Przejdź na stronę główną Interia.pl

Mam naturę wojownika

To on namówił Andrzeja Wajdę, by zrobił Pana Tadeusza. On wpadł na pomysł, by historię Klanu pisali najlepsi scenarzyści. Potem wymyślił pierwszy serial w stylu glamour, czyli Magdę M. Michał Kwieciński, producent i szara eminencja naszego show-biznesu, dodatkowym zmysłem wyczuwa, czego chce publiczność. Musi, bo dostaje do oceny dwa tysiące scenariuszy rocznie.

Twój Styl: Jaki jest pana ulubiony serial? Wisława Szymborska mówiła, że każdy powinien mieć serial, który śledzi.

Reklama

Michał Kwieciński: - Mam taki zwyczaj, że raz w miesiącu, w sobotę lub niedzielę, oglądam w telewizji wszystko. Włączam telewizor o siódmej rano i skaczę po kanałach. Chcę być na bieżąco. Ostatnio jestem pod urokiem brytyjskiego serialu The Crown.

Produkuje pan filmy i seriale, ale wyczytałam, że miał pan być chemikiem.

- Pochodzę z inteligenckiej rodziny, która była zamożna, a po wojnie straciła wszystko. Mama po rozstaniu z ojcem samotnie wychowywała mnie i mojego starszego przyrodniego brata, artystę malarza, i mówiła: "Powinieneś mieć poważny zawód". Skończyła filozofię, ale po 1945 roku, odkąd musiała utrzymać dom, zaczęła prowadzić w Warszawie pracownię krawiecką. Niedobrze jej to szło. Nie miała pojęcia o kroju i szyciu.

Co się stało z pana tatą?

- Odszedł. Nie wytrzymał życia w cieniu pierwszego męża mojej mamy, który był prokuratorem, zginął w Katyniu. Matka po jego śmierci szukała ojca dla syna, a nie mężczyzny dla siebie. Całe życie wielbiła pierwszego męża i manifestowała to w sposób okrutny. Jego zdjęcia w todze prokuratora, w mundurze, były rozstawione po całym domu. Ojciec kochał matkę, jednak był bezradny wobec jej pierwszej miłości. Miałem 12 lat, gdy rodzice się rozstali. Ale wracając do chemii. Patrzyłem na matkę, która męczyła się w pracowni, na starszego o 16 lat bezrobotnego brata artystę i zrozumiałem, że muszę mieć konkretny zawód.

Pewnego dnia postanowił pan jednak rzucić laboratorium.

- Brat przyjaźnił się z aktorami, między innymi z Wojtkiem Pszoniakiem. Przez pięć lat, kiedy robiłem doktorat z chemii, chodziłem do teatrów, kin, żyłem jedną nogą w artystycznym świecie. Ale do niego nie należałem, bolało mnie to. Po doktoracie zaproponowano mi dwuletnie studia w Nowym Jorku. Dostawałbym duże stypendium, wtedy jakieś tysiąc dolarów miesięcznie. Tylko że chemia coraz bardziej mnie uwierała. I wtedy Wojtek powiedział: "Zdawaj do szkoły teatralnej, bo jak wyjedziesz na stypendium, nigdy nie wrócisz do tego, o czym marzysz".

Ile miał pan lat?

- Już dwadzieścia siedem. To był ostatni moment, żeby zrobić radykalną woltę. Tym bardziej że miałem na utrzymaniu żonę i trzyletnią córkę Olgę. Pomagałem też mamie i bratu. Nieźle zarabiałem - opracowywałem receptury kosmetyków. Miałem patenty na cienie do powiek. Podszedłem do egzaminów na PWST ubrany jak urzędnik, w koszulę, krawat. To był rodzaj prowokacji. Wzięli mnie. Na studiach ukrywałem, że codziennie od szóstej do dziewiątej rano pracowałem w firmie kosmetycznej jako chemik.

Żona nie mówiła: "Miałbyś bezpieczną przyszłość, a chcesz być artystą"?

- Dorota jest mądrą kobietą. Skończyła Akademię Sztuk Pięknych, ale wiedziała, że dwa niebieskie ptaki w domu to o jednego za dużo. "Stawiam na ciebie. Ale wymagam, żebyś nie rozmieniał się na drobne" - powiedziała. Zrozumiałem, że najważniejsze jest iść za pasją, marzeniami. To przecież z tych marzeń zbudowałem wtedy teatr.

Ot, tak? Przecież to wielkie przedsięwzięcie! 

- Kiedy studiowałem chemię, zarabiałem we Francji jako parkingowy, pracowałem w masarni, myjni. Pieniądze odkładałem. Mieliśmy pod Warszawą działkę. Na pierwszym roku szkoły teatralnej postanowiłem za te oszczędności zbudować teatr. Najgłupszy pomysł, na jaki wpadłem w życiu! Postawiłem 300-metrowy budynek, którego wnętrza miały wysokość ośmiu metrów. W papierach to była pracownia wikliniarska, jedynie budynki przeznaczone na tę działalność mogły być w PRL-u tak wysokie.

Pamiętam, jak przyszedł w odwiedziny malarz Jerzy Stajuda. Powiedział: "Zbudowałeś kościół, ale tu nie ma Boga. Czy jesteś pewien, że się pojawi?". W szkole miałem zajęcia ze Zbigniewem Zapasiewiczem, powiedziałem mu o teatrze. "Wspaniale! Zróbmy tam Fantazego" - był zachwycony. Zaczęliśmy próby. Wtedy mało kogo było stać na samochód. Żeby się do mnie dostać, trzeba było jechać pekaesem do Piaseczna. Na piątą próbę nie dojechało trzech aktorów, na szóstą jeszcze więcej... Dziś mamy w teatrze dom letni. Nie lubię o tym opowiadać, wstydzę się swojej głupoty, a może pychy?

 A jednak się pan nie poddał i został producentem. Co w tym pomogło?

- Okoliczności dziejowe. (śmiech) Z reżyserią nie bardzo mi wychodziło. Miałem zrobić spektakl w Łodzi, ale do premiery nie doszło. Potem przyjechałem do Warszawy, do Ateneum, ale zostałem stamtąd wyrzucony. Postanowiłem wrócić do asystowania w Teatrze Telewizji - pracowałem tam na studiach. Poszedłem do Jurka Koeniga, przyjął mnie. Zrobiłem u niego 16 spektakli. A pewnego dnia zapytał: "Nie chcesz być producentem?". To był rok 1992. Założyłem firmę Akson Studio.

Skąd taka nazwa?

- Akson to przewodzące włókno, które tworzy ludzki nerw. Wziąłem kredyt w banku, bo musiałem kupić samochód, biurko, telefon. Kupiłem 20-letniego passata, którego ukradziono mi pierwszego dnia pierwszej produkcji. Wynająłem maleńki lokal w kamienicy przy kościele Popiełuszki w Warszawie. Latem próby czytane odbywały się na zewnątrz, na oczach przechodniów. Szkoda, że nie mam zdjęć, bo na podwórku czynszówki siedzieli: Zapasiewicz, Pszoniak, Seweryn, Janda, Olbrychski, Radziwiłowicz, Mészáros, Cywińska, Holoubek, Wajda, Fronczewski, Stenka. I tak zostałem pierwszym producentem w Polsce. Zrobiliśmy w ten sposób 150 spektakli Teatru Telewizji.

Kto to jest w ogóle producent? Czym się pan zajmuje?

- Przede wszystkim muszę znaleźć ciekawy scenariusz, potem pieniądze na realizację i w końcu zgromadzić twórców. Oczywiście podstawą jest scenariusz. Trafia ich do mnie dwa tysiące rocznie. Mógłbym ich sam nie czytać, ale czytam, bo myślę sobie: "A może ktoś nieznany, jakiś chłopak z małej wsi napisał coś pięknego?“. Tak bywa - na przykład w przypadku Maksa Nowickiego, studenta z Łodzi. Miał 20 lat, kiedy napisał wspaniały scenariusz. Nieprawdopodobną historię Ukrainki, transseksualistki, która przyjeżdża do Polski na operację. Włączyłem tę nowelę do filmu Nowy świat.

Naprawdę każdy scenariusz przechodzi przez pana ręce?

- Każdy. Mam zwyczaj czytania pierwszych dziesięciu stron. Muszą mnie wciągnąć. Tak było z Atakiem paniki Pawła Maślony. Porwała mnie energia pierwszych scen i fantastyczny dialog. Podobnie było ze scenariuszem Janusza Kondratiuka Jak pies z kotem. Kiedy pierwszych dziesięć stron mnie zaciekawi, czytam krótkie streszczenie. Jeśli i ono przypadnie mi do gustu, sięgam po całość. Zawsze szukam nowości. Pierwszym moim producenckim sukcesem był Klan. To był mój pomysł, żeby zaangażować dwoje najlepszych polskich scenarzystów, Ilonę Łepkowską i Wojtka Niżyńskiego, i zrobić telenowelę. Potem wymyśliłem, że trzeba do telewizji wprowadzić glamourowy serial i zrobiłem Magdę M. "Może spróbujmy nakręcić serial wojenny, tego od dekad nikt nie robił" - powiedziałem któregoś dnia do scenarzysty Jarka Sokoła i narodził się Czas honoru. Chciałem być pierwszy.

Producent powinien mieć "nosa"?

- Czasem intuicja zawodzi. Byłem przekonany, że serial Bodo będzie sukcesem. Włożyłem w niego serce, ale to nie przełożyło się na oglądalność. Chyba przeceniłem mit Eugeniusza Bodo i to, że Polacy lubią musicale. Nie trafiłem.

Produkuje pan kilka seriali jednocześnie. Zawsze jest pan na planie?

- Nie. Wolę zobaczyć materiały na etapie montażu. Codziennie jestem w montażowni. Wiem, że odczucia na planie są inne niż podczas postprodukcji, czyli montowania gotowych scen. Kiedy aktorzy mówią, że umierali ze śmiechu albo płakali, wiem, że scena będzie słaba. Uwielbiam za to castingi i odkrywanie aktorów.

I zawsze to pan ich wybiera? Nie narzuca ich panu ktoś, kto daje pieniądze?

- Czasem to się zdarza. Stacje telewizyjne, które wykładają ogromne kwoty na seriale, chcą mieć znane twarze, bo one gwarantują popularność. Ale ja do tych "twarzy" muszę być przekonany.

Ulega pan modzie na aktorów?

- Wszyscy ulegamy. Bo widzowie tego wymagają. Pragną oglądać w serialach ulubionych aktorów. Stacje telewizyjne chcą z kolei przyciągnąć widzów, więc zapraszają do współpracy "nazwiska". Czysty, sensowny biznes.

Zdarzyło się, że nie zgodził się pan na angaż dla jakiegoś aktora, choć mu zależało? Powiedział pan na przykład: "Ludzie otwierają lodówkę i ty też tam jesteś, odpuść tym razem".

- Miewam nieraz wątpliwości. Zbyt częsta obecność na ekranie może zaszkodzić. Jest taka aktorka, jeszcze studentka, Vanessa Aleksander, która gra teraz w Wojennych dziewczynach i Belle Epoque. Zaangażowałem ją do obu produkcji, bo zachwyciłem się jej talentem i naturalnością. Wiem, że ma mnóstwo propozycji. Ktoś powinien rozważnie pokierować jej karierą. Boję się, że zostanie wyeksploatowana, a potem wypluta przez machinę. I kariera się skończy. A reżyserzy i producenci sięgną po kolejne, niezużyte jeszcze nazwisko. Rozumiem jednak aktorów, którzy grają we wszystkim, bo jak twierdzą, "każdy ma swoje pięć minut". Ale jeśli aktor myśli o swoim zawodzie w dłuższej perspektywie, powinien przyjmować role mądrze.

Kiedyś Jan Wieczorkowski opowiadał mi, że gdy nie miał pracy, zadzwonił do pana z pytaniem, czy nie znalazłby mu pan roli. I znalazł pan. Często pan pomaga?

- Dobrze, gdy aktor się przypomina, bo bywa, że nawet ci świetni zostają zapomniani. Tak było z Jankiem, nie wiem, czemu wypadł z obiegu. Nie cierpię jednak, gdy ktoś dopada mnie na przyjęciu i próbuje "załatwić sobie rolę". W doborze aktorów do produkcji muszę czuć się wolny.

Pracuje pan z najpopularniejszymi aktorami w Polsce. To prawda, że gwiazdy kapryszą?

- A niech sobie pokapryszą. (śmiech) Kiedy aktorka robi awanturę, że loczek jest wywinięty w złą stronę, proszę charakteryzatorkę o poprawkę. Ale jeśli mimo to sytuacja się powtarza, mówię: "Przestań się bawić włosami, tylko w końcu zagraj to, co masz do zagrania". Jedna rzecz, której nie toleruję, to brak szacunku dla innych. Dwa razy zdarzyło mi się zwolnić reżysera, który powiedział do aktora na planie: "O rany, ty też grasz w tym gównie?".

Aktorzy mają w ogóle coś do powiedzenia na planie?

- Jak najbardziej. W Powidokach Wajda miał kompletnie inną koncepcję postaci Władysława Strzemińskiego, którego grał Bogusław Linda. Zdjęcia kręcono w Łodzi - musiałem tam pojechać, bo głośne stały się słowa Lindy, że w tym mieście mieszkają menele. Wpadłem przy okazji na plan. Widzę, co Boguś gra, i wiem, że to się ma nijak do wizji Wajdy. "Przecież to jest zupełnie coś innego" - mówię do Andrzeja. "Tak, ale to, co sobie wymyśliłem, było dwadzieścia razy gorsze niż to, co on proponuje" - wyjaśnił. Ale to był Wajda.

Czy reżyser też ma swobodę, czy mówi mu pan: producentem jestem ja, więc musisz mnie słuchać.

- Przy serialach tak jest. Mam nawet opinię osoby apodyktycznej. Ale przy filmie nie ośmielam się narzucić reżyserowi zdania, raczej tylko dzielę się swoją opinią. Podobnie przy debiucie, który powinien być wyłącznie wizją reżysera. Miałem przypadek, kiedy się wtrąciłem i postawiłem na swoim. Nie powstało nic lepszego, a reżyser twierdził, że zniszczyłem mu film. Teraz kręci dobre filmy, niestety nie ze mną. Unikam jednak reżyserów, którzy "wiedzą najlepiej". Pewnie dlatego, że pracowałem z Wajdą. A on nigdy nie wiedział najlepiej, zawsze słuchał. I tworzył genialne rzeczy.

Jak się zostaje producentem filmów Andrzeja Wajdy? 

- Po prostu chciałem pracować z największym polskim reżyserem. (śmiech) Ale przede wszystkim nie bałem się wielkiego Wajdy. Znałem go ze szkoły teatralnej, choć on mnie nie pamiętał. Współpracował wtedy z Lwem Rywinem. Ja jednak sądziłem, że popełnia błąd, bo w efekcie powstają filmy takie jak Panna Nikt. Zadzwoniłem. Wajda umówił się ze mną na spotkanie, choć byłem takim "panem nikt". Wiedziałem, że muszę mu coś zaproponować. "Panie Andrzeju, pan się chyba pogubił" - zacząłem. I wyjaśniłem: "Przecież ludzie kochają pana za filmy historyczne". Wajda pokiwał głową - owocem tego spotkania był Pan Tadeusz. I tak zaczęła się moja przygoda z Wajdą. Choć nie produkowałem tego filmu, tylko... Lew Rywin.

Oddał pan pomysł Rywinowi?!

- On zdobył pieniądze. Pamiętam, że sprowadziłem ze Stanów Janka Nowinę-Zarzyckiego, "script doctora", żeby uporządkował scenariusz, bo się rozłaził. Nie miałem pojęcia, kto to jest script doctor, ale wiedziałem, że Amerykanie z nim pracują i go chwalą. Janek przyjechał do Wajdy z plecakiem. Miał chory kręgosłup, cały czas leżał na podłodze. "Panie Andrzeju, proszę wynająć mi pokój w hotelu, mają w nim być cztery tablice korkowe i dziesięć zestawów karteczek samoprzylepnych w różnych kolorach" - wydawał dyspozycje, leżąc. W końcu zamknął się w hotelu na dwa tygodnie i zabronił do siebie dzwonić. Kiedy przyjechaliśmy, ściany były wyklejone karteczkami. Script doctor leżał na podłodze, pokazywał przyczepione do tablic kartki, tłumacząc: "To jest wątek miłosny, to polityczny...". Andrzej był zachwycony. Pozbierał karteczki i przepisał scenariusz. Zdążyłem jeszcze wybrać aktorów, ale stwierdziłem, że nie mam takiej siły, żeby zdobyć pieniądze. "Chodźmy do Rywina" - poradziłem. Pan Lew załatwił fundusze w dwa dni. Oddawałem ten film z bólem, wiedziałem jednak, że dla Wajdy jest ważny, i nie chciałem go zawieść. Potem zrobiłem z nim sześć filmów fabularnych, kilkanaście dokumentów i teatry telewizji. Nauczyłem się od niego pokory, skromności, szacunku i umiejętności wsłuchiwania się w innych. To był i jest mój mistrz.

Takie cechy nie kojarzą się z producentem, tylko z Matką Teresą!

- Matka Teresa z charakterem gladiatora. Producent musi też być wojownikiem. I chyba najważniejszą cechą jest determinacja. Bo pozwala robić rzeczy niemożliwe. Opowiem pani historię. Wajda był w szpitalu, a ja pojechałem do Rzymu w sprawie europejskiej premiery Powidoków. Wierzyłem, że Andrzej wydobrzeje i do mnie dołączy. Pomyślałem, że byłoby wspaniale, żeby zobaczył razem z papieżem Franciszkiem swój film. Ten pomysł mógł wydawać się mrzonką. Wykonałem kilkadziesiąt telefonów i w końcu dzięki Hannie Suchockiej skontaktowałem się z kardynałem Gianfrankiem Ravasim, ministrem kultury w Watykanie. Kardynał powiedział, że Franciszek zna filmy Andrzeja, w dodatku Wajda jest jednym z trzech reżyserów, których papież ceni. Zapewnił, że umożliwi projekcję. Nie ukrywam, miałem poczucie, że zdarzył się cud. I wtedy z Polski dotarła tragiczna wiadomość. Andrzej zmarł.

 Nazwisko Wajdy otwierało wiele drzwi, gdy szukał pan pieniędzy na film? Bo budżet Powidoków to było dziesięć milionów złotych.

- Nazwisko Wajdy otwierało wszystkie drzwi. Teraz, myśląc o kolejnych projektach, czuję, że znów jestem na początku zawodowej drogi.

Dla producenta ważniejszy jest zysk czy wartość artystyczna?

- Zdarza się, że to idzie w parze. Katyń obejrzało 2,7 miliona ludzi. Podobnie Miasto 44. Ale nieraz filmy wartościowe nie mają wielu widzów. Wtedy nie zarabiam. Przy serialach muszę być czujny - brak publiczności oznacza koniec produkcji.

Codziennie rano wstaje pan i sprawdza słupki oglądalności?

- Tak właśnie robię. Prawdziwy koszmar. Bo od słupków zależy, czy będę kontynuował serial. Zadręczam się, gdy wiem, że serial jest dobry, ale nie ma oglądalności. Jednak po paru tygodniach chandry budzę się rano i zabieram za kolejne pomysły. Trzeba być twardzielem. (śmiech)

Co się bardziej opłaca: wyprodukować film czy serial?

- Serial daje poczucie bezpieczeństwa i komfortu. Zawsze robi się go na zamówienie stacji telewizyjnej. Nie ryzykuję własnych pieniędzy. Płaci telewizja, a ja mam procent od całej kwoty. Ale teoretycznie na filmie można zarobić więcej.

I zarabia pan?

- Nie bardzo mi się to udaje. Dochód producenta to 3-4 procent budżetu. Inaczej jest, jeśli wyprodukuje się hit. W moim przypadku nieczęsto się to zdarzało. Film jest hazardem. Raczej nie da się na nim zbić fortuny. Chyba że trafi się genialny strzał, jak Patrykowi Vedze, którego ostatni film obejrzały trzy miliony Polaków.

Nie wierzę, że pracuje pan charytatywnie.

- Zdarza się, że charytatywnie. Bywa, że dokładam. I pewnie zrezygnowałbym z robienia filmów, gdybym nie zarabiał na serialach. Powidoki zobaczyło zaledwie 300 tysięcy widzów. Zysk z biletu to 7 zł, więc zwróciło się tylko 2,1 miliona. To się ma nijak do kosztów. Stracili inwestorzy, a ja nie dostałem swoich 4 procent. Pocieszam się jednak myślą, że czasem film zarabia po latach, gdy wejdzie do telewizji czy na dvd .

Myślałam, że producent ma rezydencję z basenem, jaguara i własny jacht na Karaibach.

- I siedzi z cygarem przy tym basenie, popijając whisky? Mam mieszkanie na Żoliborzu i dom pod Warszawą - pozostałość po teatrze, w którym zabrakło Boga. Jestem dumny z siedziby mojej firmy na Pięknej, choć musiałem wziąć na nią kredyt.

Zadaje pan sobie pytanie, jaką cenę zapłacił za sukces?

- Chyba mi się upiekło. Ojcem byłem słabym, prawie nie widywałem dzieci, ale żona dobrze je wychowała. Olga i Jaś to fantastyczni ludzie. Dziadek też ze mnie fatalny, a jednak wnuki mnie szanują. Nie jesteśmy rodziną, która co tydzień spotyka się na niedzielnym obiedzie, ale co roku wyjeżdżamy na wspólne wakacje. I myślę, że to dzięki żonie. Dorota nigdy nie miała pretensji, że dużo pracuję. Nie mówiła przy dzieciach: waszego ojca ciągle nie ma. Czuję do niej za to ogromną wdzięczność.

Jak znosi to, że pana wciąż nie ma w domu?

- Rzeczywiście, nie widujemy się często. Wracam późno. Rano wychodzę, kiedy ona śpi. Sam przygotowuję sobie śniadanie. Od kiedy rzuciłem o ścianę kanapką, nie zrobiła mi już jej nigdy. Pamiętam, była wtedy w ósmym miesiącu ciąży, wstała rano i podała mi zapakowaną kanapkę, żebym wziął ją ze sobą do instytutu. Wpadłem w furię, bo przed oczami stanął mi obrazek pana z teczką, z drugim śniadaniem w ręku, a ja nie chciałem tak żyć. "Nigdy nie będę Kowalskim!" - wrzasnąłem. "Dobrze, rozumiem, nigdy w życiu nie zrobię ci kanapek" - powiedziała Dorota. I dotrzymała słowa. Jesteśmy włoskim małżeństwem. Kłócimy się, trzaskamy drzwiami, obrażamy się na siebie, a potem przepraszamy. I tak trwamy 40 lat. Mam wrażenie, że kochamy się coraz mocniej każdego dnia.

A jak ten dzień wygląda?

- Wstaję o siódmej. Trzy razy w tygodniu idę na gimnastykę. Do pracy przychodzę o dziewiątej i zaczynam od kawy. Potem odprawa z zespołem. To prawdziwi wojownicy i przyjaciele. Potem załatwiam podstawowe sprawy i pędzę do montażowni. Jeżdżę jak oszalały pomiędzy TVN-em, Polsatem a telewizją publiczną. Chodzę na kolaudację filmów. Od 16 zajmujemy się kolejnymi projektami, spotykam się ze scenarzystami. Z pracy wychodzę o 21.

Nigdy nie ma pan dość?

- Nieraz mam. Wtedy pozwalam sobie na ekstrawagancję i wyjeżdżam na tydzień do Indii. Do Kalkuty. Sam. Stoję na słynnym moście Howrah, którym dziennie przechodzi 15 milionów ludzi. Znajduję się na środku Gangesu, w jedną i drugą stronę płynie bosy tłum, ludzie niosą na głowach kosze, tobołki, dobytek całego życia. Trwam tak pół godziny, czasem dłużej. Odczuwam spokój, znów mam w sobie zgodę na świat. Wtedy wracam.

Rozmawiała Beata Biały

Twój STYL 2017/7


Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje