Przejdź na stronę główną Interia.pl

Lepiej późno niż później

Uważa, że ostatnie lata to najlepszy okres w jej życiu. Wyjątkowa rola filmowa Krwawej Luny, szefowej bezpieki, w Zaćmie i najważniejszy, dojrzały związek z reżyserem Ryszardem Bugajskim przyszły do Marii Mamony późno. Aktorka nie żałuje, że dopiero teraz. - Nasze losy nie są nigdzie zapisane. Wszystko zależy od nas samych, czy zauważymy i rozpoznamy to, z czym warto się spotkać w życiu - mówi Michałowi Kukawskiemu.

Maria Mamona: Najpierw proszę spróbować tortu orzechowego.

Reklama

Twój STYL: Wygląda wspaniale. Pani robiła?

- To moja specjalność. Nie ma w nim grama mąki ani bułki tartej, ale jest dużo orzechów, odrobina koniaku z kawą. Proszę się częstować.

Mistrzostwo świata!

- Czasem robię go na prezent, ale tym razem zrobiłam dla siebie.

Tort z historią? Skąd przepis?

- Z domu rodzinnego. Robiła go moja mama, a wcześniej babcia. Przepis przechodzi z pokolenia na pokolenie. Mama słynęła z deserów, przygotowywała wspaniałe wypieki. Lubiłam jej pomagać, ubijałam pianę, podpatrywałam ją - pieczenie ciast dobrze mi się kojarzy.

Pochodzi pani z Krasnegostawu na Lubelszczyźnie. Co pani najmocniej zapamiętała z domu?

- Dzieciństwo dobrze pamiętam - niestety byłam chorowitym dzieckiem i mam traumy związane z pobytami w szpitalu. Zwykle leżałam w Lublinie w Klinice Dzieciątka Jezus. To był koszmar: małe dziecko z dala od domu. Poza tym miałam błogie dzieciństwo. Dom skromny, rodzice byli nauczycielami - mama polonistka, tata od nauk ścisłych, mieszkanie nieduże w bloku z lat 50. Mam też starszego brata.

Była pani typem mola książkowego czy ganiała po podwórku z innymi dzieciakami?

- O, na podwórku! W zimie sanki, łyżwy, w lecie jeździliśmy zawsze w góry. Jako bardzo małe dziecko byłam na Śnieżce, mam zdjęcie, jak stoję na szczycie ubrana w płaszczyk, wyglądam dość komicznie. Ale najważniejsze jest to, że stoję po czechosłowackiej stronie. To było wielkie przeżycie - znalazłam się za granicą. Morze po raz pierwszy zobaczyłam dość późno, bo dopiero pod koniec szkoły podstawowej. Raz w życiu byłam na koloniach i raz na obozie żeglarskim nad Firlejem.

Co panią pognało do aktorstwa?

- Od ósmej klasy podstawówki uczestniczyłam w konkursach recytatorskich. Raz nawet doszłam do etapu ogólnopolskiego i ostatecznie zajęłam drugie lub trzecie miejsce. Lubiłam to. Zamierzałam studiować aktorstwo w Krakowie, a do Warszawy - mój brat studiował już na politechnice - przyjechałam tylko do poradni teatralnej prowadzonej przy PWST. Chciałam się dowiedzieć, nad czym powinnam popracować. Już nie pamiętam, co tam zaprezentowałam, ale najbardziej surowa wtedy pedagog, profesor Tomaszewska, powiedziała, że jestem gotowa. No i właściwie w ostatnim momencie zdecydowałam, że zostanę jednak w Warszawie.

Nie odczuwa pani żadnej tremy przed występem?

- Im gorzej człowiek przygotowany do roli, tym jest trudniej, ale są takie momenty, kiedy mimo wielu prób trema wydaje się paraliżująca. Zdarza się, że serce chce mi wyskoczyć z piersi. To było chyba 21 lat temu, pojechałam z moim monodramem według Zakonnicy Diderota na wielki festiwal teatralny do Edynburga, podczas którego wystawiane są setki spektakli i trzeba ostro walczyć o każdego widza. Przedstawienie zrobiłam po angielsku i tam miałam premierę. Tuż przed wejściem na scenę pomyślałam: "Co ja sobie wymyśliłam! Po co mi to?". A musiałam się o zaproszenie na festiwal wystarać, mało tego, zapłacić za wynajęcie sceny... To była tak niesamowita trema, ale tuż przed występem. Weszłam na scenę, poczułam swoją postać, energię od publiczności i pojawiła się radość. Mimo nerwów i stresu lubię premiery.

Zdaje się, że lubi pani wyzwania. Spektakl My Lord... Confession of a Nun w Edynburgu zagrała pani 23 razy, potem występowała z nim w Australii i Kanadzie. I to niejedyne tak odważne przedsięwzięcie w pani życiu.

- Pomysły na monodramy i tego typu historie biorą się stąd, że czasami nie mam wystarczająco ciekawych propozycji pracy i wtedy sama coś sobie organizuję. Zosia Mrozowska, moja ukochana profesor ze szkoły teatralnej, zawsze mówiła: "Pamiętaj, różnie bywa, czasem się gra, czasem nie, różne są okresy w życiu aktora, nie trzeba narzekać, tylko swoje robić". I ja się do tego stosuję, zawsze coś na boku mam. Nie siedzę i nie czekam na telefony z propozycjami. Wierzę, że im więcej się samemu daje, im więcej się wkłada w coś energii, z tym większą siłą ona później wraca do człowieka.

Warszawską PWST ukończyła pani z wyróżnieniem w 1977 roku, od razu dostała angaż w Teatrze Współczesnym, w którego zespole jest pani do dziś, ale na pierwszą dużą rolę w kinie czekała pani aż do ubiegłego roku.

- Rzeczywiście przez te wszystkie lata na pierwszym miejscu był teatr. Debiutowałam w Panu Jowialskim Fredry w reżyserii Jerzego Kreczmara ze wspaniałą obsadą: Ludwiżanka, Krafftówna, Michnikowski, Wołłejko, Jan Englert, Damian Damięcki... I między nimi ja, więc można sobie wyobrazić, że byłam i zachwycona, i przerażona jednocześnie. Teatr od początku mnie fascynował, ale też film mną się mniej interesował i nigdy nie zagrałam tak dużej roli jak w Zaćmie. Ale takie role w ogóle rzadko trafiają się jakiejkolwiek aktorce w polskim kinie.

Świat filmu to świat mężczyzn?

- Słuchałam wywiadu z brytyjską aktorką Helen Mirren, w którym mówiła, że jeśli kiedyś w ekipie filmowej pojawiała się kobieta, była to albo fryzjerka, makeupistka, albo sekretarka planu, a poza tym sami faceci. Nie mówiąc już o głównych rolach.

Wciąż tak to wygląda?

- Nie, już tak nie jest. Na wydziale reżyserskim mężczyźni są w mniejszości. Na wydziale operatorskim też jest więcej dziewczyn niż kiedyś. Dawniej sprzęt był ciężki, nie każda kobieta radziła sobie z dźwiganiem kamery. To był zawód fizyczny. Teraz, kiedy kamery są mniejsze, lżejsze i poręczniejsze, jest i więcej kobiet.

Jeśli tyle się zmieniło, to na czym polega problem braku scenariuszy pisanych z myślą o kobietach?

- W Polsce, ale i nie tylko, utarło się, że mało kto pójdzie na film, w którym wiodącą postacią jest kobieta. I to jeszcze kobieta w moim wieku. No, chyba że jest to gwiazda, bardzo znana i piękna aktorka, to można liczyć, że film się spodoba. Są nawet tacy koledzy aktorzy, którzy o kobietach w filmie mówią, że najważniejsze, żeby ładnie wyglądały i były seksowne. Uważają, że świat filmów należy do nich. A kobieta to tylko dodatek

Pani mąż, reżyser Ryszard Bugajski, twórca Zaćmy, ale i Przesłuchania z Krystyną Jandą, ma inne podejście. Skąd u niego taka wiara w kobiece bohaterki?

- Zagrałam w trzech jego filmach, przy pierwszym nie byliśmy jeszcze parą, przyjaźniliśmy się. Ryszard zawsze mówił, że kobieta jest dla niego znacznie bardziej interesującą postacią do opowiedzenia historii. Kobieta ma więcej możliwości pokazania złożoności swojej sytuacji, uczuć, charakteru, przeżyć. U mężczyzny nie wszystko przechodzi. Jeśli ma grać silnego, twardego, to nie będzie płakał, bo stanie się groteskowy.

W Zaćmie główny temat snuje się wokół kobiety, pani właściwie ani na chwilę nie znika z ekranu. Po obejrzeniu filmu nie dawało mi spokoju jedno pytanie: jak to jest wcielić się w kogoś, kogo nie sposób zrozumieć?

- Zło jest znacznie atrakcyjniejsze i bardziej intrygujące, bo trudniejsze do zrozumienia. Odgrywanie takiej postaci zmusza do głębszego zastanowienia się nad losem drugiego człowieka. Jednoznacznie dobre postaci nie są ciekawe do grania, robią się ciekawe dopiero wtedy, gdy zaczyna się w nich odnajdywać słabości i ułomności.

Ale pani bohaterka, Julia Brystygierowa, wydaje się zła do szpiku kości. Niemożliwe jest, by ją polubić. Trudno jej współczuć. Nawet księża z prymasem Wyszyńskim na czele nie są w stanie jej zrozumieć i rozgrzeszyć.

- Żeby zrozumieć jej wybory i motywy działania, przestudiowałam dokładnie wszystko, co dotyczyło jej życia. Pochodziła z inteligenckiej, żydowskiej rodziny. Wychowana w świeckiej atmosferze, studiowała historię i filozofię, miała doktorat. Jako dziewczyna, jeszcze przed II wojną światową, wstąpiła do partii komunistycznej - komunizm był dla ludzi w jej wieku formą buntu i jednocześnie zapowiedzią lepszego świata, w którym wszyscy są równi, mają taki sam dostęp do edukacji, opieki i pracy. Tamta ideologia stała się dla niej rodzajem religii. I tak zwykle bywa, że kiedy się w coś tak głęboko i bezkrytycznie wierzy, staje się to niebezpieczne. Można pobłądzić. Moja bohaterka uważa, że aby zbudować lepszy świat, potrzebne są ofiary. Ponieważ była jednak inteligentna i myśląca, miała refleksje na temat życia, swoich wyborów, w końcu coś ją dopada.

Powiedziała pani kiedyś, że jako młoda aktorka grywała postaci dużo starsze od siebie i dzięki temu szybciej dojrzała. Także jako człowiek, kobieta?

- To było jeszcze w szkole teatralnej, na zajęciach u wspomnianej Zofii Mrozowskiej. Byłam wtedy bardzo młodą osobą, miałam 19-20 lat i grywałam mocne, trudne role, postaci starsze ode mnie. Taka praca dała mi większe zrozumienie świata dojrzałych ludzi w porównaniu z tym, co wtedy działo się w moim życiu. Ale czułam się bezpiecznie. Może dlatego, że pedagogiem była kobieta i łatwiej mi było przy niej testować siebie w takich rolach.

Czy wcielając się w takie postaci jak Krwawa Luna, szefowa bezpieki w Polsce lat 50., można się czegoś o sobie i o świecie nauczyć?

- Tak, każda rola wzbogaca. A im bardziej obca i im bardziej różna ode mnie jest postać, tym więcej jestem w stanie skorzystać na takiej transakcji. To jak z literaturą - każda dobra powieść mówi nam coś o świecie, o postawach i decyzjach, na które my nigdy byśmy się nie zdobyli, a w aktorstwie to oddziałuje jeszcze silniej, bo muszę tę postać bezpośrednio poczuć w sobie, niejako przeżyć czyjeś życie. Czasem bywa tak, że gra się coś i jednocześnie nie można uwierzyć, że ktoś tak głupio mógłby postąpić. Ale potem nagle z przerażeniem się odkrywa, że moje życie też tak wygląda, że ja działam podobnie. W kontakcie z trudną rolą, z postacią budzącą kontrowersje czy wręcz lęk, zaczynamy się zastanawiać nad człowiekiem, nad tym, do czego ludzie są zdolni. Wiedziałam, że życie potrafi być skomplikowane, ale ta rola jest szczególnie wzbogacająca. Bo Zaćma nie jest o tym, że każdy może zejść ze złej drogi, ale o tym, że świat nie jest czarno- -biały, a człowiek to skomplikowana istota, która nie może podlegać prostym klasyfikacjom.

Czy w odgrywaniu takiej postaci może być coś przyjemnego?

- Granie dobrego, wspaniałego człowieka nie jest tym, na co aktor czeka. Natomiast aktor grający potwora musi go w sobie poszukać i to jest wyzwanie, choć nie aż tak karkołomne, bo przecież każdy z nas ma w sobie także ciemną stronę.

Czy sięganie do tej mrocznej części osobowości jest niebezpieczne?

Nie, bo mam pełną świadomość tego, że to rola, w którą wchodzę na potrzeby konkretnej sytuacji. Oczywiście nie mogę powiedzieć, że wychodzenie z niej przypomina zdjęcie płaszcza, ale też nie mogę powiedzieć, że po zagraniu tej postaci zmieniłam się i do dziś nie mogę jej z siebie wyrzucić. Nie. Tu jest innego rodzaju problem. Gdy się tak intensywnie pracuje przy filmie, nagle przychodzi koniec i zapada cisza. Ta pustka bywa niebezpieczna.

Jest coś szczególnie dobrego, przyjemnego w tym, że ta rola przyszła teraz, a nie wiele lat wcześniej?

- To wspaniałe, że dzieje się to teraz, bo dziś mogę o wiele więcej powiedzieć o życiu i człowieku, niż było to chociażby 20 lat temu. Role pisane z myślą o młodych aktorkach są mniej ciekawe, ich problemy zwykle sprowadzają się do jednego dylematu: kocha czy nie kocha? Oczywiście upraszczam rzeczywistość, ale role dojrzałych ludzi wydają mi się zawsze dużo bardziej poruszające. Nie żałuję więc, że Luna przyszła dopiero teraz. Poza tym ja nie wierzę w przypadki.

Jeśli nie w przypadki, to w co pani wierzy?

- W to, że wszystko, co nam się przydarza w życiu, jest potrzebne i ważne. Życie uczy mnie obserwacji, tolerancji. Czasem, gdy widzę na ulicy bezdomnego, później nie dają mi spokoju myśli o tym, kim on był wcześniej, jak to się stało, że tak się stoczył. Aktor to ktoś, kto nieustannie zajmuje się człowiekiem. Staram się nie oceniać ludzi, ale dostrzegać złożoność i zawiłość ich losu. Tak samo myślę o bohaterach, których mam zagrać - interesują mnie skryte zakątki duszy, drobne okoliczności życiowe, początkowo mało znaczące decyzje, które miały nieoczekiwane i poważne konsekwencje. Wierzę, że my, ludzie, mamy dobrą, ale i wolną wolę. Nasze losy nie są nigdzie zapisane, a jeśli już jest coś zapisane, to tylko to, z czym mamy się spotkać w życiu. A czy my to zauważymy i rozpoznamy i czy z tego skorzystamy, zależy już tylko od nas samych.

Z reżyserem Zaćmy Ryszardem Bugajskim związana jest pani od niedawna. Jak wygląda związek dwojga ludzi, którzy mają tyle wspólnego, robią razem filmy?

- Na premierze Zaćmy w Toronto Ryszard przedstawiał widzom kompozytora, który jest Kanadyjczykiem, i mnie: "Oto odtwórczyni głównej roli. A prywatnie moja żona". Potem w recenzjach pisano, że w filmie gra żona reżysera. Jednak raczej unikamy rozmów o naszym związku. A jest on dość niezwykły, bo związaliśmy się, gdy ja byłam po pięćdziesiątce, a Ryszard po sześćdziesiątce. Mamy interesujące życie, bo jedno od drugiego ogromnie dużo dostaje: energię, wenę, inspirację. Nigdy się ze sobą nie nudzimy. Kiedyś żyłam, myśląc głównie o przyszłości, że coś się kiedyś zdarzy, coś się zrealizuje. Teraz w ogóle o tym nie myślę. Żyję tym, co dzisiaj, i to zauważam. Po raz pierwszy w życiu coś takiego przeżywam. I uważam to za wielkie osiągnięcie.

Jak długo są państwo małżeństwem?

- Ponad sześć lat jesteśmy razem, a małżeństwem jesteśmy od dwóch. Wzięliśmy ślub, choć niektórzy się z nas śmiali: "Po co wam to?". Ceremonia odbyła się w Kazimierzu Dolnym i jedynymi obecnymi byli nasi świadkowie - mój syn Benek ze swoją narzeczoną, bo syn Ryszarda mieszka w Kanadzie i nie mógł w tym czasie być w Polsce. Co ciekawe, mamy synów w tym samym wieku, Tomek jest zaledwie o miesiąc młodszy od Benka. Ja natomiast jestem z 26 kwietnia, a Ryszard z 27. Tak to się zabawnie ułożyło - jesteśmy zodiakalne Byki i mamy synów z 1983 roku, którzy niedawno oświadczyli się swoim dziewczynom. Obaj są bardzo wysocy, tyle że jeden jest blondynem, a drugi ciemnym szatynem.

Kontynuują pasje i zawody rodziców?

- Tomek zajmuje się finansami, pracuje dla rządu kanadyjskiego w prowincji Ontario. A mój syn skończył wiedzę o teatrze, a teraz jest na podyplomowych studiach z produkcji filmowej. On też pracował przy Zaćmie jako drugi reżyser od strony produkcyjnej i cała postprodukcja była w jego rękach. Lubi to, spełnia się w tym, myślę, że znalazł w końcu swoje miejsce.

To przyjemny moment, kiedy nagle poszczególne elementy życia zaczynają do siebie pasować, wszystko ląduje na swoim miejscu. Pani chyba też coś podobnego przeżywa?

- Rysio mówi, że pamięta mnie z teatru sprzed wielu, wielu lat, jeszcze zanim w latach 80. wyjechał do Kanady. Właściwie to poznała nas moja przyjaciółka Grażyna Szapołowska, która miała pomysł, żeby Ryszard napisał scenariusz o Strzemińskim i Kobro, i przyjechała z nim do mnie na działkę. To było w 1999 roku, ja i Ryszard mieliśmy wtedy swoje życia, nic między nami się nie zdarzyło. Potem rozpadło się moje małżeństwo, Rysio miał swoje perypetie, my się cały czas kolegowaliśmy, potem przyjaźniliśmy... i w końcu zaiskrzyło. Zaczęliśmy nowe życie, będąc już dojrzałymi ludźmi, to się chyba rzadko zdarza. Życie, które jest szczęśliwe, pasjonujące, interesujące. Takie to banalne, kiedy mówi się, że jest się szczęśliwym. Ale też piękne.

Rozmawiał MICHAŁ KUKAWSKI

Twój Styl 02/2017

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje