Przejdź na stronę główną Interia.pl

M jak mieszkanie

O jakim domu marzymy? Apartamentowcu? Willi pod miastem? A może o mieszkaniu w przedwojennej kamienicy? I jak to się stało, że znienawidzona wielka płyta odzyskała seksapil?

W dzieciństwie Grzegorz Kalinowski, pisarz i dziennikarz sportowy, autor bestsellerowej sagi "Śmierć frajerom", pomieszkiwał u babci przy Międzyborskiej na warszawskim Grochowie.

Reklama

Budynek z czasów stalinowskich: chłodne klatki schodowe, kamienne schody, nawet na piętrze czuć było zapach piwnicznej wilgoci. Piwnica zresztą była obiektem zainteresowania okolicznych dzieciaków, znajdowały się w niej drzwi do schronu zbudowanego na wypadek trzeciej wojny światowej.

Poddasze też było ciekawe: suszarnie i pralnie, bo pralkę nie każdy miał, a jeśli już miał, to franię. A frania wiadomo - raz prała, a raz nie.

- Mieszkańcy byli wymieszani - wspomina Kalinowski. - Inteligencja i robotnicy. W bloku było dwóch znanych lokatorów. O jednym się mówiło, że walczył na Westerplatte, a drugi grał na saksofonie i nazywał się Jan "Ptaszyn" Wróblewski.

Kiedy wracał od babci do rodziców, przejeżdżał Wisłę, a potem wjeżdżał windą na wysokie piętro wieżowca przy alei Wojska Polskiego. Inny świat. Z okien widać było Żoliborz.

- Chodziło się do Cytadeli albo na plac Słoneczny - opowiada. - Oczywiście każdy chciał mieszkać te parę metrów dalej, w kamieniczce albo w domku na ulicy Wieniawskiego. To było marzenie! Nawet w czasach, w których możliwości mieszkaniowe mieliśmy raczej skromne, to marzenia - niezmiennie - wielkie.

W domach z betonu

"Nareszcie jesteśmy gospodarzami w znacznej części własnego kraju, nareszcie po stu dwudziestu kilku latach nadeszła godzina, że nie ma tu już obcego najazdu. Jesteśmy wolni. I tylko tygodnie oddzielają nas od błogosławionej chwili, kiedy wszyscy znajdziemy się pod jednym dachem", pisał w listopadzie 1918 roku "Kurier Warszawski".

Od tego cytatu Filip Springer zaczyna książkę "13 pięter". Zanim przystąpił do pisania, umieścił ogłoszenie w internecie: "Jeśli ktoś chciałby mnie zaprosić na herbatę i opowiedzieć mi o swoich niecodziennych albo bardzo typowych przygodach mieszkaniowych, to niech się nie waha".

Dostał ponad 400 wiadomości z całej Polski. Od ofiar "czyścicieli" kamienic, frankowiczów, par z kredytem na głowie i takich, którzy tylko mieszkania wynajmują. "Zaczyna się od dość skromnego marzenia, żeby sobie nie siedzieć na głowie w wynajmowanych kawalerkach", pisze Springer. A potem? No właśnie. W największych polskich blokach może mieszkać po kilka tysięcy osób.

W 1967 roku we Wrocławiu stanął Mrówkowiec z 800 mieszkaniami i dachem, który miał służyć mieszkańcom jako taras do opalania (zamknięto go po pierwszym wypadku).

W słynnej Superjednostce w Katowicach mieszka trzy tysiące osób. Budynek powstał w roku 1972, jest długi na prawie 190 metrów, ma 762 mieszkania i 15 kondygnacji, ale windy zatrzymują się tylko na co trzeciej.

To nic przy gdańskim Falowcu, który ma prawie kilometr długości i w którym mieszka prawie sześć tysięcy lokatorów, czy warszawskim półtorakilometrowym Pekinie, czyli Przyczółku Grochowskim projektu Oskara i Zofii Hansenów (ok. 2330 mieszkań i siedem tysięcy osób). Z kolei Łódź ma osiedle Manhattan (500 mieszkań), a Poznań Deskę (828 mieszkań).

Jednym z ostatnich wielkich polskich blokowisk był warszawski Ursynów. Dziennikarka i reportażystka Lidia Pańków poświęciła mu książkę "Bloki w słońcu...".

- Wychowałam się na Ursynowie - mówi. - W tamtym czasie, aż do końca lat 90., każdy chciał tam mieszkać. W liceum na Mokotowie, do którego chodziłam, połowa klasy mieszkała na Ursynowie. Wszyscy uważali, że to najfajniejsze miejsce w Warszawie. Ursynów miał szczęście do własnych mitów, najpierw dzięki kultowemu serialowi "Alternatywy 4" Stanisława Barei, a potem artystom, którzy chętnie organizowali tam swoje pracownie.

- Było silne poczucie, że tam się dzieją ciekawe rzeczy - dodaje Lidia Pańków. - Mieszkali tam malarze, rzeźbiarze, projektanci.

W latach 90. polskie blokowiska zostały odkryte na nowo przez raperów. Hip-hop był najważniejszą popkulturową "opowieścią" po upadku PRL-u, a jej scenerią były znane wszystkim osiedla. Jednym z bohaterów "Bloków w słońcu..." jest raper i producent Vienio, czyli Piotr Więcławski, członek grupy Molesta Ewenement. Na Ursynowie kręcili swoje najważniejsze teledyski, m.in. "Wiedziałem, że tak będzie".

Za miasto!

Może w blokach powstawała nowa kultura, ale i tak wielu mieszkańców zmęczonych ciasnymi mieszkaniami i obskurnymi klatkami schodowymi marzyło o ucieczce na przedmieścia.

- Najwyższą formą mieszkania było mieszkanie w mieście i poza nim - mówi Grzegorz Kalinowski. Przed wojną każdy, kogo stać było na marzenia, marzył o podmiejskiej rezydencji.

- W latach 20. i 30. XX wieku do Konstancina jeździło się na weekendy albo latem. Trochę jak dziś na działkę - opowiada Kalinowski. - Wiele lat temu robiliśmy z Krzyśkiem Rakiem reportaż o Konstancinie. Udało się nam porozmawiać z panią Moniką Żeromską, córką Stefana Żeromskiego i Anny Zawadzkiej. Wspominała, jak przed wojną warszawska socjeta rozjeżdżała się latem po podmiejskich wsiach. Żeromscy mieszkali w Konstancinie, a pisarz miał swój apartament na Zamku Królewskim w Warszawie i tam pracował. Do letnich domów przyjeżdżało się na weekend albo wysyłało do niego dzieci z opieką.

- Nawet słynny Szpicbródka miał apartament na Chmielnej, a willę podobno gdzieś w Otwocku czy Świdrze - wyjaśnia Kalinowski.

W latach 90. Konstancin stał się siedzibą polskich Carringtonów, nowej arystokracji, która zbijała fortuny w III RP. Był marzeniem gwiazd telewizji, znanych dziennikarzy, prezesów banków i agencji reklamowych, a jego spełnieniem - odrestaurowanie przedwojennego dworku albo modernistycznej willi.

- Do Polski dotarł wtedy nowy ideał szczęścia, tym razem podmiejski - tłumaczy Lidia Pańków. - Ludzie zaczęli myśleć o domku pod miastem, o większej przestrzeni. To była miara indywidualnego sukcesu transformacji. Większe pieniądze rodziły potrzebę większego poczucia bezpieczeństwa, ludzie chcieli uciekać z osiedli, które zaczynały uchodzić za niebezpieczne. Podmiejskie tereny stawały się coraz modniejsze, także wśród lepiej zarabiającej klasy średniej. Miasta powoli się rozrastały, powstawało coraz więcej połączeń z mniejszymi, rozsianymi wokół nich miejscowościami.

- Kiedy w latach 90. wyprowadziłam się z rodzicami z Ursynowa do Radości, miałam poczucie, że mieszkamy na peryferiach - przyznaje Pańków. - Teraz ludzie aspirują, żeby tam mieszkać, ceny są bardzo wysokie. Wtedy wydawało się, że to koniec świata.

Do dziś takie miejscowości są bardzo popularne wśród gwiazd. W Konstancinie mieszkają m.in. Maryla Rodowicz, Tomasz Lis, Karol Strasburger. Michał Żebrowski wybudował willę w Brzegach koło Zakopanego, na co dzień mieszka w apartamentowcu na warszawskiej Pradze-Południe.

Piosenkarka i reżyserka Maria Sadowska postawiła na przeciwny kierunek. Wychowała się w podmiejskim domu w Pyrach, potem przeniosła się do miasta. "W dzieciństwie zazdrościłam tym z Ursynowa", mówiła w jednym z wywiadów. "Byłam miejsko wykluczona bo dojazd na imprezę czy gdziekolwiek zajmował strasznie dużo czasu. To był też kłopot dla rodziców. Musieli mnie wozić na przykład do szkoły na ul. Bednarską, czyli dokładnie na drugi koniec Warszawy. Jazda trzema tramwajami i autobusem zajmowała nawet dwie godziny".

Dziś mieszka w bloku na Powiślu. "Tu jest sedno miasta", powtarza.

- Dla mojego pokolenia ideałem jest przedwojenna kamienica w Śródmieściu. Ewentualnie budynek z końca lat 40. - twierdzi Lidia Pańków. - Nie chcieliśmy uciekać za miasto, jak nasi rodzice, chcieliśmy być bliżej centrum. A kamienica wydawała się wysoka, wygodniejsza niż blok. Młodszych to już chyba nie dotyczy, bo oni się boją kredytów. Dla wielu z nich bloki znów są cool. Nawet Marek Budzyński, główny architekt Ursynowa, który zaprojektował sobie dom pod Podkową Leśną, wrócił do ursynowskiego bloku z lat 90. Też własnego projektu.

Gdzie mieszkają nie swoi?

Reżyserka Magda Miklas wychowała się w Krakowie, w czternastopiętrowym bloku na osiedlu Dywizjonu 303. Osiedle leży na ziemi niczyjej, pomiędzy starym Krakowem a starą Nową Hutą. W Hucie mówią, że ci z Dywizjonu są nie swoi. W Krakowie nie przyznają się ani do tych z Dywizjonu, ani do tych z Huty.

- Byliśmy pomiędzy starą Nową Hutą, w której ludzie mieszkali od 30 lat, a Krakowem, gdzie mieszkali od tysiąca. Z królami, kamieniczkami, Wawelem, uniwersytetem i wszystkim, czym się można pochwalić. Mieszkańcy Dywizjonu niestety nie mieli czym się chwalić.

- Jako dziecko chciałam mieszkać w domku pod Krakowem. Rodzice marzyli, żeby uciec z bloków. Albo chociaż żeby uciec z Huty. Ludzie w bloku tęsknili za kamienicami. Ale ci, którzy z trudnych warunków, z okolicznych wsi dostali mieszkanie w takim ocieplanym bloku, byli zachwyceni. Nowa Huta też długo czekała, aż ktoś ją doceni. Zaczęto ją budować w 1949 roku, a w 1951 włączono do Krakowa

Socmodernistyczny projekt miasta totalnego uchodzi dziś za perłę urbanistyki, turyści z całego świata przyjeżdżają zobaczyć miasto zbudowane od podstaw. Ale w Krakowie wciąż się Huty wstydzą. W ostatnich latach zaczęła ona odżywać głównie dzięki młodym ludziom, którzy odkrywają ją dla siebie.

Działa tam jeden z najciekawszych polskich teatrów Łaźnia Nowa (przeniesiona zresztą z Kazimierza, co w Krakowie przyjmowano z niedowierzaniem).

- Dziś jest wielu wielbicieli Huty - opowiada Magda Miklas. - Ludzie chcą tam mieszkać. Sama czasem nie mam ochoty jechać do Krakowa. Niekiedy aktorzy chcą mnie namówić, żebyśmy wybrali się na Rynek, a mi się nie chce pchać między turystów. Wolę zostać w Hucie, zobaczyć, co się dzieje. Dziś mało kto chce mieszkać w centrum Krakowa. Za duży tłum.


W górę serca!

Jeśli już wraca się do miasta, to trzeba to zrobić w dobrym stylu. Jak nie stara kamienica, to może nowoczesny apartamentowiec? Jednym z najmodniejszych nowych adresów w stolicy jest budynek Cosmopolitan przy Twardej projektu architekta Helmuta Jahna, który zasłynął m.in. budynkiem Sony Center na placu Poczdamskim w Berlinie.

- Cosmopolitan reprezentuje typ wieżowca, który jest dość nowy dla centrum Warszawy - mówi Jahn. - Nie ma tutaj zbyt wielu wysokich, szklanych apartamentowców, które gwarantują swoim mieszkańcom odpowiednią jakość życia. Na Twardej 4 wiele prominentnych osób kupiło mieszkania, bo chciało mieszkać w sercu miasta i żyć jego rytmem. W ten sposób zapoczątkowali nowy trend.

W Cosmopolitanie autorką jednego z mieszkań jest Gosia Baczyńska.

- To chyba jedyny nowoczesny budynek, w którym bym się odnalazła - przyznaje. W zaprojektowanym przez siebie apartamencie zrobiła to, co lubi najbardziej. Połączyła stare z nowym. Projektantka wychowała się w kilkunastotysięcznym Kępnie. Małe miasto, ale ładne. Trochę starych budynków, trochę modernistycznych willi, sporo XIX-wiecznych zabytków. Baczyńska mieszkała w niewysokim, kilkupiętrowym bloku.

- Miałam wielkie zamiłowanie do przemeblowań - mówi. - W tamtych czasach wszyscy mieli meblościanki, a my nie. Ciągle coś przestawiałam.

Po podstawówce pojechała do szkoły plastycznej do Wrocławia. Znów poniemieckie budownictwo, stare budynki, eleganckie kamienice. Została tam na studia.

- Estetycznie dorosłam dopiero na początku lat 90. w Londynie - przyznaje. - Pracowałam w małej pracowni, która szyła dla tamtejszych projektantów. Ciężkie zajęcie i za marne grosze. Już miałam wracać do Polski, kiedy przypadkiem dostałam inną fuchę, sprzątanie domów. I to dopiero była prawdziwa nauka. Ile ja się tam naoglądałam! To były absolutnie cudowne apartamenty, a dla mnie niezwykle cenne doświadczenie. Wyjeżdżałam z Polski tuż po komunie, wszystko było brzydkie, właśnie zaczynała dominować okropna architektura lat 90. A tam inny świat!

Od kilku lat Baczyńska mieszka na warszawskiej Pradze, między bazyliką a dawnym kinem Praha.

- Znów połączenie nowego i starego - wyjaśnia, bo choć budynek stanął niedawno, to jak ulał pasuje do otaczających go przedwojennych praskich kamienic. - Znalazłam swoje miejsce. Tu jest jednocześnie wielkomiejsko i intymnie. Cisza w centrum miasta.

O centrum Warszawy, tyle że lewobrzeżnym, pisała Dorota Masłowska w swoich felietonach wydanych ostatnio w zbiorze "Jak przejąć kontrolę nad światem, nie wychodząc z domu". Jesienią 2003 roku, w czasach, kiedy była szokująco młodą gwiazdą literatury, zamieszkała na Powiślu. Dziś to jedno z najmodniejszych miejsc w stolicy. A wtedy? "Nie było to tak wspaniałe i przeszklone miejsce jak teraz - pisze Masłowska. - Żyłam tam w atmosferze seksu i przemocy. Moje okna wychodziły na ciemne podwórko studnię, do której wpadało wszystko, co akurat działo się w mieszkaniach, po czym jeszcze długo sprężynowało między jej ścianami (...). Wieczorami były to wrzaski jakiejś baby z góry, (...) czasem wlatywały też nietoperze".

Masłowska w swoich felietonach opisywała także inne części Warszawy. Między innymi (dziś bardzo hipsterską) Pragę-Północ, o której pisała tak: "Była, jeśli wierzyć mantrom agentów nieruchomości, »mekką artystów«, gdzie wkrótce miał się zacząć szał rewitalizacji i powstać drugi Berlin, a jeśli wierzyć oczom i uszom, raczej rokująca przestrzeń do paintballa.

Kilometr od ścisłego centrum europejskiej stolicy jakieś nierealne chaszcze, zasrane wzdłuż i wszerz trawniki naszpikowane żelastwem, na wpół zburzone mury, gnijące płaty dykty, rusztowania nigdy niedokończonych inwestycji".

Ludzie muszą na siebie wpadać

Jeszcze 10 lat temu furorę w polskich miastach robiły osiedla zamknięte, luksusowe, przeznaczone dla wyższej klasy średniej. Zamknięte, choć nie dosłownie, jest też słynne warszawskie Miasteczko Wilanów.

- To osiedle niezwykle jednorodne społecznie - mówi Lidia Pańków. To nikomu nie służy. Tworzy się getto jednej klasy. W przypadku osiedli zamkniętych jest jeszcze gorzej, bo ludzie nie mają przestrzeni wspólnych, żyją w izolacji.

- Miały być superkomfortowe i bezpieczne, a często są po prostu zwykłymi blokami, w których są trochę większe okna i pomiędzy którymi nic się nie dzieje - dodaje pisarka Beata Chomątowska, autorka m.in. głośnej książki "Stacja Muranów".

Chomątowska pracuje właśnie nad publikacją o życiu na wielkich osiedlach mieszkaniowych. Sama dorastała na Krowodrzy, krakowskim osiedlu na północ od Kleparza.

- Blisko centrum, zieleń, cisza. To nie była sypialnia jak Bieżanów czy Ruczaj - tłumaczy. Zdaniem pisarki Polacy już zaczynają się przepraszać z blokowiskami, z których jeszcze kilkanaście lat temu chcieli uciekać. Podobny proces odbywał się w Europie Zachodniej.

- Na przykład w Berlinie ludzie wyprowadzali się z blokowisk na ogromną skalę. W latach 90. całe bloki pustoszały. Burzono szkoły i żłobki, bo nikt ich nie potrzebował. Dziś buduje się je na nowo, bo władze dzielnic zaczęły szukać sposobów na przyciągnięcie ludzi z powrotem. Najpierw bloki ocieplali, remontowali, potem zaczęli burzyć do piątego piętra i robili apartamenty z tarasami. Zaczęły się powroty.

Coś, co wygląda dziś jak fajna kolonia na warszawskim Żoliborzu, jest tak naprawdę wielką płytą. Są tam mieszkania po 120 metrów z tarasem na dachu. Artyści tam mieszkają, a wciąż jest dość tanio - opowiada Chomątowska. Aktorka Katarzyna Gniewkowska wychowała się w Katowicach, do których jej rodzice trafili przez przypadek, bo mama z Krakowa, a tata z Grodna.

- Nigdy nie usiedzieli długo w jednym miejscu - wyjaśnia aktorka. - Przeprowadzali się chyba z piętnaście razy, z czego przynajmniej osiem ze mną. Urodziłam się w katowickiej kamienicy w centrum miasta, potem dalej wędrowaliśmy: Sosnowiec, Będzin. Na dłużej wylądowali w bloku na katowickim Osiedlu Tysiąclecia.

- Mieszkałam tam do matury. Wiadomo: mieszkania są tam małe, łóżko miałam pod kaloryferem i chyba przez to do dzisiaj lubię, jak mi jest ciepło. Poza tym życie w bloku sprzyja kontaktom rodzinnym, bo miejsca jest mało i ludzie siłą rzeczy muszą na siebie wpadać.

Ojciec Gniewkowskiej, Jerzy, z zawodu aktor teatralny i filmowy, legenda śląskich scen, był też pasjonatem architektury. Hobbystycznie budował małe domy w górskich miejscowościach.

- Wymyślał je, stawiał i urządzał - wspomina Katarzyna Gniewkowska. - A kiedy się już nacieszył, to sprzedawał i od nowa. Mnie to zresztą po tacie zostało, razem z mężem wybudowałam w Katowicach dom. Trochę w stylu polskich dworków, bo taki mi się zawsze marzył.

Tu jest przyszłość

Co dalej z wymarzonym polskim M? Wygląda na to, że po ucieczce na przedmieścia znów przepraszamy się z centrami miast.

- W Polsce jest wiele osiedli, na których świetnie się mieszka - twierdzi Beata Chomątowska. - Krakowskie Widok Zarzecze, Krowodrze czy zaplanowane na zasadzie miasta ogrodu lubelskie Mickiewicza, jedno z pierwszych spółdzielczych osiedli w Polsce. Gdy powstało, przyjeżdżano je oglądać. Ci, których na to stać, kupują mieszkania w kamienicach lub apartamentowcach, ale już niekoniecznie odciętych od świata płotami i domofonami.

- Zaczynamy doceniać to, od czego jeszcze niedawno uciekaliśmy. Często niewiele trzeba, żeby w stare, wielkomiejskie osiedla wpuścić trochę życia - podkreśla Beata Chomątowska. Kiedy przeniosła się z Krakowa do Warszawy, zamieszkała na Muranowie.

- Wtedy to był martwy kawałek miasta. Nic się tam nie działo. Dziś to jedno z modniejszych miejsc Warszawy.

Lidia Pańków dodaje: - Jedno jest pewne. Czas ucieczki od sąsiadów się skończył. W przyszłości będziemy musieli żyć raczej bliżej niż dalej od siebie.

 Daniel Grosset

PANI 10/2017


Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje