Przejdź na stronę główną Interia.pl

Małgorzata Foremniak: Już się nie spieszę

Świadoma jak nigdy dotąd. Teraz inaczej widzi siebie i własny zawód. „Życie dało mi prezent”, mówi Małgorzata Foremniak i uśmiecha się do swoich myśli.

Piątkowe przedpołudnie, znana warszawska restauracja. Aktorka Małgorzata Foremniak wybiera stolik na antresoli, z daleka od gości i hałasu. Wygląda świetnie: oczy pełne blasku, świetlista cera. Jest ubrana w białe spodnie, granatową bluzkę i trencz. Do tego delikatna biżuteria oraz klapki w paski zebry. Wydaje się, że to, co ma dzisiaj na sobie, dobrze odzwierciedla jej styl: spokojny, elegancki, a jednak z pewną dozą ekstrawagancji. Przekonuję się szybko, że artystka budzi powszechne zainteresowanie, nawet wśród kelnerów. Nic dziwnego. Zna ją cała Polska. Przez 13 lat była najsłynniejszą serialową lekarką, czyli doktor Zosią w serialu "Na dobre i na złe". Od prawie 10 lat pełni rolę jurorki w programie rozrywkowym "Mam talent!" (TVN).

Reklama

Nieraz zaskoczyła widzów, kiedy nie wstydziła się łez wzruszenia albo spontanicznie wbiegała na scenę, aby kogoś uściskać. Jej życie przez długi czas było szeroko komentowane w mediach. Najgłośniej w trakcie jej związku z młodszym o 15 lat tancerzem Rafałem Maserakiem, którego poznała w telewizyjnym show "Taniec z gwiazdami" (tańczyła z nim w parze i dotarła do finału, zdobywając drugie miejsce). W 2011 roku opisywano też rozwód z drugim mężem, producentem filmowym Waldemarem Dzikim, z którym zaadoptowała dwójkę nastoletnich dzieci. Pierwsze, studenckie małżeństwo aktorki z ojcem jej jedynej córki Aleksandry było krótkie. Jej były mąż zginął w wypadku samochodowym. Waldemar Dziki zmarł na raka w ubiegłym roku. Obecnie niewiele wiadomo o życiu Foremniak. Być może wyczerpała już limit traumatycznych wydarzeń?

Występowała pani w wielu życiowych rolach. Mężatka, rozwódka, partnerka, wdowa. Do tego chwile wielkiej sławy i ciszy. Zadawała sobie pani pytanie, dlaczego akurat panią los tak doświadcza?

Małgorzata Foremniak: - Nie określiłabym tego aż tak mocno. Ludzie mają trudniejsze doświadczenia. Ale, owszem, działo się sporo. Nie było monotonnie. Będę miała co wspominać. Jednak najważniejsze jest to, że mogę korzystać z bogactwa doświadczeń. To one nas kształtują. Jeśli chodzi o moje życie, dzielę je na to poprzednie i obecne. Myślę jednak... jestem pewna, że oba są ważne.

Granicą była śmierć pani rodziców? Powiedziała pani kiedyś, że po tym musiała narodzić się na nowo.

- Odejście rodziców jest dla każdego bolesną stratą, zamknięciem pewnego rozdziału w naszym życiu. Odchodzi na zawsze jakaś część nas, ale tym samym otwiera się kolejny etap. Zaczynamy stawiać sobie pytania, których być może nie zdążyliśmy zadać rodzicom. Weryfikujemy wszystko to, co wokół nas się dzieje i co nas otacza. To dotyczy również ludzi i relacji między nimi. Podobnie działo się ze mną.

Jakie jest to pani nowe życie?

- Staram się żyć świadomie. W pełni przeżywać każdą chwilę. Być tu i teraz. Uważnie obserwować życie. Obojętnie, co w danym momencie robię, czy jestem w pracy, w domu czy w podróży. Nie gonię. Nie spieszę się. Znajduję czas na zatrzymanie się.

Mówi pani o tym i się uśmiecha.

- Uśmiecham się, bo mam w sobie dużo pozytywnej energii. W tym bezruchu można poczuć inny smak życia. Gdy stajesz się na chwilę obserwatorem, widzisz więcej, szerzej, głębiej. Rzeczy zwykłe stają się niezwykłe, a skomplikowane - dużo prostsze. Zaczynasz częściej odnajdywać w sobie spokój.

Ten spokój ma związek z tym, że u pani bliskich wszystko gra?

- Życie moich bliskich i moje bardzo spokojnie sobie płynie.

Ola, pani córka, kilka lat temu jako studentka psychologii powiedziała: "Mamo, czy wiesz, że miałaś głęboką depresję?". Pani odpowiedziała jednak, że woli słowo "transformacja".

- Słowa mogą mobilizować i pomagać. Mogą też ranić, pełniąc rolę kamienia, który ściąga w dół. Myślę jednak, że istotna jest moc naszego rozumowania. To my nadajemy znaczenie rzeczom oraz wydarzeniom. Nie odwrotnie. Wierzę, że wszystkie zakręty i ciosy od losu są po coś.

Cała sztuka polega na tym, żeby umieć odpowiedzieć sobie na pytanie: dlaczego mi się to przydarza?

- Myślę również, że to, czego doświadczamy, pomaga nam odkryć drogę do naszego wnętrza. Im bardziej oddalamy się od siebie, ty więcej niekomfortowych rzeczy nam się przytrafia.

Życie z dala od miasta pomaga zebrać myśli. Pani ma gospodarstwo 100 kilometrów od Warszawy. Z osiołkiem, kozą?

- Na co dzień mieszkam w Warszawie. Wieś to mój azyl. To moja przestrzeń. A zwierzęta i w ogóle przyroda są dla mnie bardzo ważne. Żałuję tylko, że nie mam dla nich tyle czasu, ile potrzeba. Wieś to także moja rodzina. Mój najwspanialszy czas z dzieciństwa? Wakacje spędzane na wsi u dziadków, dokąd rodzice zawozili mnie i moje rodzeństwo każdego roku. Tam ukształtowała się moja wrażliwość. Kilka lat temu, kiedy żyli jeszcze rodzice, poprosiłam ich o zasadzenie drzew w tym moim azylu. Mama wybrała rajską jabłoń, a tata orzech. W ubiegłe wakacje zrobiłam pierwsze konfitury z jabłek. Pojechały do Wiednia, na stół wigilijny do mojego rodzeństwa. W tej wspólnej, rodzinnej chwili była więc też jakaś "cząstka" obecności rodziców. Będę robiła te konfitury co roku. Dołożę jeszcze nalewkę z orzecha.

Obiecaliście sobie z rodzeństwem, że będziecie zawsze siebie nawzajem wspierać. Piękna sprawa.

- Gdy rodzice zachorowali, mogłam liczyć na całą rodzinę. Także na dzieci mojego rodzeństwa. Odległość z Wiednia do Warszawy nie stanowiła dla nich żadnego problemu. Wszyscy opiekowaliśmy się rodzicami. Dla mnie to było niezwykle ważne i budujące doświadczenie. Obecność rodzeństwa dała mi dużo siły.

W podobny sposób starała się pani wychować córkę i dwójkę adoptowanych dzieci?

- Każdy rodzic tego pragnie. Tutaj była bardziej złożona sytuacja. Pod jednym dachem znalazły się różne światy, różne wrażliwości. Trzeba było je połączyć i zbudować z tego jakiś nowy wzór. Czy się udało, to życie zweryfikuje. Dzieci są już dorosłe, odnajdują powoli swoje miejsce w świecie.

Pani i najstarsza córka jesteście przyjaciółkami?

- Jesteśmy przede wszystkim matką i córką. Ale mamy też niezwykłą więź między sobą, co sprawia, że bywamy przyjaciółkami. Lubimy z Olą spędzać wspólnie czas. Chodzimy do filharmonii i do kina albo na miasto, aby coś zjeść. Dużo ze sobą rozmawiamy.

Kiedyś opowiadała pani, że jedną z pani dominujących cech jest roztargnienie. W nowym życiu to się zmieniło?

- Tak, kiedyś rzeczywiście tak było. Teraz jednak pracuję nad swoją uważnością. Choć oczywiście różnie z tym bywa. Lubię na przykład czytać. I czytam kilka książek naraz. Nawet po przebudzeniu od razu chwytam za książkę, a potem kłębi mi się w głowie. Mój zawód również wymusza rozproszenie uwagi. Nieustannie moje myśli krążą wokół jakiejś postaci. Złapałam się ostatnio na tym, że zjadłam na śniadanie miskę pełną soczystych owoców, na które miałam wielką ochotę, i w ogóle tego nie zarejestrowałam. Mój umysł był gdzie indziej. Nad takimi momentami staram się więc pracować. Nie rozdwajać umysłu na drobne. Nie zaśmiecać go zbędnymi myślami. Oddzielać pracę od życia prywatnego.

Słucham o tej pani pracy nad sobą i odnoszę wrażenie, że jest pani dla siebie surowa.

- Już coraz mniej jestem al dente (śmiech)... Odpuszczam sobie to, co mniej ważne. Teraz inaczej odbieram upływ czasu. Kiedyś zupełnie o nim nie myślałam. A dzisiaj, gdy nie ma przy mnie wielu ważnych osób, graniczna linia życia stała się odczuwalna. Doceniam więc każdy moment. Każdą chwilę. Bo wiem, że ta chwila nigdy więcej się nie powtórzy. Dbam o relacje i o ludzi, których spotykam. Bo wszystko przemija i wydarza się tylko raz. Od jakiegoś czasu moje oczy są szeroko otwarte na to, co wokół.

Półtora roku temu powiedziała pani w wywiadzie: "Odpuściłam myśl, że z kimś będę". To przekonanie trwa?

- Przychodzą takie momenty, że bardzo brakuje mi drugiej osoby, drugiej "energii". Chciałabym tę moją codzienność móc z kimś dzielić, mieć świadomość istnienia źródła ciepła obok mnie. I tym ciepłem się wymieniać. Ale też nic na siłę. Nie szukam kogoś po to, aby zapełnił moje życie. Nauczyłam się żyć sama ze sobą. Z drugiej strony, aby z kimś być, nie trzeba z nim dzielić wspólnej sypialni. Najważniejsze, żeby umieć ze sobą rozmawiać i milczeć. Żeby się szanować. Wychodzę z założenia, że co ma być, to będzie, wcześniej czy później. Póki co delektuję się tym, co obecnie mam.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje