Przejdź na stronę główną Interia.pl

Maja Włoszczowska: Srebro dla wytrwałej

​Na olimpiadzie w Londynie miała walczyć o mistrzostwo w kolarstwie górskim. Przed startem upadła na treningu, łamiąc kości stopy. Po takiej kontuzji wiele osób nie chodzi, nie mówiąc o uprawianiu sportu. Maja Włoszczowska się nie poddała. Rywalki szlifowały formę, ona o kulach nosiła zakupy do mieszkania na poddaszu. I płacząc z bólu, wsiadała na rower. Na igrzyskach w Rio stanęła na drugim stopniu podium. Tytuł Kobiety Roku Twojego Stylu przyznaliśmy Mai nie tylko za srebrny medal, ale za żelazny charakter.

Livigno we Włoszech, lato 2012. Bezdeszczowe popołudnie, las na zboczu góry. Pamiętasz te okoliczności?

Maja Włoszczowska:
Aż za dobrze. Zgrupowanie kadry, do startu w Londynie zostały trzy tygodnie. To był już tylko szlif formy. Miałam za sobą rewelacyjny sezon, byłam jedną z trzech faworytek do olimpijskiego złota. Do tamtego momentu miałam tylko dwa wypadki, które wyeliminowały mnie z zawodów. Raz poraniłam twarz, raz uszkodziłam łokieć i z powodu krwawienia nie mogłam jechać dalej. Trasy w Livigno znałam doskonale. Podczas tego wyjazdu ćwiczyliśmy technikę. Wjeżdżaliśmy kolejką, zjeżdżaliśmy na rowerach. Trenowałam z Olą Dawidowicz i Markiem Konwą, olimpijczykami, z którymi miałam lecieć do Londynu. Zamierzaliśmy zjechać pięć razy, to był ostatni zjazd.

Reklama

Co się stało?

- W pewnym momencie do pokonania był zeskok z drewnianego mostka. Nie arcytrudny, ale z kiepskim lądowaniem na wąską ścieżkę. Nie zmieściłam się na niej, rzuciło mnie na zbocze i prawdopodobnie lewa stopa zaklinowała się między kamieniami. Podwinęła się i wykręciła. Upadłam, ból był koszmarny. Spojrzałam na nogę i wiedziałam, że po igrzyskach. Krzyczałam i wyłam. Ola została ze mną, Marek pojechał po pomoc. Gdy przyjechali ratownicy, stało się jasne, że ruszyć mnie stamtąd będzie bardzo trudno. Zdjęcie buta było nierealne. Podłączono mi kroplówkę z morfiną, wisiała na drzewie, na gałęzi nade mną. Ból nie ustępował. W końcu ratownicy znieśli mnie na noszach do karetki. W Livigno jest tylko pogotowie, więc czekało mnie 60 kilometrów po górskich krętych drogach do szpitala w Sondalo. Tam przyjechał mój trener Marek Galiński. Wciąż mam tę scenę w oczach: ja leżę i patrzę w sufit, on stoi obok. Cisza, wszystkie emocje wiszą w powietrzu. Wtedy poczułam się naprawdę fatalnie. Było mi cholernie przykro. Czułam, że zawiodłam całą drużynę, sponsorów, Marka...

Co było silniejsze: wściekłość, żal czy może nadzieja?

- Chyba żal, bo nadziei nie było. W polskich mediach spekulowano: może z taką kontuzją da się wystartować? To jednak było złamanie kości stępu, wokół której ulokowane są pozostałe kości i one też były pogruchotane. A co najgorsze, zerwałam wszystkie więzadła. Nie miałam złudzeń. Zanim trafiłam do mojego lekarskiego guru, profesora Krzysztofa Ficka, we Włoszech spędziłam dwie doby na wyciągu. Przez piętę przewiercono mi dziurę na wylot, zamocowano tam stabilizujący pręt, wstępnie poskładano kości. Nie mogłam się ruszyć, cierpiałam. Jestem wdzięczna mojemu sponsorowi, który przysłał po mnie prywatny samolot, żebym jak najszybciej trafiła do kliniki w Bieruniu. Tam kolejne kubły zimnej wody. Profesor powiedział: tego nie da się zrobić szybko. Usłyszałam też, że wielu ludzi po takiej kontuzji nie wraca do chodzenia, a co dopiero do zawodowego uprawnia sportu.

Odebrałaś to jak werdykt: jesteś bez szans, czy jako punkt odbicia? 

- Nie zamierzałam przyjmować do wiadomości czarnych wersji. Przekonywałam siebie: zakładamy gips na sześć tygodni, ściągamy i wsiadam na rower. Ale najpierw... jednak Londyn. Z nogą puchnącą pod gipsem poleciałam na igrzyska i było to przeżycie okropne. Oglądanie wyścigu z boku, do tego kontakt z polskimi kibicami. 

- Stałam za taśmą odgradzającą widzów od zawodników i słyszałam: "Pani Maju, pani powinna być po drugiej stronie tej taśmy!". Dobrze, że miałam ciemne okulary. Dużo łez. A potem lekcja cierpliwości. 

Jak radziłaś sobie unieruchomiona w gipsie? 

- Słabo. Mieszkam na poddaszu, wdrapanie się z kulami po stromych schodach urosło do rangi wyczynu. Dziesiątki razy ćwiczyłam scenariusz: już jestem na górze, a tu nagle jedna kula zjeżdża na sam dół, więc muszę zejść i zacząć wspinaczkę od początku. A jak przenieść herbatę z kuchni na kanapę? Niektóre rzeczy nosiłam w torbie przewieszonej przez ramię, ale przecież nie włożę tam kubka. Na szczęście był przy mnie Przemek, mój mężczyzna. Bardzo mi pomagał. Przez ten czas nabrałam wielkiego szacunku do osób niepełnosprawnych. 

Co się okazało po zdjęciu gipsu? 

- Że stopa jest sztywna, kompletnie nieruchoma. Na początku fizjoterapeuta musiał rozmiękczyć mi tkanki, to było po prostu siłowe ugniatanie. Zaciskałam zęby i przekraczałam kolejne granice bólu. Na telefon ściągnęłam aplikację - elektroniczną poziomicę pozwalającą mierzyć kąt odchylenia - i codziennie sprawdzałam, czy osiągamy choć jeden stopień zgięcia więcej. Szło powolutku, ale pewnego dnia: stop, dalej blokada. 

- Byłam załamana, szukałam rady u specjalistów na całym świecie. Pewien sławny ortopeda ze Szwajcarii zasugerował rozwiązanie, które zastosował, lecząc kontuzjowaną baletnicę. Usunął zbliznowacenia, które powstały w stawie skokowym i blokowały ruch. Z profesorem Fickiem zrobiliśmy to samo. Tej operacji nie nagłaśnialiśmy, bo i tak krążyły już komentarze: "Włoszczowska do sportu raczej nie wróci". 

Operacja pomogła? 

- Zakres ruchu wciąż był ograniczony, ale wystarczający, żeby jeździć na rowerze. W listopadzie postanowiłam spróbować, choć noga wyglądała okropnie. Obwód uda i łydki zmalał o kilka centymetrów. A pierwsza radość z jazdy ulotniła się po dziesięciu minutach. Ruszyłam na, zdawało mi się, płaską pętlę wokół mojej rodzinnej Jeleniej Góry, ale miałam wrażenie, że za każdym zakrętem wyrósł Mount Everest. W kolarstwie mamy specjalne mierniki, które pokazują, z jaką siłą pedałujemy. Gdy jestem w dobrej formie, czuję się komfortowo na mocy 200 watów. A wtedy mogłam wykręcić najwyżej 110. Wizja, że kolejny sezon będzie dobry, prysnęła. Musiałam to zaakceptować i łatwo nie było. 

A nie miałaś refleksji: może to jest moment, kiedy powinnam dać sobie spokój? 

- Nie. Nie byłam przygotowana na koniec kariery. Poza tym chcę, żeby odejście od sportu było moją decyzją, a nie efektem zrządzenia losu. Byłam w szczycie formy, najlepszym wieku do tej dyscypliny i nie chciałam robić nic innego. 

W imię czego ta determinacja? 

- Szajba, miłość do sportu? Nazwij to, jak chcesz. Mam fioła na punkcie wyścigów cross-country. Kiedy we wrześniu kończy się sezon, czuję się zmęczona. Ale wystarczą krótkie wakacje i znów stwierdzam: szczęściara ze mnie. Mam pracę, którą kocham, żyję w świetnym środowisku. Bo kolarze to specyficzna grupa. Przyjaźnimy się, wspieramy. A sama jazda na rowerze górskim? Czyste endorfiny. Poza tym zobacz, w jakich warunkach ja trenuję i startuję. Jadę wśród krajobrazów jak z bajki. Mijam stado saren na polu albo spod kół uciekają mi wiewiórki. No kurczę, kto ma taką pracę? 

Skąd wzięło się w tobie to "zakręcenie"? 

- Wychowałam się w sportowej rodzinie. Tata w roku 1979 brał udział w wyprawie na Annapurnę, mama uprawiała amatorsko wiele sportów. Także jej późniejszy partner, Krzysiek Zalewski, szalał na ich punkcie. Ja i starszy o trzy lata brat byliśmy skazani na ruch. Zimowe weekendy spędzaliśmy na nartach, wiosenne i letnie na rowerze. Mama woziła z sobą linkę, na której mnie holowała, gdy miałam już dość. 

- W podstawówce startowałam na "góralu" w zawodach międzyszkolnych, a któregoś roku okazało się, że w Karpaczu odbywają się amatorskie mistrzostwa Polski, rodzinne. Za pierwszym razem pojechał ze mną tata. Wtedy rodzice nie byli już razem, ale po rozwodzie pozostali w dobrych stosunkach. W tym pierwszym wyścigu nie wygraliśmy, ale stanęliśmy z tatą na podium. Rok później jechałam w parze z mamą i wygrałyśmy finał. Kiedy odbierałam nagrodę, trener z klubu Śnieżka Karpacz wręczył mi profesjonalną koszulkę kolarską, wtedy szczyt luksusu. "Przyjedź jutro na trening", powiedział, a ja wzruszyłam ramionami: "Po co? Jestem dobrą uczennicą, nie zamierzam przez treningi zawalić szkoły". 

Co na to mama? 

- Nie nalegała, powiedziała jedynie: "Zobacz, jak tam jest, jeśli ci się nie spodoba, zrezygnujesz". W porządku, pojechałam. Okazało się: fajna grupa młodych ludzi, trening to w dużej mierze zabawa. Zostałam. Dojeżdżałam do Karpacza rowerem, pół godziny w jedną stronę - to już był niezły trening. Zbiórka na przystanku, kto się spóźnił, za karę robił pompki. Zaczęły się zgrupowania, obozy. Potem pierwsze poważne zawody. Trener powiedział: "Majka, myślę, że masz szansę wygrać". I zwyciężyłam. Super.

Już wtedy zaczęłaś się uzależniać od wygrywania? 

- Chyba tak. Nie ukrywam, lubię rywalizację. Ale to nie tak, że muszę konkurować na każdym polu. Nie ma sprawy, jeżeli ktoś jest ode mnie lepszy w gotowaniu czy więcej czyta. Kiedy jednak chodzi o sport, zapala mi się światełko. Rzutki, kartingi, bieganie na nartach - chcę wygrać. Choć porażki akceptuję ze spokojem. Byłeś lepszy? Szacun. 

- Oglądałam niedawno film o pewnej zawodniczce z czołówki, która opowiadała, że aby wywołać w sobie "pozytywną agresję", na starcie wręcz przeklina inne zawodniczki. Zupełnie nie czuję takiego podejścia. Raczej podchodzę do wyścigów jak do partii szachów czy gry w karty. Każdy ma mocniejsze i słabsze strony. Sztuką jest umieć je dobrze wykorzystać. 

Jak ty się nakręcasz przed startem? 

- Nie nakręcam się, tylko skupiam energię. Na igrzyskach jest nas na linii tylko 30, ale na zawodach pucharu świata już koło setki. Wszystkie zawodniczki się przepychają, cały czas trzeba pilnować, żeby nie stracić dobrej pozycji. Potrzebny jest świetny refleks, by usłyszeć strzał startowy, szybko wpiąć się w pedał i idealnie zatrzasnąć but. Jedno kliknięcie więcej, a rywalki są już dwa metry dalej. Patent polega na tym, żeby wygenerować dużą moc w pierwszych sekundach. A już na trasie umieć się spiąć w kluczowym momencie. 

- Wyobraź sobie krótki podjazd, a po nim ostry zjazd. Na szczycie podjazdu warto być z przodu, bo jeżeli zawodniczka przede mną się wywróci albo jedzie wolno, ja oddaję za darmo sekundy. Muszę się zdobyć na mocne depnięcie, by na górze być pierwsza. 

Co jest ważniejsze: siła w nogach czy siła w głowie? 

- Pół na pół. Praca z psychiką jest równie ważna jak wysiłek na treningu. Ja trzymam się najważniejszej zasady: "niczego nie muszę". Tylko mogę, chcę - tego nauczyła mnie mama, która jest mądrą, silną kobietą. Niesamowicie działa skupianie się na każdym fragmencie pracy. Jeżeli trenuję na sto procent, wiem, że na zawody przyjechałam w najlepszej możliwej dyspozycji. Podczas wyścigu znów muszę starać się maksymalnie. Wtedy niezależnie od wyniku na mecie będę mogła powiedzieć: zrobiłam wszystko, co było w mojej mocy. Gdy jestem czwarta - trudno. Nie mam prawa być rozczarowana czy zła. 

To chyba jest olbrzymia sztuka dorobić się takiego podejścia. 

- Dla mnie sztuką jest pielęgnowanie radości z jazdy mimo presji i oczekiwań innych. Podczas konferencji prasowej po wygranej w igrzyskach w Rio Szwedkę Jenny Rissveds zapytano, jaką miała taktykę. Uśmiechnęła się i powiedziała: "Cóż, po prostu chciałam się dobrze bawić!". Ja też jestem zwolenniczką tego podejścia. 

Jakie znaczenie dla zawodniczki ma doping kibiców, wsparcie bliskich? 

- Mama jest praktycznie na każdych zawodach. Tata mieszka w Anglii, ale również przyjeżdża często. To, że rodzina żyje moimi zmaganiami, że mam kibiców, którzy do mnie piszą, głosują w plebiscytach - nadaje sens temu, co robię. Pamiętam start w Australii, gdzie na trasie kibiców praktycznie nie było. Kręciliśmy się w kółko po pętlach i walczyliśmy między sobą. Na początku jest z tego fan, ale potem człowiek się zastanawia: po co, dla kogo? 

- Do końca życia będę wspominać powrót do Jeleniej Góry po igrzyskach. Specjalnie dla mnie w sobotnie południe na rynek przyszło kilka tysięcy osób. Widziałam w ich oczach szczere emocje. W takich momentach czuję, że moja jazda na rowerze to nie jest tylko zabawa. Daję ludziom energię, która prawdopodobnie nakręca ich do działania. To bezcenne, ważniejsze od medali. 

Masz medale olimpijskie, z mistrzostw świata, trzymasz je w widocznym miejscu? 

- Nie. Medale leżą w pudełkach, które zabieram ze sobą, kiedy idę na spotkania z kibicami. Szczególny sentyment mam tylko do dwóch trofeów - figurek, które stoją na szafce. Starsza to nagroda z pierwszych zawodów pucharu świata, które wygrałam, współpracując z Markiem Galińskim. Fantastyczny wyścig, w którym wszystko rozegrało się na ostatnim zjeździe. Szłam łeb w łeb z Kanadyjką, było wiadomo, że ta z nas, która wjedzie pierwsza na górę, ma zwycięstwo w kieszeni. Niestety, ona była minimalnie szybsza. Na zjeździe miałyśmy do wyboru dwie ścieżki: krótszą, ale trudniejszą i łatwiejszą dłuższą. Ona wybrała krótszą, ale ja mocniej przycisnęłam na dłuższej, to było genialne zagranie. Jaka ja byłam szczęśliwa na mecie! Druga figurka jest za zwycięstwo w roku 2014, również w RPA. Pierwszy puchar świata po śmierci trenera. 

Marek Galiński, wyczynowy kolarz, olimpijczyk. Kim był dla ciebie? 

- Największym autorytetem. Mniej więcej rok przed moim wypadkiem zrezygnowałam ze współpracy z poprzednim trenerem, a reszta dziewczyn z drużyny poszła za mną. Doszło do medialnej burzy, nagonki na Marka, który nie był niczemu winny. Podjął się trenowania kadry na prośbę moją i prezesa Polskiego Związku Kolarskiego. Marek miał silny charakter, kiedy wokół wrzało, nie walczył z mediami, robił swoje. Na nowo nauczył mnie cieszyć się treningiem. "Trafiłaś do sportu, ponieważ to uwielbiasz i tego nie wolno ci zgubić", powtarzał. Kiedy w roku 2013 przeszłam do holenderskiej drużyny Giant, on dalej mi pomagał. Planowaliśmy wrócić do ścisłej współpracy, rozmawialiśmy o tym, gdy w roku 2014 spotkaliśmy się na Cyprze. Byliśmy umówieni na telefon. Ale po kilku dniach zadzwonił ktoś inny z wiadomością, że Marek nie żyje. Zginął w wypadku samochodowym. 

Nie pomyślałaś: za dużo ciosów od losu? 

- Rzeczywiście, byłam w rozpaczy. To był kolejny ciężki moment, kryzys większy niż po kontuzji. Straciłam motywację. Zresztą powietrze zeszło z nas wszystkich, którzy mieliśmy okazję pracować z Markiem. Pocieszaliśmy się: czy on chciałby, byśmy się teraz załamali? Nie. Dziś na rękawkach koszulek i na bransoletce mamy napis z prostą mądrością Marka: "Rób swoje". 

Trudne chwile utwardzają sportowca czy podkopują jego pewność siebie? 

- Jeśli się je przewalczy, to dają dużo więcej niż zwycięstwa, tak myślę. Czasem nachodzi mnie myśl: rzucę to w cholerę, po co się tak męczę? Bo wszystko idzie nie tak, przyplącze się pech i co zrobić? Przykład: mistrzostwa świata w ubiegłym roku. Jechałam po pewną "blachę" i na ostatnich dwóch kilometrach złapałam "kapcia", trzeci raz z rzędu defekt techniczny krzyżował mi plany w mistrzostwach świata!

- Przed totalnym załamaniem uratowała mnie reakcja kibiców, usłyszałam, jak skandują moje imię: "Ma-ja, Ma-ja!!!". Poczułam nową siłę, rzuciłam się w pogoń. I choć do zdobycia brązu zabrakło mi dwudziestu centymetrów, czułam, że wygrałam. To są fanatyczne chwile, wartość nieprzeliczalna na żadne pieniądze. 

Ale pomówmy i o nich. To konkretny wymiar uprawiania sportu na mistrzowskim poziomie. Pierwszy samochód kupiłaś w wieku 17 lat. 

- Tak, używaną škodę. Dla młodej dziewczyny to było coś. Dziś mam 33 lata i staram się dobrze lokować to, co zarabiam. Zainwestowałam w spółkę, która zajmuje się produkcją części z karbonu. I w budowę apartamentów w Jeleniej Górze, w miejscu, gdzie chcę kiedyś zamieszkać. 

A co z wydawaniem na bieżąco? Zdrowy rozsądek zakazuje ci szaleństw?

- Nie do końca. W tym roku na Balu Mistrzów Sportu miałam przyjemność wystąpić w kreacji Gosi Baczyńskiej. Sukienkę pani Gosia mi wypożyczyła, ale będąc u niej, zakochałam się w butach, które sobie kupiłam. Jestem zadowolona, że miałam je na nogach już dwa razy. 

Uważaj, bo jeżeli krytycy mody zauważą cię w nich na ściance trzeci raz, obsmarują w internecie. 

- Na szczęście mam do tego dystans, a plotki mnie nie ruszają. Choć czasem komplikują życie. Z mediów dowiedziałam się na przykład, że jestem mężatką. Oburzony tata zadzwonił do mamy: jak mogłam go nie zaprosić na ślub! 

- Generalnie rzadko uczestniczę w życiu celebrytów i uważam, że moja popularność jest umiarkowana. No, na ostatniej Dolnośląskiej Gali Mistrzów Sportu było ciężko. Miałam swoich gości, ale nawet nie mogłam się do nich przebić, ciągle ktoś prosił mnie o zdjęcie, o autograf. W takich sytuacjach tłumaczę sobie: jestem w miejscu publicznym, a dla ludzi, którzy się tu zjawili, to może jedyna okazja, żeby się ze mną spotkać. 

Popularność ma i ciemne strony. Znasz je? 

- Tak. Przez kilka miesięcy prześladował mnie natręt, który wydzwaniał, wypisywał e-maile do mnie, a nawet do mojej mamy. Czułam się osaczona, więc poszłam do adwokata. Na szczęście wystarczyło jedno pismo i więcej nie miałam kontaktu z tym człowiekiem. 

Skoro mówimy o niedogodnościach twojego życia, chcę zapytać o coś, co mnie zafrapowało, gdy czytałam twoją książkę. Co to jest system Adams? 

- O, to coś zdecydowanie bardziej męczącego niż psychofani! A mówiąc poważnie, jest to system antydopingowy. Uciążliwy, ale go popieram, bo oczyszcza nasz sport z podejrzeń o nielegalne wspomaganie. Polega to na tym, że w elektronicznym grafiku muszę podać miejsce, gdzie śpię, i godzinne "okienko", kiedy na sto procent jestem pod wskazanym adresem. Każdego dnia, przez cały rok. Za niedopełnienie tego obowiązku grozi kara - dwa ostrzeżenia, potem dyskwalifikacja na dwa lata, jak za twardy doping. 

- Kontrolerzy przyjeżdżają wszędzie, są z różnych krajów. Kiedy byłam na zgrupowaniu w Kolumbii, odwiedził mnie Hiszpan, gdy jestem w Jeleniej Górze, na ogół zjawiają się Niemcy lub Czesi, ale zdarzyli się i Duńczycy. "Goście" towarzyszą mi w toalecie, pobierają próbkę moczu. Na ogół trzeba opuścić spodnie do kostek, koszulkę podciągnąć wysoko. Kontrole zazwyczaj przebiegają w bardzo przyjaznej atmosferze, ale te pierwsze i tak były straszne. Z czasem się przyzwyczaiłam. 

Kontrole, pot, moc, którą liczysz w watach. Jest w tym wszystkim miejsce na kobiecość? 

- Pewnie, chociaż większość czasu spędzam w "stylizacji" dresowej. Ale jasne, od czasu do czasu kiecka, dobry makijaż, fryzura i szpilki są miłą odskocznią. Chronię swoją kobiecość, chociaż dla mnie nie oznacza ona słabości. Czasem słyszę: słaba kobieta w męskim sporcie. Ej! Wytrzymam więcej bólu i zmęczenia niż facet. 

Ale kiedy mężczyzna całuje cię w rękę, nie wyrywasz dłoni? 

- Kiedyś skreśliłam pewnego Szwajcara po jednej randce, bo nie przepuścił mnie w drzwiach. Uznałam, że to aroganckie, choć okazało się, że to tylko kwestia różnic kulturowych. Cenię maniery, ale nie przesadzam. Jeśli facet ma ochotę mi pomóc - proszę, ale jeżeli się do tego nie pali, sama biorę walizkę i radzę sobie. 

Jaki jest Przemek, mężczyzna, który nadąża za tobą? 

- Cierpliwy. Jesteśmy razem ponad sześć lat. Szanujemy swoją niezależność, każde z nas ma swoje pasje. On jest pilotem rajdowym. Często się rozjeżdżamy, umiemy żyć bez siebie, i to jest zdrowe. Związek ze mną nie jest łatwy, mam twardy charakter. Ale mój mężczyzna też, więc dobrze, że nie jesteśmy konfliktowi. Może na taką nie wyglądam, ale potrafię pierwsza wyciągnąć rękę do zgody. 

Trzydziestolatki z biegiem lat coraz częściej słyszą pytanie: a kiedy dziecko? Myślisz o nim? 

- Zdaję sobie sprawę, że czas się kurczy, ale podchodzę do tego odpowiedzialnie. Nie jestem przekonana, że pogodziłabym bycie mamą i zawodowe uprawianie sportu. Poza tym, co tu dużo mówić - mam wygodne życie, robię, co chcę, podróżuję. Muszę być pewna, że dla dziecka jestem w stanie zrezygnować z mojej wolności. Może to kwestia dorośnięcia, włączenia się instynktu macierzyńskiego. Nie jestem pewna, czy we mnie on się już obudził. 

Przyznaliśmy ci tytuł Kobiety Roku za to, że się nie poddałaś. Po wyleczeniu kontuzji pojechałaś na igrzyska do Rio i zdobyłaś srebrny medal. Jaki to miało smak? 

- Nie do opisania. Najważniejsze były chwile na mecie, z drużyną. Fenomenalna radość, wzruszenie i duma. Na hasło trenera Michała Krawczyka odtańczyliśmy euforyczny taniec zwycięstwa. Podskakujący na szyi medal w pewnej chwili porządnie uderzył mnie w nos, myślałam, że go złamał. 

- Te igrzyska trochę mnie zmieniły. Dotąd uważałam, że mój sukces to pochodna dobrych genów, a także tego, że trafiałam na właściwych ludzi, sprzyjało mi szczęście. Teraz mam poczucie, że sama ciężko na niego zapracowałam. Byłam wytrwała i nie roztkliwiałam się nad sobą. Cieszę się, że się nie poddałam i w Rio napisałam kawałek fajnej historii, która - mam nadzieję - będzie inspiracją dla innych. 

TWÓJ STYL 5/2017

AGNIESZKA LITOROWICZ-SIEGERT

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje