Przejdź na stronę główną Interia.pl

Marta Manowska: Kto nie ryzykuje...

Myślała, że nic jej nie zaskoczy. Marta Manowska była już aktorką, uczyła windsurfingu, prowadziła jazdy próbne... No ale program o rolnikach, którzy szukają żony?! Szybko okazało się, że ogląda go prawie pięć milionów ludzi, a wrażliwa, empatyczna blondynka z dnia na dzień poczuła, czym jest popularność. Przy okazji poznała trochę życia, bo jak mówi, na wsi miłość jest szczersza, praca cięższa, a zasady trwalsze. I jej taki świat odpowiada.

Skąd się wzięłaś, dziewczyno?

Reklama

Marta Manowska: - Ze Śląska. Dwadzieścia cztery lata mieszkałam w Katowicach. W trzypiętrowym bloku, którego okna wychodziły na podwórko z trzepakiem i na kominy w oddali. Kiedy wyjechałam, kominów brakowało mi najbardziej. W Warszawie znalazłam mieszkanie w okolicy Augustówki, gdzie mam w pobliżu elektrownię. Są kominy. Mieszkam tu już sześć lat. Ale za Śląskiem tęsknię. Ilekroć mijam tablicę "Katowice", krzyczę w samochodzie z radości.

Jak trafiłaś do "Rolnika"?

- Po studiach dziennikarskich i próbie zostania aktorką przyjechałam do Warszawy. Dostałam pracę przy produkcji Bitwy na głosy, a później Ugotowanych. Prowadziłam castingi. Pewnego dnia po południu zadzwonił telefon. Jutro są zdjęcia próbne, może chciałabym spróbować sił jako prowadząca w nowym programie. Ja? Jak niby mam przygotować się przez jedną noc? Ale byłam w dobrym nastroju, wróciłam z podróży po Tajlandii. Postanowiłam zaryzykować. Rano weszłam do sali nieumalowana. Przyszedł charakteryzator i powiedział: O Boże, jakie cudne oczęta! I tym mnie rozpuścił. Musiałam m.in. przeprowadzić rozmowy ze statystami - rolnikiem i kandydatką na jego dziewczynę. Tak byłam zaangażowana, że nawet łza mi popłynęła... No i to ja zostałam wybrana.

Wygrałaś z dużą konkurencją. Co pomogło? Byłaś przecież - nie obraź się - znikąd.

- Tak. To był czas, kiedy czułam się rozdarta pomiędzy pracą dla telewizji i teatrem, w którym też próbowałam sił. Nic nie składało się w całość. Czasem wsiadałam nocą do auta, jeździłam pustymi ulicami i zastanawiałam się: co ja tu robię, do czego to prowadzi? Wygranie castingu było odpowiedzią. Okazało się, że przydały się moje różne doświadczenia. A przede wszystkim umiejętność rozmowy z ludźmi. Od dziecka miałam tak, że ludzie się przede mną otwierali. Na dworcu, u lekarza, w taksówce. Opowiadają mi swoje historie.

Powiedziałaś o aktorstwie. To był pomysł na życie?

- Aktorkami teatralnymi były babcia i siostra taty. Mnie ciągnęło wszystko - architektura, anglistyka, dziennikarstwo, aktorstwo. Wybrałam dziennikarstwo, ale pod koniec studiów wyjechałam na wymianę studencką do Hiszpanii. Uczyłam się, chodziłam do kina. Nigdy w życiu nie obejrzałam tylu filmów co tam. Podróżowałam, imprezowałam, poznałam masę ludzi. Napisałam scenariusz filmu, byłam instruktorem w szkole windsurfingu. Miałam wrażenie, że uwolniłam się od ograniczeń, i czułam, czego chcę naprawdę. Postanowiłam, że po powrocie zostanę aktorką. Niemal z dnia na dzień zostawiłam wszystko. Prawie na rok wyjechałam do Krakowa. Zapisałam się na warsztaty w PWST, miałam zajęcia w Starym Teatrze. Ale do szkoły ostatecznie się nie dostałam.

Odpuściłaś?

- Nie. Zapisałam się do szkoły aktorskiej Machulskich. 12 listopada 2009 roku przyjechałam do Warszawy i zamieszkałam w pokoju, który właściwie był spiżarką za kuchnią. Mieściło się w nim tylko łóżko. Dykcję ćwiczyłam w samochodzie, żeby nie przeszkadzać innym lokatorom. W szkole mi się nie podobało, ale udało mi się trafić do Teatru Imka i Teatru WARSawy, zagrałam w dwóch spektaklach. A potem zdarzył się casting.

Nie bałaś się, że przerośnie cię zadanie poprowadzenia programu o wsi? To nie twoja bajka, inne środowisko.

- Nie bałam się. Na wsi bywałam często jako dziecko. Na takiej, gdzie w gospodarstwie był wychodek i pies na łańcuchu. Chodziłam kopać ziemniaki, wiązać snopki. Zastanawiałam się tylko, czy program odda prawdę o tych ludziach. Czy oni będą autentyczni. Ale już pierwsze spotkanie z ekipą dało mi pewność, że zrobimy wszystko, aby pokazać bohaterów takimi, jacy są. Choć były głosy, że może powinniśmy przebrać ich w lepsze ubrania, wyczyścić brud za paznokciami. Pytanie: po co?

Chcesz powiedzieć, że nie ma żadnego koloryzowania, stylizacji?

- Bohaterowie ubierają się sami. Nawet ich nie malujemy. Jeżeli któraś dziewczyna maluje sobie ciemne cienie, to jest to jej znak charakterystyczny, więc nie ingerujemy. W domu, gdzie trwają nagrania, likwidujemy jedynie rzeczy, które nie mogą pojawić się w telewizji, np. alkohol stojący czasem w widocznym miejscu. Zasłaniamy logo na sprzęcie elektronicznym, marki na ciągnikach i samochodach. Nic więcej. Jedyne poważne obostrzenie jest takie, że w programie nie pokazujemy dzieci. Taka jest zasada.

We wsi jest święto, gdy zjawia się ekipa z telewizji?

- Tak, wszyscy tym żyją. Stoją przed domami i machają, podglądają i zastanawiają się, co się dzieje. Jeden z uczestników opowiadał, że kiedy program się rozkręcił, lokalni dziennikarze wisieli na dachu jego sąsiadów, żeby zrobić mu zdjęcie. Na wsi u innego przesunięto porę różańca odmawianego przy kapliczce, bo kolidowała z godziną emisji programu.

Zastanawiam się, jak ludzie na wsi przyjmują fakt, że w ich sąsiedztwie odbywa się swojego rodzaju "konkurs" na żonę? To przecież jednak konserwatywni ludzie...

- Zastanawiałam się nad tym. Pytałam rodziny uczestników: jak na tradycyjnej wsi przejdzie to, że pod jednym dachem mieszkają u was trzy dziewczyny? Odpowiadali: a cóż w tym zdrożnego? Przecież my tu jesteśmy, opiekujemy się, czuwamy.

Jednak profesor Magdalena Środa skrytykowała, że "Rolnik..." jest seksistowski - kobiety są poddawane ocenie, mężczyźni przebierają jak w ulęgałkach. Czy to dlatego, żeby złagodzić takie głosy, w drugiej edycji wśród wybierających pojawiła się rolniczka Ania?

- Nie, to się wzięło z życiowej potrzeby. Napisały do nas kobiety, które chciały poszukać drugiej połówki. Postanowiliśmy za tym pójść. A co do uwag profesor - nie mam pewności, czy to naprawdę dziewczyny wystawiają się na ocenę. Przecież to mężczyźni wykonują pierwszy krok, w pilotowym odcinku pozwalają na porównywanie ich z konkurentami. Od żadnej z uczestniczek nie usłyszałam, że czuje się niekomfortowo. Nawet w przypadku kandydatek dla Grzegorza z drugiej edycji, który był zdecydowany właściwie od początku. Zaproponował, że szybciej odeśle do domu pozostałe dziewczyny, tak będzie uczciwie. To jest mądrość uczestników, zdajemy się na nią. A poza tym na planie mamy psychologa.

Przydaje się?

- Podczas zdjęć są prawdziwe emocje, więc tak. W zeszłej edycji dziewczyna, która odpadła na początkowym etapie, zrozpaczona uciekła do lasu. Psycholog okazał się niezbędny. Rodzice wysłali ją z przykazaniem: bez Adama masz nie wracać. Od początku czuła presję, nie umiała pogodzić się z porażką. Psycholog jest potrzebny; zanim zaczną się zdjęcia, rozmawia z potencjalnymi uczestnikami. Chce się zorientować, czy są to osoby gotowe na związek, małżeństwo. Choć wszystkiego przewidzieć się nie da. Kiedyś przyjechała sympatyczna dziewczyna. Nie wytrzymała napięcia. Rozsypała się na samym początku. Płakała, że nie ma pracy, środków do życia, liczy, że program coś zmieni. Z takich sytuacji pomaga wybrnąć specjalista.

Ty sama też musisz być dobrym psychologiem?

- Tak. Niektórzy bohaterowie mają wątpliwości. Wybory, przed którymi stają, nie zawsze są dla nich proste i oczywiste. Staram się z nimi być. Jeden z chłopaków tego samego dnia musiał pójść na randki z dwiema dziewczynami. Twierdził, że to niezgodne z jego zasadami. Długo o tym rozmawialiśmy, musiałam mu wytłumaczyć, że telewizja ma ograniczenia techniczne. Ale też rozumiałam zahamowania. Każdy przeżywa po swojemu. Na przykład dwaj kandydaci do ręki Ani, rolniczki, byli o siebie bardzo zazdrośni. Samo życie.

Dziewczyny też bywają zazdrosne, "podgryzają się" poza planem?

- Oczywiście. Przed kamerą mówią, że nie rywalizują, a ja staram się im pokazać, że czasem jest odwrotnie.

W "Rolniku" pojawiają się także starsi bohaterowie, np. Eugeniusz i jego trzy kandydatki. Co ich skłania do udziału?

- Myślę, że panie przyjechały z poważnym zamiarem, gotowe na zmianę swojego stanu cywilnego. Bardzo lubiłam z nimi rozmawiać. Padały zdania: "Miłość jest zupełnie inna, gdy ma się piętnaście, trzydzieści i siedemdziesiąt lat. Ale w każdym wieku trzeba jej szukać". Wiem, że ze względu na ich doświadczenie nie są to puste słowa.

Ale doświadczenia przed kamerami chyba nie mają? Lubimy je, bo są autentyczne?

- Możliwe. One są świadome siebie, nie czują zahamowań, mają dystans. Czasem chyba jeszcze większy niż młode dziewczyny. Jedna z nich poszła strzyc owce w... szpilkach. Kiedy pytaliśmy, dlaczego wciąż się przebiera, mówiła: "Moje rzeczy muszą się przewietrzyć, pooddychać". Przychodziła na śniadanie z wielkim dekoltem i miała w nosie, że ktoś może ją skrytykować. "Zastanowię się", odpowiadała z dystansem na pytania. A tak na serio bardzo mnie przekonywało podejście dojrzałych kobiet, że życie można zmienić w każdym momencie. Kiedy zdawałam do szkoły teatralnej, miałam 25 lat. Było mi trudno przyznać się do wieku przed komisją, bo obok stali 18- i 19-latkowie. Ale uważałam, że warto próbować. Zawsze warto.

Warto na przykład szukać męża po sześćdziesiątce. Część widzów spodziewała się pewnie, że w finale zobaczy pięć wesel. Dlaczego ich nie było?

- Faktycznie. Odezwały się głosy: No jak to, program powinien skończyć się ślubami, przecież w tytule mówimy o żonie. A tu media zaczęły pisać, że ktoś kogoś zostawił, oszukał, wykorzystał. Tak się stało z Adamem i Anią z pierwszej części. Ale przecież tak jest w życiu. Gdybyśmy chcieli zrobić sztuczne reality show, dobralibyśmy na castingu pięć par, które dawałyby największą szansę, żeby skojarzyć je na koniec. W Rolniku... chodzi o opowiedzenie i pokazanie prawdziwej historii. Czasem jest pięknie, a czasem smutno.

Albo wesoło. Co pamiętasz "na śmiesznie"?

- Na przykład kiedy Stasiowi nagle skończyło się paliwo w ciągniku. Stanął na środku pola, a wszystkie kandydatki śmiały się: co za rolnik, któremu paliwa zabrakło? Leciał więc z kanistrem przez pole. To było zabawne, zupełnie niewyreżyserowane. Można powiedzieć, że częściowo scenariusz pisało życie.

A ty, jako gospodyni programu, musiałaś nadążyć. Zdarzały ci się chwile zwątpienia, momenty kryzysowe?

- Tak. Miałam taki w ostatniej edycji. Na pięć dni zostawiłam bohaterów w ich domach. Jeden był wyjątkowo spokojny, miałam wrażenie, że już wie, kogo wybierze. Były dwie poważne kandydatki: dziewczyna z racjonalnym podejściem do związku i druga, namiętna, otwarta. Ewidentnie poczuł chemię do tej drugiej, ale można było wyczuć, że ona nie zostawi dla niego miasta. Wróciłam i zobaczyłam człowieka zdruzgotanego. Wiedziałam, że ten chłopak się szarpie: czy stać mnie na odważne decyzje, czy potrafię myśleć racjonalnie? Całą drogę do Warszawy zadawałam sobie pytanie: wybrał dobrze czy powinnam była ingerować? Na szczęście życie pokazało, że chłopak podjął właściwą decyzję i poradził sobie psychicznie.

A ty w ogóle możesz ingerować? Przecież radząc, bierzesz na siebie odpowiedzialność.

- Staram się nie radzić. Po prostu zadaję jak najwięcej pytań. Uważam, że nikt nie ma prawa dawać rad. Przecież nasze własne doświadczenia są niewystarczające. Nie podejmę się radzić w telewizji śniadaniowej, jakie są sposoby na złamane serce, bo nie wiem.

Program to także wzruszenia. Pozwalasz sobie na łzy przed kamerą?

- Nie chcę nimi epatować, ale kilka razy popłynęły. Raz, kiedy jeden z rolników czytał wzruszający list od samotnej matki, która tęskni za miłością. I niedawno, gdy Grzegorz zapytał swoją wybrankę, czy ona chce... gościć go u siebie w domu. Tak jakby pytał: czy zostaniesz moją żoną? Odpowiedziała "tak", to było jak wyznanie miłości. Byłam świadkiem czegoś wyjątkowego. Siedziałam tuż obok. No i się rozkleiłam.

Poznałaś dobrze mężczyzn żyjących na wsi. Powiedz, jacy oni są?

- Różni. W programie byli i zamożniejsi, i mniej zamożni. Bardziej i mniej otwarci. Mieliśmy kandydata, który żyje w kompletnej dziczy. I innego, który ma ogromne, nowoczesne gospodarstwo. Różnią się tak, jak mężczyźni z miasta. I na pewno w niczym od nich nie odstają. Jeden zabrał dziewczynę na randkę w Kielcach. "Prawie jak w Paryżu", zażartowała. A on odpowiedział: "Paryż będzie następny". Oni nie mieszczą się w stereotypie "chłopa" w kaloszach, z widłami. Grzegorz, siedząc w saunie, powiedział: "Czuję się jak w ciągniku, w którym nie ma klimy". Błyskotliwe, prawda? Sądzę, że rolnicy mogą być mądrzejsi niż miejscy faceci, którzy bezustannie biegną z kawą w papierowym kubku i telefonem przy uchu. Rolnicy w pracy przeważnie są sami, mają więcej czasu na przemyślenia.

Któryś spodobał ci się szczególnie?

- Żadnym się nie zauroczyłam i nikt nie zauroczył się mną, jeśli o to pytasz. Ale wierz mi, wśród bohaterów są kandydaci na męża i ojca. Ci faceci mają dobrze ustawione priorytety: najważniejsza jest moja rodzina, o którą chcę dbać. Mówią spokojnie: jestem gotowy na długi związek, nawet do końca życia.

Czyli na wsi przechowały się tradycyjne wartości?

- Zdecydowanie. Wielopokoleniowość, szacunek, uważność na innych. Syn pracuje z ojcem, a potem najczęściej dziedziczy jego gospodarstwo. W mieście jest inaczej. Przychodzi moment, kiedy już głupio żyć pod jednym dachem z rodzicami. Wyprowadzamy się, bo uważamy, że to oznacza niezależność, choć długo jeszcze korzystamy z pomocy finansowej rodziców. Ja zamieszkałam sama, kiedy miałam 21 lat. A oni tam, na wsi, są samodzielni, chociaż obiad podaje im mama. Za to pracują na utrzymanie rodziny.

Masz kontakt z bohaterami po programie?

- Cały czas do siebie piszemy, dzwonimy. Moje warszawskie imprezy to często spotkania z ludźmi z produkcji "Rolnika". Czasem widuję się z bohaterami zakończonej edycji, przekazuję im listy, które wciąż przychodzą.

Odcinki finałowe ogląda blisko pięć milionów widzów. Co siódmy Polak powinien rozpoznawać cię na ulicy. Jak znosisz nagłą popularność?

- Bez przesady, nie jestem gwiazdą. Ludzie mnie rozpoznają, ale przede wszystkim poza Warszawą. Tutaj - czasem. W pralni, gdy oddaję płaszcz, w rejestracji u lekarza. "Pani wygląda tak samo jak ta dziewczyna z telewizji!", mówi pielęgniarka. "Bo to jest ona!", rozpoznaje druga. I się zaczyna. Wszystkie wiedzą wszystko o programie. Chcą wyrazić opinie, mają sto pytań. Kiedyś podczas zdjęć w Hajnówce poszliśmy z kolegą na obchód "szmateksów". "Boże, to pani!", wykrzyknęła sprzedawczyni.

- Przybiegła druga: - "A ten Adam to łobuz! - Łobuz?". Jedna go broniła, druga atakowała, trzecia się zdziwiła: - "O czym wy gadacie? - To nie wiesz?", spojrzały, jakby była z kosmosu. Myślę, że ludzie mnie lubią, ponieważ lubią program. A co do popularności - najbardziej mnie cieszy, że dzięki niej mogę pomagać innym. W październiku wzięłam udział w Biegu dla Stasia, chłopca walczącego z rdzeniowym zanikiem mięśni. A niedawno spotkałam się z dzieciakami w szkole integracyjnej. Miałam spędzić z nimi jedną lekcję, a zostałam trzy godziny. Świetnie nam się gadało, na przykład o tym, jak ważne jest pomaganie. Przy okazji dowiedziałam się, o czym marzą dzisiejsze dzieciaki. Ty wiesz? One chcą zostać... jutuberami!

Wkrótce trzecia edycja i twój kolejny kontrakt. Na co wydajesz pieniądze?

- Po pierwsze je szanuję. Zawsze pomagali mi rodzice: ubierali, kształcili, dawali na książki, nie chciałam więc brać od nich na piwo czy papierosy. Stale dorabiałam, żeby mieć swoje pieniądze. W liceum roznosiłam ulotki, pracowałam w salonach samochodowych, prowadziłam jazdy próbne. Na studiach dawałam korepetycje z angielskiego. Dziś nie wydaję na lewo i prawo. Patrzysz na moją markową torbę? To wyjątek. Kupiłam ją sobie w nagrodę za drugiego "Rolnika". Zdecydowanie wolę wydawać na podróże po świecie. Wkrótce wybiorę się chyba na samotną wyprawę do Chin.

Potrzebujesz wyhamowania?

- Raz na jakiś czas - tak. Byłam buntowniczką i byłam czarno-biała. Teraz coraz bardziej lubię szarości. Świeczki zaczęłam zapalać, tak mi się robi z wiekiem. Marzę o domku w ustronnym miejscu. Rano otulona kocem siadam na ławce z kubkiem kawy, czytam. Gdyby obok była druga osoba - super.

A w zasadzie jak to jest? Swatasz innych, a sama nie masz obrączki. Może następny ważny krok to twój własny ślub?

- Chciałabym. Jestem na to gotowa. Dla mnie najważniejsze wartości w życiu to rodzina, miłość, wiara. To mam wdrukowane. Moja babcia i dziadek żyją razem pięćdziesiąt kilka lat. Patrzę na nich i wierzę w miłość. Uważam, że tyle żyjemy, ile kochamy.

Agnieszka Litorowicz - Siegert

Twój Styl 1/2016

Dowiedz się więcej na temat: Marta Manowska

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama