Przejdź na stronę główną Interia.pl

Lubię z tobą przebywać

– Czy ty, Violetto, chcesz tego oto Krzysztofa za męża? – Tak. – Czy ty, Krzysztofie, chcesz tę oto Violettę za żonę? – Tak. I w tym momencie, nie wiadomo jakim cudem, spadł ze stołu kieliszek do szampana. Na szczęście!

Violetta Ozminkowski-Daukszewicz - dziennikarka "Gazety Wyborczej" i " Newsweeka", współautorka książki o Marku Edelmanie "Pan doktor i Bóg ", autorka wywiadu rzeki z Grzegorzem Miecugowem "Szkiełko i oko", rozmowy z Agnieszką Osiecką "Lubię farbować wróble" oraz biografii Michaliny Wisłockiej "Wyznania gorszycielki", na której motywach powstał film. Autorka piosenki "Siedzę na chmurze", którą śpiewa Kuba Sienkiewicz. Matka dorosłej córki Izoldy.

Reklama

Ostatnio często odwiedzam biblioteki, bo film inspirowany moją książką "Michalina Wisłocka. Sztuka kochania gorszycielki" odniósł spory sukces. Na takich spotkaniach niemal zawsze pada pytanie: jaki jest Krzysztof Daukszewicz prywatnie? I za każdym razem mówię: "Jeszcze fajniejszy niż na scenie". Co wcale nie znaczy, że tarzamy się od rana do nocy ze śmiechu.

Kiedy spotkaliśmy się 10 lat temu w hotelu Sobieski, gdzie miałam przeprowadzić z nim wywiad dla "Newsweeka", w ogóle nie było wesoło. Mnie kilka miesięcy wcześniej zmarła siostra, a Krzysiowi żona. Niedługo potem odszedł mój szwagier. Nie umiałam sobie poradzić z bólem. Postanowiłam zapracować się na śmierć. Krzyś chciał zrobić to samo: umrzeć w trasie koncertowej. Byłam ciągle zmęczona, bo siedziałam w redakcji całymi dniami i nocami. Gdy oglądałam "Szkło kontaktowe" przed naszym spotkaniem i Krzyś powiedział, że śpi ze swoim psem Berą, oświadczyłam córce Idce: "W życiu bym nie spała z takim facetem". Psy wydawały mi się chodzącymi kłopotami, po których trzeba sprzątać, które trzeba odrobaczać... Brr!

Pamiętam, że kiedy nazajutrz zobaczyłam Krzysia, zdziwiła mnie jego łysina. I, co może dziwnie zabrzmi w tym kontekście, od razu mi się spodobał. Przyjaciele śmiali się potem, że to oczywiste, bo jest w moim typie - podobają mi się mężczyźni wysocy, dużo starsi, najlepiej jeszcze z siwą brodą. Co gorsza, zaczęłam mieć dziwne przeczucie, że będziemy razem. Było mi głupio z tego powodu i miałam trudności ze skleceniem najprostszego zdania, więc kiedy Krzyś rzucił coś o Mazurach, odetchnęłam z ulgą, bo urodziłam się w Augustowie i te klimaty są mi bardzo bliskie.

Powiedział wtedy zdanie, którego nie zapomnę do końca życia: "A może umrzemy razem na Kośnie?". Zanim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć, poczułam, jak palą mnie policzki. Okropne uczucie.

A potem było jeszcze gorzej. Wywiad nie spodobał się w redakcji. Nie popisałam się, bo gdy się dowiedziałam, że Krzysia żona nie żyje, nie dopytywałam o to, nie chcąc rozdrapywać ran. Zadzwoniłam więc i powiedziałam mu, że rozmowy nie będzie. Krzyś jednak chciał się jeszcze raz spotkać. Nigdy potem z nikim już na ten temat nie rozmawiał. Wywiad ukazał się w wydaniu świątecznym i bardzo się podobał, ale pamiętam, że w czasie tej rozmowy płakaliśmy. To był koszmar! Nagrał mi się na sekretarkę, że zrobimy autoryzację. Odniosłam wrażenie, że miał zdenerwowany głos.

Przed spotkaniem, gdy stałam przed lustrem, powiedziałam mojej córce, że czuję się tak, jakbym wychodziła na randkę. Popatrzyła na mnie: "Bo ty idziesz na randkę!". Potem było jeszcze gorzej. Krzyś nie odzywał się do mnie kilka tygodni. Z przejęcia chudłam, ale nie chciałam zadzwonić. Pamiętam, jak jechałam taksówką i opowiadałam kierowcy, że facet, w którym się zakochałam (powiedziałam to chyba pierwszy raz), nie odzywa się i pewnie się już nie odezwie. Gdy dotarliśmy na miejsce, on popatrzył na mnie znużonym wzrokiem i powiedział: "Zadzwoni na pewno!". Zadzwonił. I zaprosił mnie na Mazury.

Przyjaciołom powiedzieliśmy, że pracujemy nad wywiadem. Próbowali nas przed sobą ostrzegać - że on artysta, a ona dziennikarka, i tak dalej. Bardzo chciałam dobrze wypaść, więc z wrażenia, podjeżdżając pod bramę domu Krzysia, uderzyłam w nią samochodem i stłukłam reflektor. Krzyś opowiadał mi później, że stał w oknie i myślał: "Boże, sądziłem, że po śmierci Małgosi spotkam kobietę, która poda mi herbatę i bułeczkę z konfiturą własnej roboty, a tymczasem to ja muszę się tą sierotą zająć". I się zajął.

Dziś przyjaciele mówią mi, że ocaliłam Krzysiowi życie, ale prawda jest taka, że on ocalił też moje. Zaczął od wyciągania mnie z korporacji. Kiedyś zdenerwowany naczelny zadzwonił do mnie, że czekają na kolegium, bo mam przecież omawiać numer. Nie wiedziałam, co mu powiedzieć - nasza łódka stała właśnie na środku jeziora, nad nami frunęły kormorany, wielki karp wygrzewał się na powierzchni wody, a ja byłam tym tak pochłonięta, że na śmierć zapomniałam o zebraniu. Powiedziałam tylko, że to się nie powtórzy. Powtórzyło się jeszcze raz, a potem powtarzało coraz częściej. Ale nie tak często, jak chciałby Krzyś.

Któregoś dnia, w drodze na Mazury, Krzyś zażartował, że jeśli zostanę szefową działu, koniec z nami. Ja szefową, niestety, już byłam, tylko mu o tym nie powiedziałam. Musiałam mieć głupią minę, bo zorientował się od razu, ale się nie poddał. Dzwonił do redakcji i dowiadywał się, że nie mogę rozmawiać, bo właśnie sprzedaję podrabiany alkohol na stadionie albo żebrzę na placu Zbawiciela przebrana za Rumunkę lub przechadzam się ucharakteryzowana na Mulatkę po Marszałkowskiej. Na szczęście w porę dotarło do mnie, że życie jest gdzie indziej. Mój kolega zmarł w pracy, a dzień wcześniej pokazywał mi zdjęcia swojego nowego domu nad morzem, gdzie chciał się przeprowadzić z żoną i córeczką. Nie zdążył.

Kiedy się o tym dowiedziałam, byłam sama w domu. Pamiętam, że usiadłam na schodach i zaczęłam płakać. I wtedy poczułam, jak coś wielkiego, ciepłego przytula się do mnie, a potem zaczyna mnie lizać po nogach. To była Bera, która wcześniej nauczyła mnie, co lubi jeść, jak lubi być głaskana, gdzie lubi chodzić na spacery, ale przede wszystkim, że pies to kilka kilogramów żywej miłości, a nie kłopotu. Jestem też wdzięczna naszym dzieciom, które nie tylko się nawzajem polubiły, ale na dodatek szalenie nas od początku wspierały w naszych, czasem nieudolnych, zalotach. Były blisko nas, wiedziały, że bez siebie nie przetrwamy.

Kiedy Krzyś zaprzyjaźnił się z moim byłym mężem do tego stopnia, że wymyślili, że razem z jego rodziną będziemy obchodzić święta, musiałam zaprotestować. Choć bardzo lubię swojego byłego męża i jego nową rodzinę też, to uważam jednak, że nie po to się rozwodziliśmy, żeby teraz spędzać razem święta!

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje