Przejdź na stronę główną Interia.pl

Małgorzata Rozenek-Majdan: To moja siła i moja słabość

Moja wartość, to nie jest wartość mnie na ekranie, ale to, jaka jestem naprawdę. Tu w środku - mówi Małgorzata Rozenek-Majdan w rozmowie z Małgorzatą Domagalik.

Małgorzata Domagalik: Piękne te kwiaty, dziękuję.

Reklama

Małgorzata Rozenek-Majdan: - Ten niebieski to storczyk vanda, bardzo rzadki gatunek. Długo się na niego czeka i właśnie teraz ma taki szczególny niebieski kolor - nic, tylko się nim cieszyć. A to skabioza, kwiat, który rośnie w Polsce tylko przez jakieś dwa tygodnie.

Śliczne. Sprawiłaś mi dużą przyjemność.

- W ogóle ładnie tu. Lubię takie kolory i hotele też lubię, ale tylko jak jestem w nich z rodziną. Sama nie lubię jeździć.

OK. Nagrywamy...

- I wszystko, co powiem, będzie teraz użyte przeciwko mnie?

Wszystko, co powiesz, będzie o tobie.

Nie ukrywam, że...

Tylko nie mów, że się...

- Nie, ale mam poczucie, że muszę sprostać stylowi rozmowy, który narzucisz. Jestem jej bardzo ciekawa.

Ładnie wyglądasz.

- Stroiłam się jak na randkę (śmiech).

Podoba mi się twoje imię.

- Kocham to imię. Noszą je kobiety silne i samowystarczalne. Małgorzaty też przeklinają. Ty przeklinasz? (śmiech)

Zdarza się, ale każdego roku obiecuję sobie, że już nie będę.

- Przeklinać bez agresji to moja zasada.

Gosiu, powiedz mi...

- Wiesz... Nie lubię tego zdrobnienia. Mówią tak do mnie głównie osoby, które nie miały okazji lepiej mnie poznać. Pozostali wiedzą, że bardzo lubię "Małgorzata", "Małgosia". Oczywiście nie gnębię przez to otoczenia.

Ty chyba w ogóle nie lubisz zdrobnień. Stąd Tadeusz, Stanisław, Radosław...

- Uwielbiam pełne imiona, jakbym miała córkę, to dałabym jej na imię Helena...

"Radosław" to nie za oficjalnie?

- Nie, ja mówię "Radosław", a moje dzieci mówią "Radku". Młodszy nie wymawia "r", więc mówi "Ladku". Używamy zdrobnień, ale lubimy pełne imiona. Radosław mówi do mnie "Małgorzata" albo "Małgonia".

Czy byłoby u twego boku miejsce dla mężczyzny, z którym nie dogadałyby się twoje dzieci?

- Nie ma takiej możliwości. Dziś żałuję, że jak poznałam Radosława, to kilka miesięcy zwlekałam z przedstawieniem go dzieciom. Ale nie chciałam mieć wątpliwości. Bo wiesz, jak to jest z miłością - dopada cię i nie ma żadnego lekarstwa, wytłumaczenia ani mądrości. Różne rzeczy można usłyszeć o tej osobie, w której się zakochałaś, ale ty po prostu kochasz.

Tylko że w tym wypadku...

- ...miłość do mężczyzny zderza się z miłością do dzieci. Ja się nie o to martwiłam, że oni się sobie nawzajem nie spodobają. Znam swoich synów, znałam Radosława i wiedziałam, że oni się polubią od pierwszego wejrzenia, i tak było. Młodszy syn powiedział do Radosława: "Ale masz fajne tatuaże". A starszy w formie "przekupstwa" dostał od niego rękawice bramkarza, bo wtedy na tej pozycji grał. Ja się raczej martwiłam o to, co by było, gdyby oni się polubili, a to coś między nami nie trwałoby wiecznie...

Wierzysz w "wiecznie"?

- Zawsze. To nie jest moje pierwsze małżeństwo. W każdą relację wchodziłam ze stuprocentowym przekonaniem, że to uczucie na całe życie. Może wyjdzie ze mnie jakieś mieszczaństwo, ale ja wierzę w małżeństwo.

Czy jesteś dużym wyzwaniem dla mężczyzny?

- Mam nadzieję, że jestem spokojem dla mężczyzny.

Pozostaje kwestia definicji.

- Albo mężczyzny, który lubi ten typ kobiety, jakim jestem. Radosława bawi szum i zamieszanie, które wprowadzam w jego życie, to, że ciągle coś się dzieje. Mam milion pomysłów. Kolejne cele. Codziennie się budzę z nimi i mówię: "Dzień dobry, aniołeczku, wstajemy, robimy dziś to i to...". Jak tak sama na siebie patrzę, to może to być męczące, ale on to lubi. Martwi się, jak robię się cicha.

Co dyskwalifikuje mężczyznę?

- Brak honoru, choć to teraz wyświechtane słowo. Mój tato pokazał mi, co znaczy być mężczyzną.

Szukanie partnera na podobieństwo ojca bywa skazane na niepowodzenie...

- Zawsze szukałam mężczyzn albo w totalnej kontrze, albo bardzo podobnych do ojca. A Radosław jest pierwszym mężczyzną - bo moje małżeństwa nie były moimi jedynymi związkami - który jest tak pośrodku.

Wiem, że podziwiasz swoją mamę.

- Podziwiam. Kiedy zdecydowała, że będzie zajmowała się domem, to zawsze była wspierana przez tatę. Powtarzał jej, że rola, której się podjęła, jest niezwykle ważna. Dlatego sama później nie miałam żadnego problemu, żadnych ambicjonalnych dylematów związanych z tym, że w trakcie studiów doktoranckich muszę wychowywać dzieci i nie pracuję. Na pewno moje małżeństwo jest inne niż to moich rodziców. Chociaż są dla mnie niedoścignionym wzorem.

Jesteś żoną po raz trzeci...

- Tak.

Twój ostatni ślub, wbrew medialnym zapowiedziom, był całkiem normalny. Żadnego "celebryctwa" w nim nie zauważyłam.

- Strasznie mi na tym zależało. Bardzo cenię sobie życie zgodne z własnymi oczekiwaniami, a nie spełnianie za wszelką cenę oczekiwań innych. To cecha, która mnie denerwuje. Jeżeli ktoś żyje nie dla siebie... nie rozumiem tego.

I...

- ...i przepraszam, ale mam brzydki nawyk wchodzenia w słowo.

Suknia od Ewy Minge była powalająca. Zresztą twoja figura w niej też.

- Bardzo szanuję Ewę także dlatego, że jest dobrym człowiekiem. Wiedziała, jak ważna jest dla mnie ta sukienka i że to nie jest tylko kawałek materiału. Czuła to nie tylko jako projektantka, ale także jako człowiek.

Ewa lubi kobiety i potrafi podkreślać w nich to, co tego "godne".

- I z taką wrażliwością podeszła do wyjątkowości tej chwili, i jeszcze bardziej urosła w moich oczach. Tak po ludzku. Jestem jej za to wdzięczna. Jeżeli więc jestem średniego zdania o mediach, to dlatego, że o ludziach, których cenię, których znam, i wiem, co robią, czytam rzeczy kompletnie nieprawdziwe. Niesprawiedliwe.

A więc ślub piękny, ale normalny...

- I to znowu Radosław twardo stąpający po ziemi. Bo wiesz, już zaczęłam odlatywać - mam w sobie taką skłonność - już myślami byłam w ambasadzie w Paryżu, już widziałam siebie tam kroczącą, i nagle okazało się, że do ambasady może wejść tylko 30 osób. A my mamy liczną rodzinę - rodzice, rodzeństwo, dzieci, przyjaciele. I nagle muszę dokonać ostrych cięć, jak to wytłumaczyć bliskim? Ucieczką przed paparazzi? Siedzimy, rozmawiamy i Radosław mówi: "Słuchaj, to jest nienormalne, ja chcę mieć piękny ślub, chcę, żebyś ty miała piękny ślub, ale też chcę, żeby nasi bliscy przy tym byli. Nie dajmy się zwariować". I dodał męskim, kategorycznym tonem: "Nie dajmy sobie zepsuć tego dnia, Małgoniu".

Lubisz, że męskim, kategorycznym tonem?

- Tak, i Radosław tak ma, i wie, kiedy należy w ten sposób zareagować i się odezwać. Wbrew pozorom ma bardzo dużo do powiedzenia.

Wbrew pozorom? Są tacy, którzy myślą inaczej?

- Zdarza się, ale to zazdrośnicy (śmiech). Ja z kolei słyszę o sobie - to wytnę - że jestem próżna.

Może nie wytniesz...

- Może nie (śmiech). Często o sobie słyszę: inaczej pani wygląda niż w telewizji. To prawda, że telewizja dodaje mi lat. I jeszcze że lepiej wyglądam na żywo. Wtedy się śmieję, że zły zawód sobie wybrałam.

Ja często słyszałam, że w telewizji wydaję się dużo niższa.

- To ja w drugą stronę.

Przeczytałam wywiady z tobą i...

- Byłam ciekawa, czy będziesz je czytała przed naszym spotkaniem, bo nie ukrywam, że ja przygotowywałam się do wywiadu...

No i w tych wywiadach pytają...

- ...ciągle o to samo.

A o co mieliby pytać?

- Ty nie pytasz o to samo. Czytam każdy numer twojego pisma.

Rzadko rozmawiam z kobietami, "specjalizuję się" w rozmowach z mężczyznami.

- Wiem.

Słyszę i czytam, ale i widzę, jak zmienia się stosunek mediów do ciebie. Jaką się cieszysz popularnością wśród kobiet. Co ważniejsze - ich sympatią. Zadałam sobie więc pytanie: co jest w tej dziewczynie, czego nie wiedzą jedni, a drudzy już dostrzegli? Pamiętam cię ze Srebrnych Jabłek PANI, byłaś ze swoim poprzednim mężem.

- Byłam wtedy w ciąży.

To prawda, imponujesz mi, że w kraju, w którym tak wiele spraw budzi kontrowersje, publicznie powiedziałaś, że twoi synowie przyszli na świat za pomocą metody in vitro...

- Nie zrobiłam tego z jakiejś niepojętej odwagi, tylko dlatego, że to dla mnie normalne. I dziwiłam się, i do dziś dziwię, że ten temat budzi takie emocje. Jestem ogromnie wdzięczna, i będę to powtarzać do końca życia, lekarzom, którzy mi w tym pomogli. Mam dwóch wspaniałych synów, którzy bez ich pomocy nie pojawiliby się na świecie. Są miłością mojego życia. Nadają mu sens. Nigdy nie miałam wątpliwości związanych z tą metodą i nie rozumiałam kontrowersji, jakie wzbudzała. Znam jej prekursorów, wiem, jak in vitro zostało wprowadzone do Polski, jak wielkiej odwagi to od lekarzy wymagało. I jeśli zostałam matką dzięki tej procedurze, to nie będę udawać, że jest inaczej.

Po prostu?

- Po prostu. A to, co już się dzieje w ostatnich dniach, to...

Mówisz o słowach, które ostatnio padły publicznie, że dzieci urodzone za pomocą in vitro są jak truskawki bez smaku?

- Tak, ale nie tylko, też o bruzdach, o dzieciach Frankensteina. To jest poza rozumem...

A wiesz, kto powiedział o bruzdach?

- Ksiądz Franciszek Longchamps de Bérier. Człowiek, dzięki któremu dostałam się na studia doktoranckie na UW. Było 900 osób, dostało się sto parę i to jego głos zadecydował , że znalazłam się wśród nich. Wykładowca prawa kanonicznego, naprawdę wielka postać. Ale tym jednym zdaniem przekreślił moje wyobrażenie o nim. Długo nie mogłam się po tym podnieść.

Masz dzieci, bo bardzo chciałaś je mieć, ale wiem, że wcześniej nie myślałaś o byciu matką...

- Dokładnie, nie miałam aż tak silnego instynktu macierzyńskiego...

Nie zaglądałaś innym kobietom do wózków?

- Nie. Ale potem, jak się starałam o dziecko, to wokół widziałam tylko kobiety w ciąży i z wózkami. Bardzo chciałam zajść w ciążę, jednak nic z tego nie wychodziło. Zaczęłam już wpadać w paranoję... i wreszcie dowiedziałam się, że zostanę mamą.

Wiem, jakie programy robisz, chyba już wiem, co to test białej rękawiczki. Ale ten w wykonaniu mamy, żony, kobiety, która podchodzi do doktoratu, ma inny kontekst. Dorabiasz do tego jakąś filozofię?

- Nie, powiem ci, jak to było. To prosta historia. Byłam kobietą, która wychowując dzieci, siedziała w domu i chętnie oglądała tego typu programy. Uwielbiam Marthę Stewart. Moim wielkim marzeniem, a co roku je zapisuję, było zrobienie takiego programu jak ona. Na marginesie - w postanowieniach na 2016 rok też miałam zapisaną rozmowę z tobą, a jest początek 2017 (śmiech).

Bo?

- Bo cię szanuję. I chociaż zabrzmi to źle, to nie chodzi mi o uzyskanie twojej aprobaty, ale o to, że spotkałam osobę, z którą chciałam się spotkać. Nie chodzi też o to, żebyś mnie polubiła, tylko że miałam rozmowę z Małgorzatą Domagalik.

A lubię cię?

- Uważam, że ocenisz mnie obiektywnie. To otwiera przede mną kolejne horyzonty.

Kolejne szufladki?

- Tak, i na tym polega cudowność życia.

Nurtuje mnie jednak to, jak nie przykryć doktoratu, do którego się podchodzi, testem białej rękawiczki.

- Po szkole baletowej, która, choć zabrzmi to banalnie, była szkołą życia, byłam wykończona psychicznie i fizycznie. Wiedziałam, że muszę odpocząć. Po prostu wtedy nie byłam w stanie zdobywać świata. I moi rodzice nie mieli nic przeciwko temu, chociaż włożyli ogromny wysiłek w wykształcenie mnie - i nie mówię tylko o szkole baletowej czy o studiach, mówię też o sztukach w teatrze, wystawach, na które mnie zabierano, książkach, które mi podsuwano.

O rozmowach, o czasie wspólnie spędzonym?

- O czasie... Po to, żebym miała naprawdę dużo ciekawych rzeczy w głowie. I potem nagle zamykam się w domu. I tylko mówię rodzicom: zaufajcie mi. Ale w końcu po latach spędzonych w domu przyszedł moment, że coś osiągnęłam, według mnie oczywiście.

Pamiętam, że kiedy Radosław był gościem w jednym z moich programów, to wzbudzał zachwyt wszystkich dziewczyn w studiu.

- Rzeczywiście jest nieprawdopodobnie szarmancki.

Jesteś zazdrosna?

- "Patologicznie", ale w taki sposób, że u nas nie ma o to awantur an i kłótni. On się podoba kobietom, bo jest męski...

Im fajniejsza kobieta, tym mężczyzna u jej boku staje się od razu atrakcyjniejszy w oczach innych kobiet.

- Ale wiele kobiet nie uważa, że jestem fajna. Naprawdę.

No co ty mówisz, przecież niektóre już cię naśladują.

- Nie żartuj... Ale wracając do Radosława, to on ma w sobie urok mężczyzny, który obiecuje wspaniałą przygodę. Ma w sobie obietnicę szaleństwa, ale też spokoju. On wie, że może patrzeć tylko na mnie i być miły tylko dla mnie (śmiech). Działa to też w drugą stronę! U nas to jest dosyć proste. Jesteśmy zakochani, a jest takie banalne stwierdzenie, że zakochać się to patrzeć w jednym kierunku. Nie lubię takich banałów, my jesteśmy teraz bardziej na etapie patrzenia w siebie. I mam nadzieję, że ten etap będzie trwał długo albo że się przekonstruuje na "ciągle blisko"...

Ile jest w tobie małej dziewczynki? Takiej, która wierzy w szczęśliwe zakończenia?

- Mam nadzieję, że dużo. To znowu jest banał, że pielęgnuję w sobie dziecko. Ale tak jest. Jestem bardzo spontaniczna, to wynika trochę z takiej dziecinnej naiwności, ale i poczucia bezpieczeństwa, jakie dał mi dom. Zawsze w życiu robiłam to, na co miałam ochotę... taka dziewczynka właśnie.

Silna miłością swoich rodziców, rozpuszczona...

- Nie wyobrażam sobie momentu, w którym ich zabraknie. To będzie dla mnie... test na dojrzałość. Nie zostanie matką - chociaż był to poważny egzamin do zdania, nie zostanie żoną - za każdym razem jest to nie tyle coraz łatwiejsze, co coraz mądrzejsze. Jednak jak kiedyś zabraknie moich rodziców, to będzie to mój test na bycie człowiekiem.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje