Przejdź na stronę główną Interia.pl

Małgośka znaczy wolna

Kręci filmy kontrowersyjne. Lubi przekraczać granice i w życiu, i na ekranie. Z powodzeniem! Jej film "W imię..." zdobył uznanie na tegorocznym festiwalu w Berlinie.

Każdy jej film zbiera liczne nagrody, ale ona nie lubi kolekcjonować statuetek. Teddy’ego, wyróżnienie z tegorocznego festiwalu w Berlinie, którym została uhonorowana za film "W imię...", jak wszystkie poprzednie odda pewnie na cele charytatywne. Dla Małgośki (bo tak chce być nazywana) liczą się w życiu dwie rzeczy: wolność i miłość.

Reklama

Można by powiedzieć, że jest dzieckiem szczęścia, gdyby nie to, że życie specjalnie jej nie rozpieszczało. Uczciwiej będzie więc napisać, że jest kobietą sukcesu. Urodziła się w Krakowie, w lutym 1973 roku, w inteligenckim domu pisarki Doroty Terakowskiej i dziennikarza Macieja Szumowskiego. Rodzina, jak na tamte czasy, była nietypowa. Małgośka, kiedy przyszła na świat, miała już dwoje rodzeństwa z poprzednich związków rodziców: o 12 lat starszego brata Wojtka i o dziewięć lat starszą siostrę Kasię. Rodzice wiedli żywot bohemy. Choć zakochali się w sobie bez pamięci już na początku lat 70., ślub wzięli dopiero w 2002 roku. W domu się nie gotowało, panował bałagan. "Wszystko działo się przypadkiem", wspomina Szumowska w wywiadzie-rzece "Szumowska. Kino to szkoła przetrwania".

Później, już jako dorosła kobieta, Małgorzata pokaże ten dom w swoim najbardziej osobistym filmie - "33 sceny z życia" . Przez skromne dwupokojowe mieszkanie w bloku na Osiedlu Podwawelskim, gdzie mieszkali Szumowscy, przewijali się artyści, poeci, reżyserzy. Kiedy pili kawę, wódkę, palili papierosy i dyskutowali, Małgośka siedziała pod stołem. Znajomi rodziców robili na niej duże wrażenie. Pamięta księdza Józefa Tischnera, przypomina sobie, jak mama czasem zostawiała ją na parę godzin w pracowni wielkiego malarza i reżysera Tadeusza Kantora.

Większość czasu spędzała na podwórku. Chodziła do osiedlowej podstawówki i - jak sama przyznaje - nie była orłem. Skończyła za to elitarną szkołę średnią, "piątkę" im. Augusta Witkowskiego. Przyznaje jednak, że nie było to jej zasługą. "Przyjęto mnie ze względu na nazwisko. To była forma pomocy moim starym. Chodziłam więc do świetnego liceum, w którym bardzo źle się uczyłam i ledwo zdałam maturę". Studia reżyserskie nie były jej pierwszym wyborem. Na początku Szumowska zdała na historię sztuki na Uniwersytecie Jagiellońskim i to wcale nie z wielkiej pasji. Reżyserka wspomina, że ten kierunek upatrzyła sobie jej sąsiadka z bloku. Ponadto rodzice mieli jej ponoć dać do zrozumienia, że jeśli nie dostanie się na jakieś studia, przestaną ją wspierać.

Reżyserka do dziś ma specyficzny stosunek do edukacji. Nie uważa, żeby kucie różnych przedmiotów na pamięć - na czym zwykle polega nauka w polskich szkołach - miało się komuś w życiu przydać. O swoim dzisiejszym mężu, Mateuszu Kościukiewiczu, mówi nawet, że jest genialnym aktorem, bo "nie pokończył szkół" i nie pozwolił się zmanierować. Sama zwykle zbierała dwóje i tróje. Tylko z polskiego miała same piątki. Kochała czytać. "Od dwunastego do dwudziestego roku życia przeczytałam chyba wszystko", mówi. Poznała klasykę: Tomasza Manna, Fiodora Dostojewskiego, Hermana Hesse, Witolda Gombrowicza, Witkacego. I oglądała filmy Bergmana, Tarkowskiego, później Hasa i Karabasza.

Studiując historię sztuki, postanowiła nagle, że zostanie reżyserem. Jej siostra Kasia twierdzi, że Małgośka wybrała po prostu drogę życiową ojca. Znany dziennikarz Maciej Szumowski kręcił m.in. filmy dokumentalne. Reżyserię ukończył także jej brat Wojtek. Do łódzkiej filmówki dostała się bez problemu. Pomogły jej pewność siebie i wiara w nieograniczone możliwości, które wyniosła z artystycznego domu. Jedna z jej etiud, "Cisza", magiczny portret mazurskiej rodziny, ukazujący wszystkie odcienie uczuć towarzyszących ludziom w codziennym życiu - zebrała aż 18 nagród na międzynarodowych konkursach i trafiła na listę 14 najlepszych filmów, jakie powstały w historii Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej im. Leona Schillera.

Szumowska kryguje się czasem, że swoje dobre noty na studiach zawdzięcza m.in. temu, że miała ładne nogi, a takie właśnie lubił jeden z profesorów, Wojciech Jerzy Has. Moglibyśmy w to uwierzyć, gdyby nie deszcz nagród, który spadł na nią po ukończeniu filmówki. To właśnie na studiach Małgośka poznała pierwszą wielką miłość - Michała Englerta, syna reżysera Macieja Englerta i znanej aktorki Marty Lipińskiej. Michał pracował z nią - i do dziś pracuje - jako operator. Razem nakręcili "Ciszę", a później wszystkie najważniejsze filmy, łącznie z "Ono", "33 scenami z życia" i "W imię...". Pobrali się w 2001 roku. Wzięli ślub kościelny. Ich związek wystawiony został jednak na ciężką próbę. Dorota Terakowska, mama reżyserki, zachorowała na raka. Po długiej, wyniszczającej chorobie zmarła na początku 2004 roku. Małgośka miała wtedy 31 lat. Nie zdążyła nawet przeżyć żałoby, bo miesiąc później umarł ojciec. Ta historia bardzo sugestywnie pokazana została w "33 scenach z życia".

Po śmierci rodziców zmieniło się w jej w życiu wszystko. Po pierwsze, jak sama mówi, odcięła pępowinę. Po drugie, rozstała się z Michałem. Po trzecie, prawie natychmiast zaszła w ciążę. Ze związku z operatorem Jackiem Drosio, ma dziś ośmioletniego syna Maćka. Ale związek z Jackiem też nie przetrwał. Dwa lata temu na planie filmowym poznała przystojnego, zdolnego aktora, buntownika, Mateusza Kościukiewicza. Zakochali się w sobie na zabój. Ona - trzydziestoośmioletnia, on - dwudziestopięciolatek. Byli przez pewien czas sensacją towarzyską. Kiedy niedawno się pobrali, a w grudniu 2012 roku na świat przyszła ich córeczka Anielka - przestali wzbudzać niezdrowe zainteresowanie. Razem pracują. To właśnie Mateusz gra jedną z głównych ról w nagrodzonym właśnie w Berlinie filmie "W imię...".

Obraz jest kontrowersyjny. Opowiada historię homoseksualnej, niemożliwej do spełnienia miłości pewnego księdza (w tej roli znakomity Andrzej Chyra). Szumowska wspomina, że film robiła prawie za darmo, na Mazurach, z przyjaciółmi. Bo, mimo że ze swoimi dziełami podróżowała po całym świecie (zwiedziła Cannes, Sundance, Paryż, Nowy Jork, Berlin) najbardziej lubi pracować kameralnie, w atmosferze pełnej swobody. Kocha wolność od dziecka. Kiedy była mała i jeździła z rodziną na wakacje na ukochane Mazury, całe dnie razem z przyjacielem uwalniała z łańcuchów miejscowe psy... Nie zniosłaby życia na uprzęży. "Większość moich kolegów ląduje, robiąc seriale, bo muszą mieć przecież na kolejną ratę kredytu, który na przykład wynosi dziesięć tysięcy miesięcznie. Ma jeden z drugim mieszkanie na osiedlu zamkniętym i zasuwa przy reklamach, żeby zarobić na to mieszkanie", mówi. Kierat, organizacja, instytucje - to nie dla niej. Nawet w harcerstwie wytrzymała tylko dwa dni.

Helena Soszyńska

SHOW 5/2013

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama