać na wszystkie sfery życia. Ja traktuję to jako swoją mocną stronę, bo potrafię być silna i stanowcza, potrafię przewodzić zespołowi, ale jednocześnie w wielu różnych sytuacjach na krańcach świata właśnie te kobiece pierwiastki, których nie zatraciłam, sprawiają, że łatwiej jest mi osiągać kompromis czy wejść w relację z ludźmi, których spotykam. Można powiedzieć, że jesteśmy na etapie ustalania nowych zasad gry. I niestety są ofiary. Bez wątpienia.

Czy tymi ofiarami są mężczyźni, którzy...

- Jak słyszę, że mężczyźni są ofiarami, to od razu podnosi mi się ciśnienie. (śmiech)

Ofiarami matriarchatu w tym sensie, że dziś duża część mężczyzn, zwłaszcza młodych, stylizuje się na silnych drwali, ale nie potrafi posługiwać się młotkiem. Inni zakładają rajtuzy i spędzają czas na pokazach mody. Może to wyrównywanie sił zabiło w nas tę klasyczną męskość?

- Nie generalizowałabym. Choć uważam, że pokolenie mężczyzn, z którym ja mam do czynienia - mówię o moich rówieśnikach - potwornie się rozleniwiło. Wychowywały ich silne kobiety, bo przecież nasze matki fenomenalnie radziły sobie w trudnych czasach. Nikt im wprost nie mówił, że są silne. Nikt im wtedy nie powiedział, że mogą sięgać po materie zarezerwowane "tylko dla mężczyzn". Ich synowie nie czuli żadnej konkurencji w dostępie do rzeczy, które były dla nich oczywiste. Ten scenariusz, że facet wraca z pracy i siada przed telewizorem, a żona pierze i gotuje - umówmy się, że scenariusz trochę archetypiczny - obserwuję na całym świecie. To było uznawane za normę. Teraz próbujemy dojść do równowagi.

- Ze smutkiem obserwuję metroseksualnych mężczyzn, którzy nie posiadają pewnych umiejętności. U mnie w domu z chęcią bym się zamieniła. Gdyby był mężczyzna, który by coś ugotował i zadbał o te typowo domowe rzeczy, to odebrałabym to z radością, bo ja z kolei świetnie sobie radzę z młotkiem i wierceniem dziur. Chcę także powiedzieć, że kobiety mają ogromny wpływ na historię ludzkości właśnie dlatego, że to kobiety w największym stopniu wpływają na wychowanie dzieci i kształtowanie ich charakterów. Rzeczywiście wyręczając w czymś swoich synów, nie pociągając ich do odpowiedzialności, nie ucząc pewnych rzeczy u podstaw sprawiamy, że to pokolenie mężczyzn, którzy za chwilę dojdą do głosu, będzie pokoleniem kompletnie niezaradnych facetów, których z kolei kolejne pokolenie kobiet może zupełnie zdominować. Żeby było jasne: to nie byłoby zdrowe.

Często trafiasz na mężczyzn, którzy chcąc ci zaimponować i siłą rzeczy popisują się? Bo tobie chyba ciężko jest zaimponować?

- Nie rozumiem, dlaczego ktoś wchodzi w ogóle w taką rolę. To jest typowo męska cecha. Wśród kobiet tego nie widzę. Ale to bardziej wasz problem, niż problem kobiet. Nie oczekuję od nikogo, że będzie mi coś udowadniał. Czasami ktoś mi oferuje zwykłe podwiezienie np. z pracy do centrum. Wsiadam do auta i słyszę: "Ojej, jak ja mam cię wieźć, skoro ty przejechałaś Rajd Dakar?!". A przecież to ma być wyłącznie zwykła, miła przejażdżka. Oczywiście te próby zaimponowania mi bywają czasami zabawne i urocze. Niekiedy prowadzi to również do niebezpiecznych sytuacji.

- Zdarzyło mi się kilkakrotnie, że mężczyźni - podkreślmy, że byli to mistrzowie w swoich dziedzinach - chcąc mi zaimponować albo chcąc pokazać wyższość faceta nad kobietą, doprowadzali do sytuacji, kiedy lądowaliśmy w rowie. Dlatego zdecydowanie wolę unikać takich momentów, kiedy mężczyzna ma mi się na siłę popisywać. Co innego, kiedy mężczyzna chce się wykazać w naturalny dla siebie i otoczenia sposób. To akurat przyjmuję z radością.

Jak można wykazać się przed tobą?

- Nie jestem wymagająca. Wystarczy być miłym i szarmanckim. Jestem kobietą, która wie, czego chce od życia. To, że posiadam na swoim koncie osiągnięcia, nie oznacza, że mam potrzebę rezygnowania z pewnych elementów funkcjonowania kobiet i mężczyzn. Wciąż wychodzę z założenia, że otwieranie kobiecie drzwi jest miłe i grzeczne. W tego typu sytuacjach niekoniecznie potrzebuję równouprawnienia.

Dowiedz się więcej na temat: Martyna Wojciechowska

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje