Przejdź na stronę główną Interia.pl

Marcin Kwaśny: Bóg mnie wyłowi

Mówi się, że aktor powinien być czystą kartką, na której reżyser może namalować, co chce. Marcin Kwaśny tej definicji zaprzeczył. Wychowany przez ojca oficera wojska, wierzący, zafascynowany historią, bez patosu mówi o honorze. Wybiera role mocne, czasem dyskusyjne, jak Wiktora, dowódcy antykomunistycznego oddziału w filmie "Wyklęty". Mówi, że chce podobać się Bogu, nie ludziom.

Dobrze ci w mundurze. I prostujesz się jak żołnierz.

Marcin Kwaśny: - Może pewne rzeczy mamy w genach, bo mój ojciec był wojskowym. Ja w wojsku nie byłem, ale wiem, jak obsługiwać broń i trzymać się w siodle. Mam na koncie kilka ról w mundurze.

Teraz z aktora stałeś się producentem. Żołnierze Wyklęci to trudny temat, komedie romantyczne sprzedają się lepiej. Nie mogłeś wyprodukować czegoś bezpiecznego?

- Przeczytałem scenariusz Konrada Łęckiego i chwycił mnie za serce. To historia człowieka wzorowanego na postaci Józefa Franczaka "Lalka", ostatniego żołnierza podziemia antykomunistycznego. Zaszczuty, ukrywał się prawie 20 lat. Zastanawiałem się, jaką trzeba mieć psychikę, wiarę, żeby to przetrwać. Uznałem, że warto sfilmować jego losy. I losy Żołnierzy Wyklętych, o których w polskim kinie mówiło się niewiele. Postanowiłem, że film wyprodukuje moja Fundacja Między Słowami.

A nie bałeś się, że Polacy nie są gotowi na taki film? Że wokół Żołnierzy Wyklętych jest za dużo kontrowersji?

- Ich historia ma także mrocznych bohaterów, ale czarne owce są w każdej rodzinie. Komuniści skrzywdzili wyklętych, nazywając ich wszystkich bandytami. Ale w filmie niczego nie wybielaliśmy. Pokazaliśmy, że przemoc była po obu stronach. To była wojna, antykomuniści mordowali zdrajców, a do ich struktur przenikali agenci. Jeden z wątków opowiada o tym, że bohater nie może dostać ślubu kościelnego, bo episkopat zabronił dawać ślub "wrogom ludu". Takie są fakty.

Reklama

To dobrze brzmi, wręcz po hollywoodzku: ujął mnie scenariusz, wyprodukowałem film. Ale na to trzeba mieć pieniądze. Skąd?

- Postanowiliśmy zorganizować publiczną zbiórkę wśród przyjaciół fundacji, ale i przez portale społecznościowe. Uwierzyliśmy, że ludzie pomogą. Film kosztował dwa i pół miliona, a pół miliona to datki prywatne. W zamian ofiarodawcy dostali "cegiełki", czyli audiobooki i film na DVD. Chodziłem na pocztę z ciężkim plecakiem, rozsyłałem płyty po całym świecie. Produkcja się rwała, kręciliśmy trochę na wariackich papierach. Ale nie zatrzymaliśmy zdjęć, potem znaleźliśmy sponsorów. A zaczęliśmy z budżetem 13 tysięcy złotych!

Pamiętasz pierwszy dzień na planie? Czułeś strach czy satysfakcję?

- To była wielka niewiadoma. Scena z Januszem Chabiorem w budynku UB. Na zewnątrz wynajęte stare citroëny, którymi jeździła wtedy bezpieka, scenograficzny rozmach. Mieliśmy część środków, ale wciąż trzeba było sztukować budżet. Pomyślałem: Czym my zapłacimy za te "cytryny", zamkną mnie! Film kosztował mnie wiele nerwów i nieprzespanych nocy. Moja żona Diana wie to chyba najlepiej. Nie mam pojęcia, jak by się to skończyło, ale czuję, że ktoś nade mną czuwał. Bo mieliśmy na przykład takie sytuacje. Dzwoni reżyser: "Marcin, musimy natychmiast nakręcić scenę w więzieniu, bo za kilka dni budynek zostanie wyburzony!". Pytam: ile to będzie kosztowało? Jakieś 50 tysięcy. Mówię: dobra, robimy, choć w kasie pusto. Telefony rozdzwoniły się nazajutrz po zdjęciach. Gdzie pieniądze? Nie ma. Po trzech dniach dostaję wiadomość z Nowego Jorku: grupa osób związanych z tamtejszym Teatrem Polskim chce nas wesprzeć "drobną sumą" 50 tysięcy. Uff. To była huśtawka. Nieraz myślałem, że rzucę wszystko w cholerę. Ten film mnie zahartował.

Honor, odwaga, tradycyjne wartości. Z jakiego domu wyszedł facet, który w to wierzy?

- To był dom pełen miłości. Rodzice dali nam dużo ciepła, dbali o mnie i Kubę, mojego młodszego brata. Przez kilka lat tata studiował w Wojskowej Akademii Technicznej, mieszkał w Warszawie, my w Tarnowie. Bardzo starał się zrekompensować mi czas, który poświęcał na studia. Pamiętam, że latem wspólnie puszczaliśmy latawce, a zimą zabierał mnie na sanki. Przez krótki czas mieszkaliśmy w Dębicy, gdzie tata był dowódcą kompanii. Potem zrezygnował z pracy w wojsku i przeszedł do policji w Tarnowie, do wydziału kryminalnego. Dostał nawet odznaczenie dla najlepszego policjanta w Małopolsce za wykrywalność przestępstw. Wolałem go jako wojskowego, bo historie związane z pracą w policji wydawały mi się zbyt okrutne. Lubiłem, jak tata przychodził po mnie do przedszkola w mundurze, innym dzieciom bardzo to imponowało. Jako starszy chłopak jeździłem z ojcem na poligony, rzucałem atrapą granatu, strzelałem z kbks-u. Ojciec jest introwertykiem, nie przeprowadzał ze mną zbyt często "męskich rozmów", ale miał autorytet u mnie i brata.

Męski świat?

- Nie, generalnie rosłem w domu kobiet. Mama jest otwarta, towarzyska, zawsze było wokół niej wielu ludzi. W Tarnowie mieszkała z nami także babcia i ciotka. Mieliśmy 42-metrowe mieszkanie na parterze, dwa pokoje. W jednym my z rodzicami, w drugim siostra mamy, w kuchni dziadek z babcią. Przychodziły sąsiadki, śpiewały mi do snu. Mama czytała bajki. Lubiłem słuchać dobrze skonstruowanych historii, rozbudzały moją wyobraźnię. Może stąd po latach wziął się pomysł na napisanie scenariusza filmu Rezerwat, którym zainspirowałem reżysera Łukasza Palkowskiego. To też była moja pierwsza główna rola w filmie.

Jaki masz dziś kontakt z rodzicami?

- Dobry, choć rozstali się, kiedy miałem 18 lat. Przeżyliśmy to z bratem, ja na długi czas stałem się przeciwnikiem małżeństwa. Mama wyjechała do Stanów, często rozmawiamy przez Skype’a, byłem u niej kilka razy. Tata mieszka w Zagłębiu. Oboje mi kibicują. Tata kolekcjonuje wszystkie moje wywiady, zdjęcia z gazet, ma już chyba cztery albumy. Chyba jest dumny z syna aktora.

Dlaczego wybrałeś ten zawód?

- Wszystko zaczęło się w teatrze przy tarnowskiej bazylice, byłem piętnastolatkiem. Wystawiano przedstawienie, potrzebny był chłopak, który zagra młodego księdza. Wyglądałem już poważnie, byłem wyrośnięty, sypnął mi się wąs, nosiłem okulary, uznano, że spełniam wymagania, wybrano mnie. Na jeden ze spektakli - pamiętam, trzynasty! - ustawiono silniejsze światła, oślepiony, nie zauważyłem krawędzi sceny i runąłem wprost na siedzącą w pierwszym rzędzie korpulentną starszą panią. A ona westchnęła: "Ach, jeszcze żaden aktor na mnie nie spadł". Przeprosiłem, dokończyłem monolog, ale byłem przejęty jej słowami. Przecież ona powiedziała o mnie: aktor! Dwa lata później, wśród profesjonalnych aktorów zagrałem Cypriana Norwida w tarnowskim Teatrze Młodego Widza. Podczas każdego konkursu recytatorskiego mówiłem jego wiersze, w komisji często zasiadali ludzie z teatru i w końcu się nade mną zlitowali: "To bądź już tym Norwidem na scenie", bo akurat szukali kogoś do roli wieszcza. A potem zdałem do warszawskiej Akademii Teatralnej.

Cały wywiad w najnowszym wydaniu magazynu "Twój Styl". W sprzedaży od 12 maja.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje