Przejdź na stronę główną Interia.pl

Magdalena Cielecka: Mój instynkt przetrwania

Jako dziewczynka płakała nad książką O psie, który jeździł koleją. Wręcz upajała się swoją rozpaczą. Dobrze, że zachowała tę wrażliwość, bo dla aktorki nerwy na wierzchu to narzędzie pracy. Im więcej przeżywa, tym bogatszy ma warsztat. Tylko co zrobić, żeby nie zwariować? Magdalena Cielecka mówi, że emocjami trzeba... zarządzać, a to wymaga dojrzałości. Kiedyś grając, musiała "się wypruć". Dzisiaj potrafi żartować za kulisami, a potem w sekundę wskakuje w postać. Może zagrać sto ról, a i tak z teatru wychodzi Magda bez maski i kostiumu.

Reklama

Spotykam się z jedną z najpiękniejszych kobiet w Polsce, ale Magdalena Cielecka nie onieśmiela. Należy do tych osób, przy których od razu czujemy się dobrze, choć jest w niej powaga, która nie zachęca do spoufalania się. Gdy w domu spisuję naszą rozmowę z dyktafonu, mój roczny synek wsłuchuje się w jej głos jak zaczarowany.

Mówi się, że aktorzy są wrażliwcami. Pani także?

Magdalena Cielecka: Wrażliwość to w mojej pracy jedno z podstawowych narzędzi oprócz ciała. I nie chodzi o to, że aktor musi umieć rozpłakać się na zawołanie. Przez wrażliwość rozumiem umiejętność wczuwania się w emocje innego człowieka - bohatera z filmu czy spektaklu. Tylko wtedy widz uwierzy w prawdę postaci. Wrażliwość to także zdolność do empatii, rozumienia uczuć innych. Również swoisty radar ustawiony na nowe zjawiska, cudze reakcje, sztukę. Aktor czerpie z tego, co jest wokół niego. Korzysta ze wszystkiego, co pogłębia jego wrażliwość: książek, filmów, spotkań z przypadkowymi ludźmi, z przyjaciółmi. Ja też.

Z tym radarem trzeba się urodzić?

- Chyba tak, to dar jak każdy inny. Od dziecka miałam nerwy na wierzchu. Rodzice nie próbowali mnie tonować, nikt się nie dziwił, gdy wybuchałam płaczem nad książką. Choć był wyjątek. Jedną z książek - O psie, który jeździł koleją - mama przede mną chowała. Zanosiłam się nad nią szlochem. Gdy Lampo zginął pod kołami pociągu, ratując dziewczynkę, czułam fizyczny ból. Ale też odkryłam, że to lubię: przeżywać ekstremalne emocje, nie tylko negatywne, pozytywne także. Lubowałam się własną rozpaczą po Lampo, to było upajające. Aktorzy tak mają, dopiero potem to zrozumiałam. Często wchodzimy na wysokie emocjonalne "C". I w takiej sytuacji włącza nam się wewnętrzna kamerka: przeżywam smutek, żal, euforię, a jednocześnie obserwuję samą siebie. Co się wtedy dzieje ze mną, z moim ciałem? Chcę to zapamiętać. Kiedyś wykorzystam w pracy. Od dzieciństwa pakuję plecak - jak każdy z nas - wspomnieniami, doświadczeniami, obserwacjami. I potem wyciągam z kieszonek odpowiednią emocję.

Kiedyś pani powiedziała, że by poznać siebie, trzeba wrócić do dzieciństwa, bo tam wszystko się zaczęło. Te pierwsze istotne doznania to były tylko książki? Pamięta pani film, który zrobił na pani wrażenie?

- Bardzo dokładnie. Rodzice oglądali wieczorem Nędzne psy Sama Peckinpaha z Dustinem Hoffmanem. Fabuła jest prosta: bohater wraz z żoną wyprowadza się na wieś, tam ona zostaje zgwałcona. Oczywiście mnie i bratu nie wolno było tego oglądać, prawdopodobnie śledziliśmy akcję przez uchylone drzwi. Scena napaści zrobiła na mnie ogromne wrażenie: była na poły przemocowa, na poły... erotyczna. Do dziś pamiętam przyspieszone bicie serca w odpowiedzi na to, co widziałam na ekranie telewizora. Nie obejrzałam filmu do końca, rodzice się zorientowali. A z filmów bardziej odpowiednich dla dziewczynki pamiętam Akademię Pana Kleksa - ogromne wrażenie wywarł na mnie Marsz wilków do rytmu mocnej, rockowej muzyki. Byliśmy na wycieczce klasowej do kina w Spodku w Katowicach. Mieszkałam pod Częstochową, w Żarkach-Letnisku, więc była to spektakularna wyprawa. Starsi uczniowie razem z mamami jeździli na Przeminęło z wiatrem. Dla mnie to był owoc zakazany, nic dziwnego, że podsłuchiwałam, jak koleżanki z wypiekami na twarzy szeptem opowiadały o filmie: jak ona mogła, a on ją tak całował, czemu go zostawiła? Byłam przekonana, że film kipi od emocji i seksu. Marzyłam, żeby go zobaczyć. Gdy udało mi się wiele lat później, przeżyłam rozczarowanie. Chyba nie warto wracać do obiektów pierwszych wzruszeń, z perspektywy dorosłego mogą wydać się śmieszne.

Cały wywiad znajdziesz w najnowszym numerze magazynu Twój STYL - już w sprzedaży!

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje