Przejdź na stronę główną Interia.pl

Magda Gessler: Tylko mnie kochaj

Romantyczna jak wystrój jej restauracji: pełen poduszek, kaczuszek i innych ozdób. Pragmatyczna. Swoje interesy prowadzi z żelazną konsekwencją i nie warto wchodzić jej w drogę. Czarująca, uwodzi ludzi spojrzeniem, głosem, prezentami, a przede wszystkim tym, jak karmi. Ostra. Popłoch, który sieje w programie Kuchenne rewolucje, nie jest kwestią reżyserii, a mocne słowa na wizji są jej własne. To jaka jest Magda G.?

Magda Gessler żyje tak, jak gotuje: żywiołowo, emocjonalnie, łamiąc reguły. Na przykład podaje foie gras z polskim sękaczem. Niektórzy twierdzą, że jest w tym mistyfikacja. Mówiąc o przeszłości, koloryzuje. Bez złej woli, po prostu jak Alicja tkwi w swojej krainie czarów, gdzie realne miesza się z wyobrażonym. A fakty? Córka dziennikarza Mirosława Ikonowicza. Wczesne dziecko, a czasy były ciężkie. Zapracowani rodzice na kilka lat oddają Magdę dziadkom. Ich dom w Komorowie był miejscem sielankowym.

Reklama

A potem rusza karuzela, bo zdolny Ikonowicz zostaje korespondentem zagranicznym PAP-u: Sofia, Hawana, Madryt. Magda i jej brat Piotrek jadą z rodzicami. Podróże to przygoda, ale w obcych krajach brak im poczucia bezpieczeństwa, szczególnie że ojciec i matka są zajęci, cieszą się życiem. Magda jest dzieckiem trudnym i wrażliwym. Chłonie wrażenia, zapachy, smaki. Trudno uwierzyć, że dokładnie przypomina sobie potrawy i przyprawy z dzieciństwa, opowiada o faktach, których chyba nie mogła zapamiętać. Choćby to jak częstowała ciastem Fidela Castro.

Z pobytu w Madrycie bierze to, co najlepsze, obraca się wśród artystów i wyższych sfer. Nie drążmy, czy naprawdę znała Almodóvara i czy urządzała przyjęcia dla dworu królewskiego. Sztukę promocji opanowała na pewno: wystawia swoje obrazy, sprzedaje ceramikę no i romansuje. Ma kilku ciekawych narzeczonych, aż tu nagle ślub ze sporo starszym niemieckim dziennikarzem "Der Spiegla". Przy nim staje się inną osobą, lecz tylko do chwili śmierci męża. Jako wdowa wraca do Polski i tu zaczyna drugi akt życia. Wchodzi do restauratorskiego klanu Gesslerów. Z mężem Piotrem otwiera w Ogrodzie Saskim restaurację, w której bywa elita: dyplomaci, artyści, biznesmeni. Dzięki temu Magda Gessler zna wszystkich i wszystko wie.

Szybko buduje restauracyjne imperium: U Fukiera, Ale Gloria, Gar, Tsarina, Słodki słony, Biała Gęś... Jedne knajpy były jej własnością, innym dawała tylko nazwisko. Ono działa, bo Gessler liczy się w świecie kulinarnym, a odkąd prowadzi program Kuchenne rewolucje, jest także jego... postrachem. Magda Gessler polaryzuje. Niektórzy zarzucają jej brak profesjonalnego przygotowania. A jednak staje się marką: jest jurorką w MasterChef, wydaje książki, gra w reklamach, a po wpisaniu jej nazwiska w Google’a pojawia się 437 tysięcy wyników. Co nie znaczy, że da się tam znaleźć całą prawdę.

Twój STYL: Jakiej cechy charakteru chciałabyś się pozbyć?

Magda Gessler: Skłonności do martwienia się o wszystko. Troski o sprawy osób, które kocham. Bo wiem, że powinnam im zaufać, czasem zostawić samych sobie, a nie potrafię.

Mówisz o swoich dzieciach?

- Tak, ale i o tacie, o bracie, nawet o byłym mężu. Kiedy umarła mama, która zawsze miała parę groszy, była gospodarna, oszczędna, jej miejsce zajęłam ja. Pamiętam, jak wielkim przeżyciem były pierwsze święta robione nie przez mamę, tylko przeze mnie.

Ale to nie jest wada.

- Moją wadą jest "dajstwo". Zanim ktokolwiek określi, czy chce się ze mną przyjaźnić, ja od razu obdarzam go ogromną dozą sympatii, dobrej energii, na wyrost, żeby nie usłyszeć "nie".

To lęk, że ten ktoś cię nie pokocha?

- Nie zaakceptuje, porzuci. Chcę ten lęk zagłuszyć. Moim problemem jest niska samoocena. Paradoksalnie ludzie z taką cechą idą daleko, bo chcą innym udowodnić, że są coś warci.

Ale w swojej książce "Autobiografia apetyczna" na pytanie, co ci w życiu nie wyszło, mówisz: "Mnie raczej wszystko wychodzi".

- To jest zaklinanie rzeczywistości, żeby poczuć się dobrze. Mój Facebook ma 1,3 miliona fanów, ale niezależnie od tego, ile osób napisze mi pozytywne opinie, mnie jest mało. We wszystkim, co robię, dążę do perfekcji, by mieć pewność, że jestem OK. Z pracą nie mam problemu. Ale wciąż czuję się za mało kochana. Był okres, gdy robiłam w Warszawie ogromne przyjęcia, a nikt mnie w rewanżu nie zapraszał.

Może nie mieli śmiałości. Ten brak pewności siebie to efekt twojego niedosytu kontaktu z mamą? Bo przecież ona chciała mieć córkę.

- Tak. Tata mi mówił, że lekarze odradzali jej urodzenie dziecka. Ona miała wtedy 18 lat i gruźlicę. Poród był dla niej niebezpieczny. Ale jestem na świecie. Tylko że potem od razu jej mnie odebrano, bo nie mogła karmić, a nawet mnie dotykać. To trwało rok.

Nie powstała więź?

- To jest powód moich kłopotów. Zajęli się mną babcia i dziadek, byli dla mnie najbliższymi osobami przez długie lata. Od nich dostałam największą porcję miłości bezwarunkowej.

Tylko że to nie była "ta" miłość?

- Nie wiem, nie znam innej. Rodzice byli młodzi. Ojciec, mając 17 lat, był już dziennikarzem w "Gazecie Słupskiej". Potem został korespondentem PAP-u i kiedy wysłano go do Bułgarii, tata i mama skupili się na sobie, żeby odreagować polską biedę. W Sofii otworzył się dla nich świat, zachłysnęli się życiem. Ja zostałam z nianią, Olgą Aleksandrowną.

Masz świetną pamięć do szczegółów i dużo wspomnień z dzieciństwa. Jaki obrazek związany z rodzicami utkwił ci w głowie?

- Pamiętam, że rodzice bawili się i tańczyli. Wspólnych chwil sobie nie przypominam. Kompletnie. Brak uwagi wynagradzali mi dziadkowie. Byłam niejadkiem, więc dziadek wymyślał dla mnie coraz to nowe rodzaje mlecznych zup.

"Plułam jedzeniem. Kiedy nie miałam na coś ochoty, wiedział o tym cały świat". To twoje wspomnienia. Byłaś małym potworem?

- Robiłam wszystko, żeby zwrócić na siebie uwagę. Waliłam łyżką w barszcz, który rozpryskiwał się na wszystkie strony. Byłam rozpieszczona, byłam ich oczkiem w głowie. Mam cały zeszyt wierszy, które dziadek pisał dla mnie.

Zepsuł cię tym rozpieszczaniem?

- Potem, po naszym powrocie z Bułgarii, kiedy miałam sześć lat, dziadek już był wobec mnie wymagający. Uczył mnie pisać, miałam swoje obowiązki, na przykład obieranie ziemniaków.

A gdzie w tym wszystkim był ojciec? Nie próbował wypełnić twojego deficytu uczuć? Jak czytam, że "mama z tatą zamykali mnie w pokoju i zastawiali drzwi szafą", czuję niepokój.

- Oni naprawdę nie umieli dać sobie rady ze mną i moim bratem. A ojciec... on zajmował się swoimi sprawami. Był potwornym egocentrykiem. Ambitny Skorpion. Poświęcał się swojej pasji, a mama mu w tym pomagała. Robiła korektę jego tekstów. Ale też była odpowiedzialna za dom, często finansowo, bo ojciec umiał pięknie trwonić pieniądze. Z późniejszego okresu pamiętam dbałość mamy o rodzinę, o dobre kolacje. Przyszedł czas, kiedy chciała odebrać mnie dziadkom. Walczyła o mnie. Ale dopiero gdy byliśmy w Hawanie, coś się przełamało. Dogadałyśmy się jak dwie kobiety. Pomagałam mamie robić przyjęcia, uczyła mnie tańczyć, czułam się jej potrzebna. Ale miałam już wtedy własny świat, bo wiedziałam, że w każdej chwili znów mogę być odłożona na półkę.

Byłaś kiedyś na terapii w związku z rodzicami?

- Nie, ale Tadeusz, mój syn, mówi że powinnam. Że brak mi zamknięcia tej sprawy.

Napisałaś: "Nie mam do rodziców żalu".

- Tak, bo jako dojrzała kobieta zrozumiałam ich uwikłanie.

Uciekłaś rodzicom z Hawany. Do Polski. Nastolatka tylko pod opieką dziadków. Bananowe dziecko. Mogłaś się wtedy zepsuć?

- Wyjechałam, bo nie dawałam sobie rady. Szkoła kubańska okazała się masakryczna. Byłam blondynką, więc ciągle mnie zaczepiano, gdy szłam do tablicy, koledzy klepali mnie linijką po pupie. Ze szkoły wracałam zygzakiem, bo widząc grupy chłopaków, przechodziłam na drugą stronę ulicy. A że bananowe dziecko? Błagam cię! Ja nigdy nie dostałam dżinsów, gdy wszyscy chodzili w dżinsach. Nosiłam sukienki midi, byłam grzecznie uczesana. Byłam panną z dobrego domu i miałam przesrane. Nie zapraszali mnie na prywatki, bo nie piłam alkoholu. Sztywniara. Za to kompan do rozmów, a wtedy w liceum ludzie interesowali się sztuką, religiami, filozofią.

W tej historii jest jakieś pęknięcie, bo potem sztywniara, jadąc z rodzicami na kolejną placówkę do Madrytu, wydaje się ten Madryt podbijać. Studia na wydziale malarstwa, wystawy obrazów, sukcesy kulinarne, bankiety wydawane dla ludzi z dworu królewskiego, no i te romanse... Koloryzujesz trochę?

- Reagujesz tak, jak moi koledzy ze szkoły, gdy wróciłam z Kuby i opowiadałam, jak wygląda tamten świat: "Blagujesz, jakie tam latające ryby". Ja wtedy, w Madrycie, staję się inną Magdą. Dostaję się na malarstwo jako jedna z najlepszych, a było 600 kandydatów na 30 miejsc. I nie jestem "jakąś" dziewczyną z Polski, tylko córką znanego dziennikarza Mirosława Ikonowicza, który ma świetne kontakty. Byłam dla nich ciekawa: studentka zza żelaznej kurtyny, która w dodatku ma kilka talentów. W atmosferze hiszpańskiej rewolucji to dawało w towarzystwie punkty dodatkowe.

Ale gdy mówisz: "Robiłam prywatny catering dla króla Hiszpanii", trudno uwierzyć.

- Marcin Tyszka ma zdjęcie, na którym siedzę w Fukierze przy stoliku z królową. I ona wtedy wspominała moje dania. Ja ich uczyłam nowych rzeczy, pierwsza podawałam gravad laxa, czyli surowego łososia peklowanego w soli, robiłam pasztet z zająca, kulebiak do barszczu...

Zdjęcie chętnie zobaczę. A skąd takie umiejętności?

- Nauczyłam się od babci i od mamy, która w Sofii, w Hawanie, w Madrycie wydawała polskie przyjęcia dla dyplomatów, dla dziennikarzy.

Karmię, żeby mnie kochali?

- Tak, chociaż wtedy byłam ciągle zakochana.

No właśnie. Narzeczony w Polsce, Jacek chyba, potem twój korepetytor z rysunku Rodolfo, później niejaki Gregor i wreszcie pierwszy mąż Volkhart. Jesteś kochliwa?

- Najbardziej na świecie. Gdybym nie była zakochana, tobym nie istniała. Urodę, wdzięk wykorzystywałam bezgranicznie. Uwielbiam kochać, to dla mnie najwspanialszy stan, kwitnę.

To inaczej: powiedz, czy umiesz kochać? Bo to oznacza lojalność, uważność, czasem rezygnację z bycia pępkiem świata. A osoby, które ciągną za sobą deficyt uczuć i więzi, często potem boją się bliskości, uciekają.

- To nie tak. Ja nie wchodzę w krótkie numery. Gdy kogoś szanujesz, jeśli ktoś ci wystarcza za cały świat, nie ma miejsca na inne uczucia. Jeśli popełniam błąd, to taki, że kocham za bardzo.

Pytam, bo twój związek z Volkhartem, starszym od ciebie o 11 lat dziennikarzem, za którego wyszłaś, jest niezwykły. Ty, rajski ptak, dziewczyna spragniona wrażeń, a on poważny, ascetyczny, pracuś. Nie nudziłaś się z nim?

- Proszę cię! Dla mnie najważniejszym atutem mężczyzny jest umysł, charakter i wrażliwość. Volkhart był wolnomyślicielem, Niemcem, który odciął się od niemieckiej przeszłości. Nie znam człowieka, który byłby bardziej autentyczny i szczery. Odwrotność mojej rodziny, która była histeryczna i nieprzewidywalna. Poukładał mi świat, dał poczucie własnej wartości. Był minimalistą, a jednak kupił dla nas w Madrycie dom, bo wiedział, że o tym marzę.

A jakiś obrazek z waszego życia?

- Codziennie, gdy Volkhart wracał z biura przy Senacie, ja biegałam od okna do okna, potem rozpoznawałam odgłos jego butów na drewnianych schodach. Miał dwie pary butów, które codziennie starannie czyścił. I kiedy wchodził, płakałam ze wzruszenia. Gotowałam dla niego, piekłam torty, bo wiesz już - dla mnie najlepszą formą okazywania miłości jest dobrze karmić.

Wytrzymywał to zagłaskiwanie?

- Był surowo wychowany. Nikt go wcześniej nie rozpieszczał. Chyba mu się podobało.

Gdy okazało się, że jesteś w ciąży z Volkhartem, przestraszyłaś się? Przecież chciałaś jeszcze pożyć, cieszyć się wolnością?

- Ja w ogóle nie planowałam mieć dzieci. Czułam się młodą, wolną kobietą. Ale przy Volkharcie przestałam być egocentryczką. Wcześniej poroniłam, więc kiedy ginekolog powiedział mi, że mimo stosowania zabezpieczeń urodzi się nasz Tadeusz, to była radość. Tym bardziej gdy okazało się, że czas męża jest ograniczony: miał raka skóry.

Kiedy umarł, coś się zamknęło?

- Tak, można to oddzielić grubą kreską. Gdyby Volkhart został ze mną, moje życie wyglądałoby inaczej. T

Ale nie przestałaś szukać szczęścia.

- Szukałam tego, co straciłam. Wróciłam do Polski jako bogata wdowa.

Nie będziemy wyliczali twoich kolejnych związków. Jeden okazał się ważny, małżeństwo z Piotrem Gesslerem wprowadziło cię do środowiska restauratorów.

- Mówią, że wywindowałam się na Gesslerach. Prawda jest taka, że Piotr i Adam Gesslerowie potrzebowali pieniędzy, zrobiłam im restaurację w Ogrodzie Saskim, potem Ściek.

Ważne, że masz z Piotrem Gesslerem wspaniałą córkę Larę. Tylko że ona doświadczyła tego, co kiedyś ty. Gdy rozstałaś się z jej ojcem, wyprowadziłaś się. Zostawiłaś dwójkę dzieci?

- Ja walczę o związek do końca. Byłam z Piotrem siedem lat. Był cudowny, ale bezwolny, a mówiłam ci, że ja w mężczyźnie cenię charakter. Byłam odpowiedzialna za dom, za dzieci, za restauracje, za faceta, który nie dawał mi wsparcia. Musiałam nauczyć się księgowości, chociaż jestem malarką. To prawda, gdy rozstałam się z Piotrem, dzieci zostały z nim, ale ja zamieszkałam w sąsiedztwie, żeby mieć kontakt. Ale pracowałam, wracałam do domu po północy.

Odeszłaś do młodszego mężczyzny. To się zdarza, ale Tadeusz i Lara musieli to przeżyć.

- Gdybym wtedy nie dostała porcji nowej energii, nie miałabym siły nieść tej odpowiedzialności. W miesiąc schudłam 23 kilogramy.

Nie wierzę, znam się na dietach. Odbyłaś kiedyś taką oczyszczającą rozmowę z Larą, która pozwoliłaby jej pozbyć się żalu do ciebie?

- Tak, była taka rozmowa. Lara powiedziała, że rozumie mnie jako kobieta. Że czując się samotna, mogłam się zakochać i... zwariować. Ale syn pewnie do końca życia będzie mówił, że go zawiodłam, że za mało poświęcałam mu czasu. Bo Piotr, który tyle lat był dla niego ojczymem, nagle przestał nim być, a Tadeusz miał 14 lat. Mam więc poczucie winy. Z jednej strony, gdybym została w związku z Piotrem, tobym umarła, z drugiej... może powinnam poświęcić życie, żeby inni byli szczęśliwi?

Powiedziałaś kiedyś, że gdy rodzice są nieszczęśliwi, dzieci też dostają taki bagaż na przyszłość. No ale zostawmy to. Odnalazłaś się. Twój związek z doktorem Waldemarem Kozerawskim trwa już 14 lat. Miłość na odległość: on w Kanadzie, ty w Polsce. Co was łączy?

- To, o czym wiesz: osobowość. Podoba mi się, że Waldek jest trochę wariatem, gra na gitarze, ma w sobie taki rockowy luz. Jako lekarz przepisuje swoim pacjentom terapeutyczną marihuanę. Jest ojcem, który mądrze dba o swoje dzieci. A wiesz, że podobno dawno temu, gdy się poznaliśmy, a ja zaraz potem wyjechałam, on płakał po moim wyjeździe?

Co ty robisz facetom, że tak płaczą po tobie.

- Umiem ich kochać. Waldek się śmieje, że gdy przylatuję do Kanady, zachowuję się, jakbym miała 18 lat. Na początku jest nieśmiałość i oswajanie się ze sobą, a potem cieszymy się spotkaniem jak narzeczeni. Dystans może emocje zabijać, ale może je też ciągle odświeżać.

Potem wracasz do swojego pustego domu w Łomiankach.

- Nigdy nie jestem sama w domu, bo mam panią Teresę, no i przychodzą dzieci. Tadek jest bardziej osobny, więc trudniej go zwabić, ale Lara bywa częściej. Lubię swój dom, jest kolorowy, pełen energii.

Wytrzymujesz trzy dni bez towarzystwa?

- Nie ma takich dni. Moje życie jest tak zaprogramowane, że nie ma wolnego czasu.

To jest ucieczka?

- Tak, to jest ucieczka.

Gdyby ci się zdarzył wolny tydzień, to co byś zrobiła, upiła się?

- Nie upijam się, bo chce mi się rzygać. Gdy mam czas w Łomiankach, robię porządek w garderobie, coś projektuję.

Umiesz gotować tylko dla siebie?

- Niechętnie to robię.

Być tylko ze sobą, przecież to fajne: cisza, można pomyśleć, posłuchać muzyki...

- Nie, niefajne. Wystarczy mi, że podczas nagrań "Kuchennych rewolucji" jestem sama w hotelu. Nie potrzebuję samotności w domu. Bo im dalej idę w moich sukcesach, tym bardziej oddalam się od przyjaciół.

Magdo, czy ty mając dwa popularne programy w telewizji i milion lajków na Facebooku, nie jesteś po prostu samotna?

- Tak, jestem samotna. Mimo że tyle od siebie daję. Chcę być akceptowana, a to mnie gubi.

A masz jakąś przyjaciółkę, do której można zadzwonić i która weźmie butelkę wina, przyjedzie i sobie pogadacie?

- Nie czuję takiej potrzeby. Mam wrażenie, że kobiety nie za bardzo mnie lubią, chociaż ja tego nie rozumiem. Nie chodzę na bale, nie pozuję na ściankach, nie jestem dla nich zagrożeniem. Przyjaciółką jest moja córka, jedyna kobieta, z którą rozmawiam o wszystkim. Mam też przyjaciela. To Rafał Sonik. Robimy fajne rzeczy, na przykład mamy plan stworzenia fundacji na rzecz dzieci z rakiem mózgu. Bo mnie nie bawi spa ani plotki u kosmetyczki, jeśli już coś poza pracą, to przejechać się z Sonikiem na quadzie.

Masz też niestety nieprzyjaciół. Na przykład pana Tomasza Kozibąka, szefa restauracji z Lędzin, który po jednym z odcinków "Kuchennych..." napisał w internecie: "Wykorzystali nas jak małpki. Zrobili naszym kosztem cyrk".

- Nie wiem, o co chodzi.

O to, że w świecie kulinarnym dużo jest agresji, złej energii. Pamiętam wywiad Mikołaja Makłowicza, który z fascynacją opowiadał, jak podczas praktyk w sławnej restauracji szef uderzył jego głową o blat i zagroził, że jak jeszcze raz popełni ten sam błąd, to go zabije. O co tu chodzi? Przecież to tylko jedzenie!

- Nie tylko. To także duże pieniądze. A ludzie, którzy przychodzą do tego zawodu, często są znikąd. Zawiść prowadzi ich do destrukcji.

To dlatego w programie "Kuchenne rewolucje", który widziałem niedawno, wylałaś właścicielowi reformowanej restauracji szklankę wody na głowę, a potem jeszcze "wypikano" ci na wizji jakieś niecenzuralne słowo?

- Mam cztery dni, żeby zmienić ich życie. Przez ten czas powinni z moją pomocą przepracować swój problem. A tymczasem udają, że nie ma problemu. Widzę przed sobą człowieka, który ma ogromne ego i zerową wiedzę jako restaurator. A jego żona ze względu na stres jest poważnie chora. Muszę tego człowieka obudzić, wytrącić z poczucia zadowolenia. Ja bym mu wylała na głowę kubeł wody, nie tylko szklankę.

A nie jest tak, że po prostu wpisujesz się w telewizyjny format, w którym widzowie chcą oglądać, jak tłuczesz talerze, klniesz i czołgasz ludzi? Kto tu rządzi?

- Ja i tylko ja. Odpowiadam za siebie, ale tekstów, które personel restauracji wygłasza do kamery, nie znam. Przed programem z reguły nie wiem, dokąd jadę, reaguję na to, co zastaję.

A oglądasz program po montażu? Widzisz jego ostateczną wymowę?

- Nie zawsze. Dopóki nie zauważyłam na Facebooku krytycznych wpisów, nie sprawdzałam, jak program jest montowany. Ale jedno jest pewne: czasem wstrząs jest tym ludziom potrzebny, bo inaczej nie ruszą z martwego punktu. To jest terapia, boli, ale potem można żyć. Moim celem jest im pomóc. Program trwa siódmy rok i z 200 restauracji, które do niego przystąpiły, 120 działa dobrze i właściciele dziękują Bogu, że się spotkaliśmy.

Ale niektórzy, jak pani z restauracji Matalmara, skarżą cię z artykułu 212 Kodeksu karnego za poniżenie w oczach opinii publicznej.

- Na ponad 200 restauracji procesów jest kilka. Ostatnio przed programem dowiedziałam się, że właściciel restauracji ma nowotwór i w ramach programu musiałam przygotować jego żonę, żeby przejęła firmę, by mieli pieniądze na leczenie męża. I teraz mam od nich list, jakiego w życiu nie dostałam. Jest też pani w Wiśle, która miała 50 złotych obrotu dziennie, a po paru latach stawia hotel. Dorobiła się na kilku daniach z pstrąga, które razem wymyśliłyśmy.

A ty lubisz tych ludzi?

- Ja w ogóle lubię ludzi.

Pytam, bo przeczytałem twój wywiad dla "Wyborczej", w którym mówisz o Polakach: "Żyją byle jak... wystarczy dać żreć". Mało życzliwie.

- Zwariowałeś, to nie może być mój wywiad.

Proszę, dam ci na pamiątkę. Za różne swoje grzechy masz szansę iść do piekła. Co byś powiedziała, żeby tego uniknąć?

- Że jestem aniołem.

Nie mówię o twoich włosach. Co zrobiłaś w życiu dobrego?

- Pomogłam wielu ludziom, żeby byli szczęśliwi. Dałam im coś z siebie, nie oczekując niczego w zamian.

Dajstwo?

- Tak, bo może ci, co dają, są bardziej szczęśliwi niż ci, którzy tylko biorą.

Jacek Szmidt

Twój Styl 4/2017

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje