Przejdź na stronę główną Interia.pl

Maria Czubaszek: Nawet niepalący żyją tylko do śmierci

12 maja 2016 roku w wieku 76 lat zmarła Maria Czubaszek - pisarka i satyryk, autorka tekstów piosenek, felietonistka i dziennikarka. Przypominamy wywiad z Marią Czubaszek przeprowadzony w styczniu 2015 roku przez dziennikarkę Styl.pl Annę Piątkowską.

Najchętniej byłaby bogatą staruszką, która pali papierosy i gra w pokera, ale - jak mówi - jest tylko staruszką więc musi pracować. Dlatego my wciąż mamy się z czego śmiać. Bywa też kontrowersyjna i do bólu szczera. Maria Czubaszek.

Reklama

Anna Piątkowska, Styl.pl: Jakiego pytania dziennikarze jeszcze pani nie zadali?

Maria Czubaszek: - Czy naprawdę chcę szybko umrzeć. Nie pytają mnie o to, a to jest prawda. Ja nigdy się kurczowo nie trzymałam życia. Uważam, że śmierć jest czymś naturalnym, jest częścią życia, a wszyscy się jej boją. Najbardziej wierzący - to mnie dziwi, że to ci ludzie, którzy wierzą, że po śmierci pan Bóg do nich rękę wyciągnie. Mój mąż się panicznie boi śmierci, a ja nie. Długo już żyłam. Tego pytania na pewno by mi pani nie zadała.

- I drugie pytanie, na które odważyła się tylko pięcioletnia dziewczynka - czy byłam kiedyś młoda i ładna. Bardzo mi się to spodobało, bo żaden dziennikarz nie miałby odwagi zapytać mnie o to, myśląc, że ja się obrażę, a ja mam ogromny dystans do siebie. Dziennikarze natomiast zawsze pytają, czy pamiętam, jak zaczynałam - nie pamiętam, jestem stara - i czy lubię to, co robię - nie lubię. W ogóle nie lubię pracować, chciałabym siedzieć, grać w pokera i palić papierosy. I być bogatą staruszką, a jestem tylko staruszką więc muszę pracować.

Pani profil na Facebooku ma kilkadziesiąt tysięcy polubień, jest festiwal Marii Czubaszek, zapraszają panią do telewizji, pani książki sprzedają się na pniu. Czuje się pani sławna?

- Ależ skąd! Ja myślę, że to dlatego, że obowiązuje kult młodości i ja jestem taką ciekawostką. Stefania Grodzieńska, z którą się przyjaźniłyśmy i była ciut ode mnie starsza, kiedy żyła, to ją wszędzie zapraszali. To jest takie last minute - jeszcze dzisiaj żyję, ale jutro może mnie szlag trafić. Poza tym wszyscy wokół są młodzi i pełni zapału, ja nie jestem młoda, jestem pesymistką, uważam, że świat zmierza do katastrofy, tak jak mówi mój ukochany Woody Allen. Życie jest jak nogi - krótkie czy długie, zawsze do d...y.

Kokietuje pani.

- Wyczuwam, że mnóstwo ludzi, zwłaszcza dziennikarzy, nie wierzy w to, co mówię, ale po co ja miałabym kłamać? Jak się jest w tym wieku, to się nie dba już o wizerunek. Starość to jest taki okres, kiedy człowiek już nic nie musi. Więc ja nie muszę zmyślać, żeby się przypodobać, mnie już na tym nie zależy. Kto mnie lubi, to mnie lubi, kto nie lubi, ten nie lubi. Mam dowody i jednego, i drugiego, ale się tym nie przejmuję. Nawet teraz, jak wysiadałam z taksówki jakaś pani powiedziała, że mnie szalenie lubi, ale jak ludzie są dobrze wychowani, to na ogół tak mówią. Nigdy mi to w głowie nie przewróciło, że tyle osób mnie lubi.

- Ale nie peszy mnie też i nie martwi to, że tylu ludzi za mną nie przepada. Wierzę, że sukces się mierzy ilością wrogów, więc ja odniosłam połowiczny sukces, bo jest - podejrzewam - tyle samo osób, które mnie lubią i tych, które mnie nie lubią. Podejrzewam też, że ci, którzy mnie nie lubią, a czasami wręcz nienawidzą, o czym czasem mówią, np. na ulicy, są szczerzy w swoim uczuciu.

- A że ludzie chcą się ze mną spotykać? Z tymi, co jeżdżą po Polsce i pokazują garnki też się chcą spotykać, czy to świadczy o sławie? Czasami przychodzą pewnie po to, żeby zobaczyć, czy w rzeczywistości wyglądam gorzej niż w telewizji. Stefania Grodzieńska kiedyś do mnie zadzwoniła mówiąc, że ma być jakiś program o wojnie rosyjsko-japońskiej i ją zaprosili, bo pewnie myślą, że jak ma tyle lat, to żyła w czasie tej wojny. Bo jak ktoś jest stary, to wiadomo, że pamięta, ja np. na pewno brałam udział w bitwie pod Grunwaldem. Dla młodych to normalne.

Nie czyta pani komentarzy na swój temat w internecie?

- Komputer to dla mnie maszyna do pisania. Oprócz tego, że piszę, odbieram jeszcze pocztę i guglam, jak czegoś nie wiem.

A blog? Sama go pani pisała?

- Bloga tak, z musu, dla pieniędzy. Zawsze mówię, że nie lubię pisać, nie lubię pracować. Na spotkaniach mnie pytają, dlaczego więc piszę bloga - bo miałam umowę za pieniądze i musiałam! Nie dlatego, że lubiłam. To była moja praca. Zawsze podkreślam, że ja nie żyję po to, żeby pisać, ale piszę po to, żeby żyć. Trzeba zarabiać, bo my z Karolakiem nie mamy żadnych oszczędności i mimo tego starczego wieku musimy dalej pracować.

Przeczytam więc pani komentarz z Facebooka, z pani profilu: "Kocham ją za jej cięty język, za bezpośredniość. Za to, że nie ukrywa swoich poglądów, przede wszystkim za klasę i dyplomację. Potrafi powiedzieć człowiekowi sp...j w taki sposób, że poczuje podniecenie na myśl o zbliżającej się podróży".

- To na pewno komplement, choć nie wiem czy zasłużony. Czasem znajomi mi czytają też to, co piszą hejterzy. Podobno jestem tak stara, że wiszę Mojżeszowi pięć złotych, albo że jestem tak zajebista, że tylko Frankenstein by na mnie poleciał. Szalenie mnie to rozśmieszyło. Albo że jestem takim czubem, że nawet w nazwisku to mam - ale nazwisko jest po moim pierwszym mężu, więc nie biorę za to odpowiedzialności.

- Byłam kiedyś w programie z jakimś młodym chłopakiem, który był bliski załamania z powodu tego, co o nim pisali w internecie. Poradziłam mu, żeby się nie przejmował, ale to łatwo się mówi, on pewnie był wrażliwy, a ja nie jestem wrażliwa. No i ja nie mam czasu, żeby to czytać i niespecjalnie też mnie to interesuje. Nie rozumiem też, jak ktoś może chcieć to wszystko za darmo pisać. Ja piszę tylko, jak mi płacą.

A to, że pani powiedzenia: "Serwus, jestem nerwus", "wyszłam za mąż, zaraz wracam" czy "dziewczyny na ścianę i na życie" i wiele innych -  trafiły do języka potocznego, daje pani satysfakcję?

- Nie mam żadnej satysfakcji! Przysięgam, że ja nawet nie czytam tego, co piszę.

Nie podoba się pani to, co pani napisała?

- Nie cierpię tego! To są same głupoty! Wystarczy, że to piszę, to po co mam jeszcze czytać? Nie jestem też zbytnio przywiązana do tego, co piszę. To jak szewc, który zrobi buty, sprzeda je i przecież nie chodzi sprawdzać, jak one wyglądają. Zaistniałam jako autorka  w radiowej Trójce, ciągle to podkreślam, nie dlatego, że tak świetnie pisałam, ale dlatego, że zmusił mnie Jurek Dobrowolski. Nie chciałam pisać żadnych głupot, chciałam być poważną dziennikarką.

- Trudno w to uwierzyć, ale kiedyś i ja byłam gdzieś najmłodsza, właśnie wtedy w Trójce, taka przynieś-podaj-pozamiataj. On robił taki kabarecik - świetni autorzy i aktorzy - i zmusił mnie do pisania, a ja nie jestem osobą asertywną, więc w końcu napisałam.  Dobrowolski wziął do tego świetnych aktorów: Irenę Kwiatkowską, Wojciecha Pokorę i sam też wziął w tym udział i dzięki temu to się zaczęło ludziom podobać. Nie dlatego, że ja to tak świetnie pisałam, ale dlatego, że oni to tak świetnie interpretowali. Jestem pewna - to może jedyny plus tego, że jestem tak stara - że gdybym teraz była młodą osobą, która zaczyna i gdyby jakiś reżyser mnie zmusił i wziął do moich słuchowisk Kasię Cichopek czy braci Mroczek, to ja bym nigdy nie zaistniała!

Są też inni aktorzy.

- Tak, ale teraz jest wyraźny podział na aktorów od głupot i dobrych aktorów. Ci dobrzy są szalenie zajęci.

Czy czuje się pani osobą kontrowersyjną?

- Nie czuję się kontrowersyjna, bo uważam, że każdy ma prawo mówić to, co myśli i ma prawo do swoich poglądów. Jeśli ktoś ma inne zdanie niż ja, to ja go wysłucham i mogę się nie zgadzać, ale nie mam ochoty go zatłuc dlatego, że myśli inaczej niż ja. Jeżeli ja powiem coś nie po myśli mojego rozmówcy, czy tych, którzy słuchają tej rozmowy, to zaraz jestem kontrowersyjna. Kontrowersyjny to jest dla mnie doktor Chazan.

- Ja niby jestem kontrowersyjna, bo powiedziałam o aborcji. Drażni mnie troszeczkę, że niektórzy chcieliby, żebym myślała tak jak oni albo żebym przynajmniej nic nie mówiła. Mówię to, co myślę - to jest zaleta mojego wieku starczego, chociaż słyszałam w radiu, jak pani psycholog - również silnie dorosła - tłumaczyła, że nie należy mówić, że się jest starym, ale w rozwojowym okresie późnej dojrzałości.

- Więc jako osoba w rozwojowym okresie późnej dojrzałości nie muszę się już dostosowywać. Zresztą ja w ogóle nie lubię się dostosowywać, dlatego nigdy nie zależałam do żadnej partii, nawet w PRL-u, w którym żyłam bardzo długo, połowę życia, gdzie wypadało należeć do partii, zwłaszcza jak się chciało studiować dziennikarstwo a potem pracować w radiu. Ale ja nawet do harcerstwa nie należałam dlatego, że gdybym się zapisała gdziekolwiek, to moja samodzielność byłaby w jakimś stopniu ograniczona, musiałabym się podporządkować, a ja zawsze uważałam, że mam prawo myśleć i robić to, co sama chcę. Tylko żeby nikogo nie krzywdzić. Mnie się też nie podobają poglądy wielu osób, ale nie przekonuję nikogo do moich poglądów i chciałabym, żeby i mnie nie przekonywano.

A co panią śmieszy?

- Najbardziej ta straszna powaga w stosunku do wszystkiego. A przecież wiadomo, jak to wszystko się skończy. Nawet niepalący żyją tylko do śmierci. Życie jest przejściowe, ale niektórzy wierzą, że są nieśmiertelni. Oczywiście Woody Allen wpadł na pomysł, jak być nieśmiertelnym, otóż wystarczy po prostu nie umrzeć. Póki co jednak nikomu się to nie udało. Jedyny temat, na który nie mam poczucia humoru, to jest okrucieństwo wobec zwierząt. Gdyby mnie pani zapytała, z czego jestem dumna, to z tego, że pomogłam kilku psom ze schronisk, nawet jestem z tego powodu szczęśliwa. Z tymi psami to tak samo, jak z dziewczynami, jak jest ładna, to prędzej sobie życie ułoży.

Woli pani zwierzęta niż ludzi?

- Zawsze to powtarzam - zresztą podobnie sądzi mój bardzo dobry znajomy Staszek Tym - że nigdy nie mówię przyjaciel, bo ja w przyjaźń nie wierzę. Miłość też jest przereklamowana. Wierzę w wierność, w przywiązanie zwierząt do ludzi.  Janusz Leon Wiśniewski napisał: "Boże, pomóż mi być takim człowiekiem, za jakiego bierze mnie mój pies".

- Chyba Bardotka powiedziała, że swoją młodość i urodę oddała mężczyznom, a  miłość i serce zwierzętom. Pod Warszawą jest piękny cmentarzyk dla zwierząt. Na jednym z grobów jest zdjęcie kundelka i napis: "Dla całego świata byłeś tylko psem, a dla mnie całym światem". Nigdy, będąc na Powązkach, nie przeczytałam tak wzruszającego pożegnania. Jest coraz więcej ludzi, którzy wiedzą, że zwierzę to nie zabawka, którą można wyrzucić na śmietnik. Oczywiście u nas jest też tradycja, że pies powinien być na łańcuchu, najlepiej krótkim. 

Nie jest pani przesadnie optymistycznie nastawiona do życia...

- Ja z natury jestem pesymistką, ale, podobnie jak Andrzej Poniedzielski, pogodną. Uważam, że świat zmierza ku katastrofie, tak jak mówi Woody Allen: "Świat wyraźnie stoi na rozdrożu i są dwie drogi: jedna prowadzi do katastrofy, druga do samounicestwienia. Módlmy się tylko o rozsądny wybór". Bardzo lubię cytować to zdanie, bo się z nim absolutnie zgadzam. Jestem już tak stara, że ani tej katastrofy, ani samounicestwienia nie doczekam, to są plusy starości. Oczywiście mówią, że lepiej być młodym niż starym, ale podobno lepiej też być starym niż martwym.

- Chociaż ja się wcale tak kurczowo nie trzymam życia i wiem, że przychodzi czasem taki moment, że człowiek wolałby być martwy niż stary, dlatego jestem ze eutanazją. Zwierzęta mają tę przewagę nad ludźmi, że w sytuacji, kiedy są chore i nie mogą już trafić do miski, można je uśpić. Gdybym  była w takiej sytuacji, chciałabym, żeby można było dokonać eutanazji, gdybym miała być wyłącznie ciężarem i czekać aż ktoś mi poda szklankę wody.

Ludzie często mówią, że po to mają dzieci, żeby im na starość podały szklankę wody.

- Są baniaki z wodą, to sobie kupię, a jak nie będę mogła sobie nalać, to nie będę piła. A może jeszcze zamiast tej szklanki wody, by mi ktoś herbaty zrobił, a ja przez całe życie szklanki herbaty nie wypiłam! Jak byłam dzieckiem, podobno mówiłam, że żałuję, że się nie urodziłam sierotką Marysią. Nie jestem rodzinna, mam tylko męża. Artur Andrus jest mi bliższy niż moja rodzona siostra, nigdy się nie polubiłyśmy i jestem szczęśliwa, że ona mieszka w Australii.

- Nie jestem też sentymentalna, nie lubię wracać do wspomnień. Kiedyś jakiś łysy mnie zaczepił na ulicy i pyta, czy pamiętam, że chodziliśmy razem do podstawówki. To ja mówię: "W życiu żaden łysy ze mną nie chodził do podstawówki!". Do małych dzieci też nie mam tego zachwytu, co starsze panie mają. Każdy był dzieckiem, ja też byłam dzieckiem, Kadafi był dzieckiem, Hitler był dzieckiem... Trzeba jakoś przez to przejść, jak przez szkarlatynę. Zobaczymy, co z tego dziecka wyrośnie.

- Jestem szczęśliwa, że nie mam dziecka ani wnusia, przynajmniej nikt mnie nie oszuka "na wnusia". Chociaż miałam wnuki w serialu "Spadkobiercy", miałam tam też syna Artura Andrusa. Byłam bardzo niedobrą babcią, więc mnie rozśmieszyło, kiedy młodzi ludzie powiedzieli mi, że należą do jakiegoś klubu w internecie, że chcą zostać moimi wnuczkami. Powiedziałam im, żeby się wypisali, bo ja bym ich nie rozpieszczała, nawet bym dawała klapsy. O, i pewnie bym skończyła w więzieniu! Sama dostałam wiele klapsów.

Wychowywano panią na grzeczną dziewczynkę?

- Byłam krótko trzymana. W wieku 19 lat wyszłam za mąż za człowieka, który mi się wcale nie podobał tylko dlatego, żeby się z domu wyrwać. Z tym, że wpadłam z deszczu pod rynnę, bo Czubaszek był okropny. Obiecałam sobie, że nigdy więcej nie wyjdę za mąż! Nigdy też nie chciałam mieć dzieci. Zawsze zaznaczam, żeby ludzie nie myśleli, że jestem potworem i idiotką, że wiem, że większość ludzi, zwłaszcza kobiet, chce mieć dzieci. Jestem też za tym, żeby rodziło się jak najwięcej dzieci, ale chcianych a nie pod presją. Nigdy nie twierdziłam, że aborcja to nie jest nic złego, przeciwnie, ale - to tak jak przy wyborach - wybieramy mniejsze zło. Jeśli kobieta z jakichś względów nie chce lub nie może mieć dziecka, to lepiej, żeby na samym początku usunęła ciążę, niż wyrzucała na śmietnik człowieka.

- Nie ma miesiąca, żeby się nie mówiło o kolejnym zakatowanym, uduszonym lub wyrzuconym na śmietnik dziecku. Takich spraw jest mnóstwo. Rozumiem ludzi, którzy są przeciwko aborcji, ale nie powinni zmuszać wszystkich kobiet do tego, żeby były matkami. Kiedyś dziennikarz zapytał mnie, skąd wiem, że nie nadaję się na matkę, skoro nigdy nią nie byłam. Tak samo, jak nigdy nie byłam himalaistką, a wiem, że się nie nadaję. Nie ciągnie mnie do tego, a to jest zbyt poważna sprawa. To tylko w polityce można na żywym organizmie sprawdzać, czy się człowiek nadaje i przenieść Staszka z górnictwa do kultury, bo może się jednak nada. Lepiej nie ryzykować.

Poczucie humoru bierze się z genów czy z wychowania?

- Ja nawet nie wiem czy mam poczucie humoru, bo mnie śmieszą takie rzeczy, co nie śmieszą wszystkich. Jednych śmieszy to, innych co innego. Uwielbiam Woody'ego Allena i Monty Pythona.

Woody'ego Allena, oprócz pani i mnie, kocha jeszcze kilka osób.

- Tak, ale pewnie za jego filmy, a ja od lat nie chodzę do kina, bo tam nie można palić. Jest mi bliski, bo - podobnie jak ja - ma nienachalną urodę. A ja wolę taką urodę, niż urodę pana Adama Hoffmana, choć wiele razy przyznawałam, że zakochana w nim nie jestem, ale urodę dostrzegam.

Podobno pocięła się pani dla Karolaka? Ale nie powinna się pani przejmować, bo nie widać.

- Miałam jedną tylko operację i nie widać!

Przereklamowane?

- Nie! Nigdy nie byłam piękna, więc mi nie zależało na tym, żeby zatrzymać czas. Tej urodzie nic nie zaszkodzi! Mój mąż dostał propozycję od TVN Style, żeby zrobić przed kamerami operację plastyczną - on ma obsesję podgardla dyndającego, więc się ucieszył jak dziecko. Okazało się jednak, że nie może mieć zabiegu, no to ja musiałam się na coś zgodzić zamiast niego, bo mieliśmy być reklamą tego gabinetu. Pan doktor powiedział, że marszczą mi się powieki to może je "zrobimy". Co prawda ja się cała marszczę, to co mi powieki mają przeszkadzać, ale zrobili mi ten zabieg... "Fakt" się dowiedział i napisał, że się pocięłam. Wyszło na to, że samobójstwo popełniłam, a ja samobójstwo zostawiam na czarną godzinę w związku z tym, że w Polsce nie ma eutanazji, a ja pewnie nie będę miała pieniędzy na wyjazd do Szwajcarii.

Podobno nie dba pani w ogóle o zdrowie...

- Zdrowia do grobu i tak nie wezmę, jak mówi Jan Nowicki! To prawda, źle się prowadzę - nie lubię jeść, jem najczęściej parówki i to w nocy, palę trzy paczki dziennie, nie lubię warzyw i owoców. Nawet na złość Putinowi nie zmusiłam się do jabłek. Nie przejmuję się, że to szkodzi zdrowiu. Za czasów mojej młodości, czyli sto lat temu, wszyscy wszędzie palili i nie było jakoś dużo więcej zachorowań na raka. Kilku moich znajomych niepijących i niepalących też umarło. Ale to dobrze, że wiele osób nie pali.

Żałuje pani czegoś w życiu?

- Żałuję, że nie jestem kimś innym.


Dowiedz się więcej na temat: Maria Czubaszek

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje