Przejdź na stronę główną Interia.pl

Marcin Dorociński: Przepraszam, mogę jeszcze raz?

Mówi, że z premedytacją wiedzie spokojne i uporządkowane życie. Nie gwiazdorzy, nie podlizuje się mediom. Lubi drobne przyjemności. A wszystko po to, by podczas pracy nad kolejnym filmem zbliżyć się do granic wytrzymałości, a jak się uda, to je przekroczyć. Wtedy uczy się czegoś nowego. Także o sobie. Marcin Dorociński opowiada „Twojemu STYLOWI” o pracy w warunkach ekstremalnych nad filmem "Na granicy", kobiecej intuicji oraz przełamywaniu wewnętrznych barier.

Samotna drewniana chata, w której rozgrywa się akcja, stoi gdzieś w Bieszczadach pod granicą polsko-ukraińską. Film zatytułowany jest "Na granicy" i opowiada o przekraczaniu wszelkich możliwych granic. Grasz w nim główną rolę.

Reklama

Marcin Dorociński: - Ostatnio, rozmawiając z kimś o tym filmie, pomyślałem, że ten tytuł jest dobry, bo to, co się tam działo, było na granicy wytrzymałości całej ekipy.

Widza również, choć historia jest prosta. Do chaty na pustkowiu w środku zimy przyjeżdża ojciec z synami. Wizyta niespodziewanego gościa mocno komplikuje bieg zdarzeń. Robi się mrocznie, niebezpiecznie, napięcie rośnie.

- To dobrze, bo bardzo dużo mnie kosztowała praca przy tym filmie. A kiedy jest ciężko, to znaczy, że człowiek się czegoś nauczy. Mamy tu kilku bohaterów i każdy chciałby od życia czegoś innego. Ojciec, który chce się porozumieć z synami i ukoić ból po śmierci żony. Synowie też chcieliby się dogadać z ojcem, ale na swoich zasadach. Kolejny to facet, któremu wydaje się, że jest już ustawiony i zrobi wszystko, żeby tego nie schrzanić. A Konrad, czyli moja postać, już chce tylko uciec, chce świętego spokoju, bo za dużo już się w jego życiu wydarzyło... Ale nie jest mu to dane.

Bohaterowie filmu na granicy są tylko przez chwilę. Ich losy szybko się splatają i...

- ...świat wymyka im się spod kontroli. Ale Konrad - mam wrażenie - wcale nie chce komukolwiek zrobić krzywdy. Dopiero dociśnięty do ściany walczy i gryzie jak wystraszony pies.

Podoba mi się, że go bronisz. Mnie jest trudno go lubić. Od początku czuje się, że zrobił coś złego i może już tylko brnąć dalej, pogrążając się coraz bardziej.

- Najłatwiej powiedzieć, że jest do cna zły.

A może zawsze bronisz postaci, które grasz?

- Nie, w "Rewersie" nie broniłem mojej postaci, bo to był człowiek zepsuty, cyniczny i wyrachowany. Tak wybrał. Natomiast Konrad jest głęboko skrzywdzony. Wkoło miał samych szczujących go kolegów, którzy zawsze dbali tylko o swoje interesy. Nikt nigdy nie był mu fajnym szefem, trenerem, nauczycielem. Nie dane mu było poznać miłości, spotkać mądrej kobiety. I taki wyrósł z niego samotny wilk. Nie bronię go za wszelką cenę, ale staram się go zrozumieć.

Czy ta rola wymagała od ciebie przekroczenia jakichś barier w sobie?

- Tak, zawsze tak jest, jak się pracuje w ciężkich warunkach z młodymi ludźmi, z debiutantem, pod presją czasu. Wiele scen kręconych było w nocy, graliśmy do drugiej, trzeciej nad ranem. Luty, Bieszczady, w domku zimno. Żeby tam dojść, trzeba było się wspiąć po stromym zboczu i już wtedy człowiek często miał dość. Wspominam to jak dziwny obóz kondycyjny. I sceny, które miałem do zagrania... Ciężkie fizycznie i emocjonalnie. Najtrudniejsze było utrzymanie skupienia. Niestety nie mam takiej umiejętności przechodzenia ze stanu rozluźnienia do pełnego skupienia jak Kinga Preis, u której trwa to krócej niż zmiana opon w Formule 1.

Masz poczucie, że często testowano twoje granice w życiu?

- Tak, ale nie wiem, czy chcę o tym rozmawiać. Byłoby trzeba cofnąć się do dzieciństwa, które polega głównie na testowaniu granic.

Nie chcesz rozmawiać o sobie, o dzieciach, nawet o swoich psach. To granice nie do ruszenia?

- Ja się po prostu boję opowiadać o takich rzeczach, bo to są dla mnie bardzo intymne sprawy. Namawiam ludzi, żeby adoptowali psy, bo należy im pomagać, i jednocześnie boję się mówić w wywiadach o moich psach, a tym bardziej o moich dzieciach, bo nie da się tego opisać w kilku zgrabnych zdaniach. Trudno znaleźć słowa, które by oddawały złożoność tego, co czuję.

Nie chcesz mówić, ale dużo robisz - pomagasz w schroniskach, sam masz dwa adoptowane psy, działasz na rzecz zwierząt.

- Największy sentyment mam do schroniska w Korabiewicach, bo stamtąd są nasze psy Rózia i Chlebek. Jak nam zmarła dwa lata temu Sukienka, myślałem, że już nie będziemy mieli psów, bo za dużo nas kosztowała tamta strata... Ale jak taki zwierzak wejdzie ci na kolana, to już potem nie ma odwrotu. Wychować go to nie jest łatwa rzecz. Jak z dziećmi.

Twoje dzieci wiedzą, czym są granice?

- Ledwo się dziś trzymam na nogach, bo moja córka znowu w nocy przyszła do nas do łóżka, chociaż obiecała, że spróbuje spać u siebie. Musiałem więc przejść na jej łóżko, długo nie mogłem zasnąć, a potem wcześnie wstałem i poszedłem na siłownię. Nie miałem siły ćwiczyć, a teraz ledwo siedzę. Ale też myślę sobie: jakie to ma znaczenie? Moja córka była szczęśliwa, widziałem to w jej oczach, gdy wchodziła do naszego łóżka. Dlaczego miałbym jej zabraniać być szczęśliwą? Do szkoły poszła zadowolona. Super! Ten ciężar, ta praca, którą nazywa się wychowywaniem dzieci, której nigdy nie jest za dużo, zostanie doceniona dopiero po latach. A może i nie. Ale to i tak jest o wiele ważniejsze od czegokolwiek innego w życiu.

Życie prywatne od zawodowego oddzielasz grubą kreską?

- Każdego dnia myślę o moim zawodzie - o planach, o tym, co może się wydarzy, o tym, co nie wyszło - i nie wiem, czy jestem w stanie oddzielić i czy chcę w ogóle oddzielać tzw. życie normalne od zawodowego. Rozmawiałem z Agatą Kuleszą o tym, czy potrafilibyśmy wykonywać różne zawody - i nie miałbym problemu z robieniem czegoś innego, ale nie wiem, czy byłoby to dla mnie taką pasją jak aktorstwo. No, chyba że sport, piłka nożna. To, co robię, to moja pasja, moje hobby, moja praca, moje wszystko. Ja w tym mam ulokowane mnóstwo kapitału. A jednocześnie to jest niemierzalne. To jest potęga. Ona mnie nakręca do życia z dziećmi, z rodziną, z psami, a to życie rodzinnie z kolei daje mi potężną dawkę energii do pracy. Te światy nie istnieją oddzielnie.

Czy to znaczy, że sprowadzasz do domu postaci, które akurat odgrywasz?

- Często chyba nie zdaję sobie sprawy, co się we mnie dzieje. Tym bardziej że dzieje się stopniowo, tygodnie, czasem miesiące przed rozpoczęciem zdjęć. Postać zaczyna się do mnie przyklejać, zaczyna we mnie żyć i wzrastać, i dla mnie to jest normalne. Zapuszczam brodę, włosy - będę Konradem z "Na granicy". Często nie dostrzegam, kiedy to następuje, widzi to moja żona: "Kotku, ty już jesteś kimś innym". A ja to po prostu akceptuję, tak jak ludzi, których spotykam w swoim życiu - nie dopytuję, dlaczego są tacy, a nie inni, nie oceniam. Żeby ich poznać i zrozumieć, muszę spędzić z nimi więcej czasu. I tak samo dzieje się z tymi moimi bohaterami - postać musi we mnie dojrzeć. I jak wchodzę na plan filmowy, to staram się nią być. I tyle.

Często granica między tobą a twoim bohaterem zaczyna się rozmywać?

- To się zdarza, bo dla mnie ważniejsze od opisania słowami tej postaci, jest poczucie jej w sobie, zrozumienie emocjonalne. Gdy czytam scenariusz, najbardziej lubię te momenty, kiedy myślenie ustępuje wyobraźni. Zaczynam widzieć film i mojego bohatera, do głowy przychodzą najbardziej dziwaczne pomysły. Potem, już na planie filmowym, zdarzają się takie momenty, że gram i to granie mnie niesie. Nie myśli się o następnej kwestii, którą trzeba wypowiedzieć, po prostu jest się niesionym. Przez chwilę jesteś właśnie tym bohaterem, którego grasz, i to jest stan nie do opisania. Czuję, że inaczej stoję, że inaczej mówię, a jednocześnie to ze mnie wypływa... To jest magia, ale to są momenciki.

Kiedy tak miałeś?

- Wywołany do tablicy nie jestem w stanie przytoczyć takich momentów, ale też nie wiem, czy chciałbym się nimi dzielić. To są rzeczy tak ulotne, jak bliskość z dziećmi czy z innym stworzeniem - to jest tylko twoje i nie ma co o tym gadać. Dostąpienie takiego stanu jest czymś cudownym, ale to się piekielnie rzadko zdarza.

Jak to sam sobie tłumaczysz?

- Jestem aktorem intuicyjnym. Nie staram się rozkładać rzeczy na czynniki pierwsze i analitycznie sobie tego tłumaczyć. Dla mnie najważniejsze są emocje.

Mówi się, że intuicja to domena kobiet.

- W dzisiejszych czasach to ja bym uważał z takimi podziałami. Ale pewnie to prawda, bo kobiety muszą dbać o wiele więcej spraw niż mężczyźni, szczególnie matki utrzymujące domy i całe rodziny. W takim razie traktowałbym to jako komplement. Mam w sobie pierwiastek kobiecy, którego kompletnie się nie wstydzę, nawet jestem z niego dumny. Kiedy patrzę na kobiety, które znam, moje najbliższe, to cieszę się na myśl, że mógłbym mieć coś z nich. Jestem trzecim synem moich rodziców, przedostatnim, choć mama bardzo liczyła, że urodzi córkę.

Stąd może w tobie ten kawałek kobiecy. A do czego ci się przydaje ta intuicja?

- Czasami coś czuję i już. Zdarza się na planie filmowym, że się spieram z reżyserem, bo wiem, że coś powinno być zrobione tak, a nie inaczej, bo czuję, że tak postąpiłby mój bohater. A dlaczego, skąd? Nie mam pojęcia. I to nie jest tak, że mi się wydaje, że mam zawsze rację.

A chciałbyś mieć zawsze rację?

- Chciałbym, bo to by mi dawało podstawy do mądrzenia się podczas pracy nad kolejnymi filmami. Natomiast wiem, że nie zawsze mam rację. I myślę czasami: "Dobra, po co ja się tak upieram?". I muszę przyznać, że scena czy film najfajniej wychodzą, gdy są wypadkową pracy całej drużyny. Mnie wcale nie zależy - i to żadna kokieteria - żeby zagrać fajerwerkowo, a tym samym nie dbać o całość filmu, o jego wymowę. Mnie zawsze bardziej interesuje, żeby film był świetny, a ja wcale nie muszę błyszczeć. Ja w ogóle jestem człowiekiem nieśmiałym, lubię być z boku, w cieniu. Poza tym w filmie zawsze można zrobić dubla, zawsze można zagrać tak, jak chce reżyser, a potem tak, jak chce aktor, i w montażu użyć jednego lub drugiego albo ujęcia jakoś połączyć. A w teatrze... Czasem mi się marzy, żeby tak w trakcie spektaklu powiedzieć: "Przepraszam państwa, ale jakoś strasznie to zagrałem, mogę jeszcze raz?". Ale boję się reakcji.

Często tak się zdarza?

- No, zdarza się dość często, że gram i jednocześnie myślę sobie: "Ja pierdzielę, co ja robię!".

Jak wytłumaczyć twoją nieśmiałość i zarazem sukcesy, jakie odnosisz jako aktor? Jak udaje ci się przekraczać granicę nieśmiałości?

- Kiedy tylko na planie filmowym - gdzie pracuje przecież mnóstwo ludzi - pojawia się ktoś, kogo nie znam, lub staje "obca" kamera (bo telewizja kręci materiał z planu), czuję, jakbym miał grać pierwszy raz życiu. Obcy mnie onieśmielają i wtedy wydaje mi się, że jestem przebrany. Ludzie widzą wówczas nieprawdziwy wycinek z nieprawdziwego świata. Bo my się przecież na planie filmowym spotykamy w sprawie fikcji, ale ponieważ tworzymy ją wspólnie, ta fikcja staje się naszym życiem i nagle jest prawdziwa.

Granice znowu się zamazują.

- Inaczej się nie da. Stajesz przed kamerą, wokół jest cała ekipa: oświetleniowcy, operatorzy, dźwiękowcy, ty masz na imię Konrad, sztuczne tatuaże, odgrywasz jakąś scenę... Gdyby się człowiek za bardzo zaczął zastanawiać, ile tu jest sprzętu, ilu ludzi, to się nigdy nie skupi na pracy. Wszystko można wyśmiać i obnażyć, bo my tu tylko udajemy... Granica między fikcją a prawdą musi się zacząć zacierać, inaczej widz nigdy nam nie uwierzy, nie wyjdzie z kina w poczuciu, że przeżył coś ważnego, prawdziwego.

Dlatego właśnie wolisz, żeby to film był dobry, a nie tylko twoja rola?

- Tak. Bo co mi z tego, że zagram dobrze w złym filmie?

Napiszą: kiepski film, ale Dorociński genialny.

- I co z tego?

Rośnie szansa, że ktoś cię zaraz zatrudni do filmu dobrego.

- W filmach, w których grałem, najbardziej lubię to, że nagle trafiam na jeden z nich w telewizji, siadam, żeby obejrzeć jedną scenę, i oglądam go do końca. I mam z tego przyjemność, choć przecież już widziałem ten film nie raz. Natomiast jeszcze fajniejszą rzeczą jest, jak mnie zaczepiają ludzie na ulicy i dają wyraz emocjom, jakie wzbudziła w nich moja rola. To jest megakop. Wtedy myślę: "Jednak warto było, jednak mam rację. To coś komuś robi!". To nieprawda, że filmy to tylko rozrywka.

Brzmi, jakbyś miewał wątpliwości dotyczące swojej pracy.

- Nie, tak daleko bym nie szedł. Moje wątpliwości wyrażają się w pytaniach typu: czy mam prawo zawracać ludziom głowę sobą? Ponieważ jestem ze wsi, ponieważ jestem nieśmiały, ponieważ zostałem wychowany tak, że przede wszystkim liczą się ciężka praca, skromność, a pochwały i zarobek są na końcu. Sporo tej niepewności we mnie, ale z drugiej strony jestem zadowolony, że tak właśnie mam, bo nie wiem, kim i gdzie bym był, gdyby było inaczej.

I nigdy się nie buntujesz?

- Gdy ktoś mi zdecydowanie narzuca, jak mam żyć, wtedy się buntuję.

I gdzie leży ta granica, po przekroczeniu której reagujesz ostro i zdecydowanie?

- Jestem niespotykanie spokojnym człowiekiem, można mi nawet na język nadepnąć, ale... do czasu. Z drugiej strony zawsze próbuję ludzi zrozumieć. To jest jak z jazdą samochodem. Kiedyś jeździłem bardzo nerwowo i szybko, teraz jeżdżę dużo wolniej i rzadko się irytuję, bo może przede mną jedzie ktoś, kto nie może jechać szybciej, może wiezie starszą lub chorą osobę? Powodów mogą być tysiące. Chodzi jednak o to, żeby się wzajemnie szanować. Mimo wszystko.

Ty to umiesz, bo od małego uprawiałeś sporty drużynowe: piłka nożna, koszykówka, piłka ręczna. Wszyscy za jednego, jeden za wszystkich. Mimo różnic i nieporozumień.

- To rzeczywiście uczy życia we wspólnocie. Od paru lat nie mogę jednak grać w nogę, zdecydowanie więcej biegam, ćwiczę też z ciężarami. Przerzuciłem się na sporty indywidualne.

Może to kwestia sukcesu? Ciężko jest budować drużynę, gdy jeden z jej zawodników został gwiazdą. I dziś jako aktor znany i uznany nie masz wyboru - zostajesz sam, uczysz się myśleć egoistycznie, samolubnie, bo tego wymagają okoliczności.

- Trzeba umieć przyjąć i opanować to, co do ciebie przychodzi z tzw. sukcesem. Gdy ktoś nie jest na to gotowy albo nie ma mądrych ludzi wokół siebie, to głupieje. Sukces bardzo łatwo może człowieka zepsuć. Ja natomiast mam taką konstrukcję, że na mnie te wszystkie pochwały i nagrody robią wrażenie, jestem nimi onieśmielony, natomiast one niczego nie zmieniają w moim życiu. Jego podstawy są takie same, niezmienne. Po prostu są rzeczy ważne i ważniejsze. Bo jak cię nagrody zaczną zmieniać i zacznie ci się wydawać, że jesteś Bogiem, no to jest po rybach. A stamtąd powrót jest bardzo długi lub wręcz niemożliwy.

A ty nigdy nie miałeś ochoty pogwiazdorzyć? Nagród masz wystarczająco dużo, żeby poczuć się mistrzem świata.

- Nie. Bo ja nie umiem przyjmować tych wszystkich nagród i komplementów tak zupełnie na serio. Z rzeczy, które się wydarzają w moim życiu, cieszę się dużo później, w innym, najczęściej mało adekwatnym momencie. O wiele łatwiej niż komplementy przyjmuję krytykę, jestem na nią przygotowany. Choć jeśli coś trudnego mówi mi ktoś, kogo szanuję, na czyim zdaniu mi zależy, to boli i zostaje we mnie bardzo długo.

A co czujesz, słysząc komplement?

- Wstyd. Onieśmielenie.

I to się nie zmieniło przez te wszystkie lata?

- Nie.

Wiele rzeczy pozostało u ciebie niezmienionych?

- Jestem chyba jednym z tych ludzi, którzy lubią to, co mają. Nie napinam się, szanuję to, co jest, i też jakoś przesadnie się do tego nie przywiązuję, szczególnie do rzeczy materialnych. O wiele cenniejsze jest dla mnie to, czego zdobycie i posiadanie wiąże się z wysiłkiem.

Są takie granice, z których przekroczenia jesteś szczególnie dumny?

- Takim momentem było dopiero pójście na studia, wyrwanie się do świata innego niż ten, który znałem. W tym samym roku pojechałem z moim młodszym bratem, wówczas 13-letnim, do rodziny w Szwecji. Takie nasze "300 mil do nieba". Miałem 20 lat i musiałem autentycznie przekroczyć granicę: prom, pociągi... To była przygoda.

A teraz znowu ciągnie cię za granicę. Coraz częściej grywasz w międzynarodowych produkcjach.

- Oglądałem filmy ze Schwarzeneggerem, Stallone’em w latach 80. i marzyłem, żeby grać po angielsku. I gram! W RPA, w Niemczech, w Anglii, w Danii. Wciąż nie mogę w to uwierzyć. Ale te wyjazdy są trudne, bo tam jestem sam. Wraca się do pustego pokoju hotelowego i można zwariować. Nie mam rodziny, psów i chce się wyć.

Wydajesz się mieć niezwykle mocny kręgosłup moralny, a grasz zazwyczaj gości, którzy są go całkowicie pozbawieni.

- Jest coś na rzeczy.

Coś cię musi pociągać w tych bezwzględnych mężczyznach, którzy przekroczyli różnego rodzaju granice. Dla nich najczęściej nie ma drogi powrotnej.

- Pewnie dlatego, że na co dzień jestem nudnym człowiekiem. Nie robię w życiu niczego spektakularnego, co mi się zresztą podoba, i dlatego wyżywam się w robocie, mogę tam sobie pobyć kimś kompletnie innym. Raz byłem sflaczałym, traktującym życie dość luźno poczciwym idiotą w filmie "Moje córki krowy", a zaraz potem zacząłem treningi i przygotowania do Na granicy, wyglądałem i byłem już kimś zupełnie innym. To jest właśnie fajne w tym zawodzie, że można naprawdę być, kim się chce, i to wszystko jest w nas. Trzeba tylko wiedzieć, gdzie grzebać.

Michał Kukawski

Twój Styl 3/2016

Dowiedz się więcej na temat: Marcin Dorociński

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje