Przejdź na stronę główną Interia.pl
Maciej Zień: Fabryka stylu

Maciej Zień o francuskim stylu

We Francji świadomość mody jest obecna i u dziecka, i u pani ze sklepu spożywczego. U nas nastolatka dostaje rower, tam apaszkę Hermèsa albo nawet torebkę Chanel - mówi z rozmowie z Joanną Nojszewską Maciej Zień, projektant mody i wnętrz, człowiek instytucja.

Maciej Zień przyznaje, że inspiruje go francuski styl. Spotykamy się u niego "na salonach" — pięknie urządzonych wnętrzach kamienicy przy ulicy Mokotowskiej pięćdziesiąt siedem. Tu Maciek ma biuro, salon Zień Beauté i przede wszystkim apartament pokazowy Zień Home. Gdyby nie to, że na stole stoi Cisowianka, a nie Evian, mogłabym pomyśleć, że jestem w Paryżu.

Reklama

Urządziłeś to wnętrze w stylu francuskim. Rozbierzmy go na czynniki pierwsze.

- Jest kilka rzeczy, które można łatwo wychwycić, kiedy się odwiedza paryskie mieszkania, zwłaszcza te w dziewiętnastowiecznych kamienicach. Wysokie sufity i sztukateria na ścianach. Parkiet w tak zwaną jodłę francuską. Deszczułki cięte są nie pod kątem prostym, lecz czterdziestu, czterdziestu pięciu stopni, przez co podłoga wygląda inaczej niż przy typowej jodełce. Meble, tkaniny i dodatki są w kolorach ziemi: szarym, beżowym, grafitowym. Dalej: oldskulowe kaloryfery — żeberka zdobione w esy-floresy. We francuskim wnętrzu chętnie wykorzystuje się biały marmur kararyjski, u mnie posłużył za blat niskiego stołu przy sofie. W drzwiach są gałki, a nie klamki. W łazienkach glazura ułożona w cegiełkę, stylowa armatura i mozaiki. No i kropka nad i — we francuskim salonie jest dużo sztuki: obrazy, ryciny, rzeźby. Tam faktycznie ludzie interesują się sztuką i ją kupują. Bez względu na zasobność portfela, bo w Paryżu można, owszem, kupić Rembrandta, ale też fajne dzieła młodych artystów wystawiane niedrogo na rozmaitych targach. We wnętrzach jest także dużo elementów historycznych, które oni we Francji po prostu mają, bo nikt im ich nie zniszczył i nie wywiózł. Dlatego tak się cieszę, że mogę pracować przy Mokotowskiej, która jako jedna z niewielu ulic w Warszawie zachowała przedwojenny, elegancki charakter.

We francuskich wnętrzach tworzysz kreacje, które — jak sam przyznajesz — też są inspirowane francuskim stylem. Co on oznacza w modzie?

- Moda francuska jest wyrafinowana, stonowana, wyszukana, jeśli chodzi o tkaniny. I kobieca. Tam dziewczyny lubią podkreślać kobiecość. W Paryżu wkłada się sukienki wieczorowe do restauracji, co raczej nie zdarza się w Berlinie czy Londynie. Francuzki ubierają się świetnie, mimo że nie są wystrojone. Zresztą może właśnie dlatego. Kupują jeden duży brylant, ale zestawiają go z klasyczną, skromną sukienką, a ta mała czarna jest z kaszmiru najwyższej jakości. Wszystko jest gatunkowe. We Francji świadomość mody jest obecna i u dziecka, i u pani ze sklepu spożywczego. U nas nastolatka dostaje rower, tam apaszkę Hermèsa albo nawet torebkę Chanel. Zwłaszcza na szesnaste urodziny, bo jest to moment przejścia dziewczynki w wiek dorosły. W Europie tylko we Francji na tak dużą skalę jest sprzedawana moda luksusowa.

Paryż jest nadal stolicą mody?

- Absolutnie. Tam wszystko się zaczęło. Tam mieli swoje studia Coco Chanel i Christian Dior, tam powstawały najważniejsze dzieła Balenciagi, chociaż jest Hiszpanem. To w Paryżu są pokazy Valentino, mimo że jest największym włoskim projektantem mody. Tam też prezentuje się kolekcje marki Alexander McQueen, a on przecież był wybitnym artystą angielskim. Nad Sekwaną pokazują się najważniejsi. Oczywiście prawo do bycia stolicą mody mogą sobie uzurpować i Tokio, i Nowy Jork, i Mediolan, i Berlin, i Lizbona, i Moskwa. Wszędzie da się zorganizować tydzień mody, ale to w Paryżu on wygląda najbardziej poważnie, okazale i spektakularnie. Takich pokazów, jakie Karl Lagerfeld robi dla Chanel, nie ma nigdzie na świecie! 

Kochasz Francję bezwarunkowo. Kto zrobił z ciebie frankofila?

- Pani Mirosława Kozan, moja nauczycielka francuskiego z liceum sztuk plastycznych w Lublinie. Miała niesamowity dar przekazywania nie tylko języka, lecz także wiedzy o kulturze, historii i życiu codziennym Francji. Zaraziła tym wiele osób. Ze mną było o tyle łatwiej, że pasjonowałem się modą, zwłaszcza francuską. Punktem zwrotnym była wycieczka klasowa do Paryża. Pojechaliśmy zwiedzać muzea i najważniejsze zabytki. Był rok tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty piąty, miałem szesnaście lat. Przemieszczaliśmy się od muzeum do muzeum. Wielkie wrażenie zrobił na mnie Luwr. W którymś momencie urwałem się i pobiegłem do fajnej księgarni przy Centrum Pompidou. Tam trafiłem do działu książek o modzie. Wtedy w polskich księgarniach nie było ich w ogóle, może poza opracowaniami na temat historii polskiego ubioru. A tam — raj! Wpadła mi w ręce biografia Jeana Paula Gaultiera. Okazało się, że urodził się w tym samym dniu, co ja — dwudziestego czwartego kwietnia. Gdy to przeczytałem, kupiłem tę książkę i postanowiłem nauczyć się francuskiego, żeby przeczytać ją do końca. I tak się stało. Po powrocie z Paryża poprosiłem mamę, żeby wysłała mnie na kurs do lubelskiego ośrodka Alliance Française.

Jaki był ten Paryż w oczach szesnastolatka?

- Łatwo było mi go pokochać, bo odnalazłem tam swoje powietrze. Zorientowałem się, że moda jest uznawana za dzieło sztuki. W samym Paryżu są trzy ważne muzea mody: Galliéra przy avenue Pierre 1er de Serbie, Musée des Arts Décoratifs — Musée de la Mode et du Textile w Luwrze — i Les Docks — Cité de la Mode et du Design w pobliżu Quai d’Austerlitz. A ileż jest tymczasowych wystaw na temat mody! Oczywiście wszystko wtedy pachniało i smakowało dużo lepiej niż w Polsce. Przy Pigalle mieliśmy wolną chwilę, żeby coś zjeść. Kupiłem sobie w arabskim stoisku kiełbaski z frytkami i keczupem! Jak to smakowało! To były najlepsze kiełbaski, najlepsze frytki i najlepszy keczup, jakie kiedykolwiek jadłem.

Dlatego że pierwszy raz byłeś w Paryżu?

- Chyba tak. Bo kiedy po wielu latach trafiłem do tego samego pana i chciałem sentymentalnie powtórzyć to doświadczenie kulinarne, okazało się, że tych kiełbasek, keczupu i frytek żadną miarą nie da się zjeść! W głowie miałem zakodowany niesamowity smak. Drugi raz pojechałem do Paryża rok później, w innej roli. Miałem praktyki w lubelskiej firmie Parisette u Grażyny Cieślińskiej. Trochę pomagałem jej projektować. Widziała moją pasję, dawała więc dużą swobodę. Mogłem korzystać z tkanin, które sprowadzała z całego świata, również z Francji. I na jeden z takich wyjazdów mnie zabrała. Byliśmy w Lyonie — stamtąd sprowadzała welury — i w Paryżu, gdzie kupowała między innymi koronki. Wtedy tkaniny haute couture były bardziej dostępne, było ich w sklepach więcej niż dziś. Zatrzymaliśmy się w Hôtel de Sully przy rue Saint-Antoine, niedaleko rue Rivoli. To jest tuż przy dzielnicy Marais, chodziliśmy więc tam do knajpek i tak zacząłem poznawać nocne życie Paryża. Mnie wtedy się wydawało, że po tych kilku dniach świetnie znam miasto. Do dziś jestem wdzięczny Grażynie, że pokazała mi wszystkie zakamarki i sklepy z wyszukanymi tkaninami, w których znakomicie się orientowała, a ja dzięki znajomości francuskiego mogłem jej już trochę pomagać. Później wracałem do Paryża już sam — zwiedzać i szukać tkanin dla siebie, na pierwszy pokaz, który zrobiłem, gdy miałem siedemnaście lat. To były tanie tkaniny, nie było mnie stać na nic wielkiego. Droższe mogłem kupić dopiero za jakiś czas. Dwa lata później poznałem dziewczynę z Warszawy, która zamówiła u mnie kolekcję sześciu supersukienek, dając absurdalnie wysoki budżet na materiały. Pojechałem do Paryża.

Z pieniędzmi w kieszeni?

- Pewnie, że w kieszeni. Nie miałem wtedy karty kredytowej, ale czułem się jak król. Wreszcie mogłem spełnić marzenie - pójść do najdroższego sklepu i rzucić od niechcenia: "Poproszę trzy metry tego i dwa tamtego". Ten sklep to Henri Maupiou przy placu Vendôme, vis-à-vis butiku Cartiera. Jest tam do dziś. Mają przepiękne tkaniny haute couture sygnowane Valentino, Dior, Chanel. Niejednokrotnie metr kosztuje tyle, co cała bluzka w Diorze, ale przyjemność szycia z takich tkanin jest olbrzymia! Coraz częściej bywałem nad Sekwaną, co dopingowało mnie do nauki języka. Pojawiło się nawet marzenie, żeby kiedyś zamieszkać w Paryżu. Dziś już o tym nie myślę. Oczywiście to moje ukochane miasto, mogę tam być miesiąc czy dwa, ale serce mam w Warszawie.

Pamiętasz, kiedy w Paryżu przestałeś czuć się turystą?

- To było w roku dwa tysiące szóstym, gdy poznałem Tomka Kolarskiego. Dziś pracuje dla projektanta Maxime’a Simoensa, wtedy pracował w słynnym butiku Maria Luisa. Bratnia dusza, od razu się zaprzyjaźniliśmy. Wcześniej zawsze zatrzymywałem się w hotelach, teraz mogłem mieszkać u niego. Dzięki temu poznałem życie codzienne. Gdy wychodzisz ze sklepu z bagietką, masłem i produktami na zupę, to już jest inne uczucie, przestajesz odbierać miasto jak turysta. Zacząłem spędzać coraz więcej czasu we Francji. Tym bardziej że poznałem jeszcze Kasię Rozan, dziś znaną jako Kate Rozz. Co ciekawe, spotkaliśmy się w Warszawie, zaczepiła mnie w sushi barze przy ulicy Moliera i oświadczyła, że musimy bliżej się poznać, bo ona wie, że będziemy mieli sobie dużo do powiedzenia.

Nikt was sobie nie przedstawił, tak po prostu zaczepiła cię obca osoba?

- I super! To zwariowana dziewczyna, a ja uwielbiam takich ludzi. Otwarta, bez zahamowań. Spotkałem ją następnym razem w Paryżu. Miała rację! To była przyjaźń od pierwszego wejrzenia. Ona jest spełnieniem moich marzeń o siostrze, której nigdy nie miałem. Piękna, wysoka jak modelka, o cudownym sercu. Od tej pory dzieliłem swój czas — raz jeździłem do Tomka, raz do Kasi. Przez chwilę zastanawiałem się, czy wynająć mieszkanie w Paryżu, ale wtedy już rozwijał się mój biznes w Warszawie, a klientki wymagają kontaktu, mojej obecności na miejscu. Mam gdzieś w tyle głowy pomysł, aby pół roku spędzać w Paryżu, pół w Warszawie, ale na razie nie mogę sobie jeszcze na to pozwolić. Do tego musimy dojrzeć — i ja, i firma. Nie stać mnie na to, żeby tam żyć w takim standardzie, jaki mam tutaj. Paryż jest dużo droższy od Warszawy — wychodzę z założenia, że jeśli coś się osiągnęło, to nie ma sensu schodzić niżej, trzeba się piąć do góry.

Urządziłeś tam już dwa pokazy mody. Byłam na pierwszym. Kolekcję Ślimaki prezentowałeś w pięknym mieszkaniu przy avenue Montaigne.

- To było mieszkanie Kasi! Manolo, jej ówczesny mąż, zaproponował, żeby u nich zrobić pokaz. Lepszego adresu nie mogłem sobie wymarzyć — słynna modowa avenue Montaigne numer pięćdziesiąt siedem, naprzeciwko salonu Gucci. Tyle że bardzo mi zależało, aby pokaz odbył się w tygodniu pokazów prêt-à-porter i żeby był wpisany do oficjalnego kalendarza tygodnia mody. Podczas tygodnia mody oczywiście każdy może sobie zrobić pokaz, ale tylko te, które są zapowiedziane na stronie federacji prêt-à-porter, dają szansę, że przyjdą ważne, ciekawe osoby. Przygotowałem teczkę ze swoimi projektami, Tomek Kolarski pomógł skontaktować się z kapitułą, która decyduje, kto może być wpisany formalnie na listę. Udało się. Nie byłoby jednak tego pokazu bez polskich przyjaciół mieszkających w Paryżu. After party dla dziennikarzy było u Agnieszki Olsten. Bardzo inspirujący był dla mnie Marcin Kokowski, który pracował w Kiehl’sie, potem w Shu Uemura, był też główną osobą w PR L’Oréala w Paryżu. To pasjonat fotografii, jego zdjęcie trafiło nawet na okładkę płyty Madonny. Zawsze mnie drażni, gdy słyszę, że ludzie w Paryżu rozdają karty między sobą. Guzik prawda. W Paryżu jest mnóstwo fajnych ludzi udowadniających, że warto się starać i pracować. Jeśli widzą, że masz talent i ciężko pracujesz, naprawdę cię doceniają. 

Sprzedajesz swoje projekty w Paryżu?

- Jeszcze nie. W Rosji i Stanach Zjednoczonych — owszem, w Paryżu — nie. Trwają rozmowy, ale jest to trudne miasto do zdobycia. Przeszkody temperują nos, napędzają jednak do pracy. Z perspektywy czasu uważam, że pokaz zrobiłem za wcześnie. Powinienem najpierw pokazywać rzeczy w showroomie, zdobyć klientelę, a potem organizować pokazy. Tymczasem zrobiłem odwrotnie — najpierw dwa pokazy, a teraz prezentuję prace w showroomie Jill.

Którędy dziś wiodą twoje paryskie szlaki?

- Ulica Etienne Marcel, okolice place des Victoires. Zawsze tamtędy się włóczę. Są tam księgarnie z wydawnictwami o modzie, na przykład Mode Information Sté przy rue Croix des Petits Champs, ale także mój ulubiony sklep z wypchanymi zwierzętami i zasuszonymi owadami. Niezmiennie uwielbiam Marais. Podoba mi się, że w weekendy są otwarte sklepy. Moje ukochane miejsce to Musée des Arts Décoratifs w Luwrze i tamtejsza księgarnia. Lubię Maison de Baccarat — muzeum i sklep. Zawsze staram się wpaść na owoce morza do restauracji przy avenue Victor Hugo w Szesnastce. W parku Monceau biegam albo czytam książki. Wracam często do Dzielnicy Łacińskiej. No i jest jeszcze wysepka w Lasku Bulońskim — z tabunami królików — i świetną restauracją Le Chalet des Iles. Godna polecenia jest sieć multibrandów L’Eclaireur, gdzie zaglądam nawet nie po to, żeby coś kupić, ale poszperać. Uwielbiam hotel Costes. Kiedy współpracowałem biznesowo z Olą Dochnal, pierwszą sesję zdjęciową robiliśmy w Paryżu. Ola zafundowała mi hotel Costes — byłem nim zachwycony. Klimatem, ludźmi. Do tej pory mam tam ulubionego masażystę. I zawsze chodzę na tamtejszy basen, jeśli poprzedniego dnia wypiję za dużo szampana. Uwielbiam imprezy w Maxim’s. Albo te, na które trzeba się przebrać — w klubie Sandwich.

Adresy już znam. Teraz poproszę o listę fascynacji kulinarno-alkoholowych.

- Tatar! Ale francuski! Poza tym confit de canard — kaczka po francusku. I foie gras na ciepło. W hotelu Costes jest danie o nazwie le tiger qui pleure, wołowina w sosie tajskim. Pycha. Do tego petits nems, czyli sajgonki. Zresztą we Francji ze smakiem jem wszystko. No może oprócz słodyczy. Lubię szampana — tak jak moi znajomi, w Paryżu pijam tylko ruinart. Za to nie jestem wielbicielem win. Chyba że z doliny Loary, najbardziej z okolic Saumur.

W dziale hedonizm są jeszcze perfumy.

- Używam wód kolońskich Diora, ale tylko tych, które można kupić w jego salonach, na przykład Bois d’argent. Lubię też zapachy Serge’a Lutensa. I uwielbiam świece Diptyque, zwłaszcza zapach Baies Noire.

A w Warszawie? Gdzie odnajdujesz Francję?

- Na Mokotowskiej, bezwzględnie. W restauracji Rozbrat 20 na Powiślu i kiedyś w Chez Belier na Żoliborzu — restauracji, którą zaprojektowałem. Prowadził ją mój kolega Jurek Baran, tam rzeczywiście można było poznać smaki Paryża. Powiem nieskromnie, że także dzięki mnie. Kiedyś dostałem w prezencie od przyjaciół trzydniowy kurs gotowania w szkole Alaina Ducasse’a, francuskiego mistrza kuchni uznawanego za najlepszego w świecie. I taki sam prezent podarowałem Jurkowi. Powiedziałem: Nawet jeśli wydaje ci się, że umiesz ugotować coś à la francuskiego, to zawsze będzie à la, jeśli nie poznasz tajników. Po tym kursie inaczej spojrzysz na francuskie dania. I rzeczywiście, w Chez Belier można było zjeść jak nad Sekwaną. Tatar po francusku, który serwowano w Chez Belier, powinien nazywać się: tatar à la Maciej Zień!

Jaka jest jego tajemnica?

- Na pewno bardzo dobra wołowina. Trzeba się nastać, żeby usunąć każdą żyłkę. Do tego bardzo drobno pokrojona cebula, ogórek. Sekret tkwi jednak w sosie. Trzeba własnoręcznie go zrobić, łącząc musztardę dijon, keczup, sól, pieprz i sok z cytryny. Kropką nad i jest sos worcester! Gdy podejmuję gości w domu, dobrze wychodzi mi też foie gras — opiekam ją, robię tosty, do tego kładę konfiturę z figi. Najlepiej Bonne Maman. Kiedyś próbowałem robić confit de canard, ale nie wyszło, za trudne.

We Francji tęsknisz za polskimi smakami?

- Za twarożkiem wiejskim! Nie tylko ja. Zawsze, gdy planuję wyjazd do Francji, przyjaciele proszą, żebym przywiózł serek wiejski! Często wiozę także torcik wedlowski i tort bezowy.

I pytanie podchwytliwe: co sądzisz o francuskich autach?

- Oczywiście citroeny są najlepsze! Jeszcze zanim nawiązałem współpracę z tą marką, marzyłem, żeby mieć citroena 2CV, którym jeździła zakonnica w filmach z Louisem de Funèsem o żandarmie. To było dla mnie logo francuskiego stylu. Gdybym miał wymienić przedmioty kojarzone z Francją, z pewnością znalazłby się wśród nich ten citroen. Później, gdy miałem zaprojektować design DS3, zaproszono mnie do centrum designu grupy PSA pod Paryżem. Ściśle tajne, strzeżone jak NASA, nawet ruch lotniczy nad tym centrum jest zabroniony. W środku można to porównać z atelier projektanta mody. To, co tam się dzieje, nie ma nic wspólnego z mechaniką samochodową. Design na najwyższym poziomie! Zebrane przykłady znakomitego wzornictwa — torebki Chanel, zegarki, chińskie wazy, zdjęcia muru berlińskiego. Miszmasz przemyśleń, inspiracji. Samochody są tworzone jak kolekcje mody — jest motyw przewodni, można w tym się rozkochać. No i cudownie mi się tymi samochodami jeździ. Teraz używam DS5. Jest jak statek kosmiczny!

Mam wrażenie, że wobec Francji wciąż masz w sobie ten zachwyt szesnastolatka.

- Trudno mi sobie wyobrazić chwilę, gdy ktoś mi mówi, że od dziś nie mogę jeździć do Paryża.

Mówisz już dobrze po francusku?

- Ciągle mam problemy z miesiącami. Chyba nigdy ich się nie nauczę.

Fragment książki "Klucz francuski" Joanny Nojszewskiej wydawnictwa Czarno na białym

Styl.pl/materiały prasowe

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje