Przejdź na stronę główną Interia.pl

Leopold Tyrmand: Jak polski bon vivant został obrońcą Ameryki

Niedoszły zięć Iwaszkiewicza został ojcem po sześćdziesiątce.

Opel rekord 15 marca 1965 r. zatrzymuje się na Moście Przyjaźni w Cieszynie. Leopold Tyrmand pokazuje paszport, dokumenty, wypełnia deklarację celną na maszynę do pisania Continental i jedzie dalej na południe w kierunku Jugosławii, gdzie właśnie ukazała się jego książka. Ma zaproszenia także do kilku innych krajów. Po przejechaniu granicy oddycha z ulgą: w bagażniku ukrył dwa maszynopisy, nie byłoby dobrze, gdyby je znaleziono. Ale nic takiego się nie stało.

Reklama

Leopold Tyrmand ma 45 lat. Wydał kilka książek, wśród nich powieść "Zły", która uczyniła go sławnym. To dzięki niej mógł kupić samochód. Organizował festiwale jazzowe. Napisał sztukę teatralną oraz scenariusz filmu "Naprawdę wczoraj", w którym zagrała Beata Tyszkiewicz i Andrzej Łapicki. Miał za sobą sukcesy towarzyskie. O mało nie został zięciem Jarosława Iwaszkiewicza - Maria Włodek, córka pisarza, odrzuciła jednak jego awanse. Żenił się dotychczas dwukrotnie. Druga żona, projektantka Barbara Hoff, została w Warszawie. Powiedział jej, że wróci za dwa miesiące.

Leopold Tyrmand nie znosił komunizmu, w którym spędził 20 lat życia. Mawiał, że protestuje przeciwko niemu, nawet nosząc kolorowe skarpetki i nie gasząc światła, gdy wychodzi z publicznej toalety. Gardził koteriami literackimi i towarzyskimi. Opisał je zresztą w książce "Życie towarzyskie i uczuciowe", której nie chciano mu wydać, i w "Dzienniku 1954", którego maszynopis zabrał ze sobą. Żeby wyjechać, był gotów paktować nawet z diabłem. Paszport załatwił mu pułkownik Janic, szef gabinetu ministra spraw wewnętrznych Mieczysława Moczara, stary znajomy jego przyjaciela, Stefana Kisielewskiego. "Teoretyk antysemityzmu i totalizmu" - napisał o nim Tyrmand, gdy był już za granicą.

Najlepsze miejsce do życia

Nie wiedział jeszcze, że wyjeżdża na stałe, choć brał to pod uwagę. Decyzję podjął w podparyskim Maisons- Laffitte u Jerzego Giedroycia, siedzibie paryskiej Kultury, gdzie zatrzymał się jak wielu polskich emigrantów przed nim i po nim (Miłosz, Hłasko i inni). Z Paryża wyjechał do USA, gdzie otrzymał trzymiesięczne stypendium Departamentu Stanu. Podróżował po kraju, spotykał się z ważnymi ludźmi, udzielał wywiadów. Na trasie podróży znalazł się Nowy Orlean, jedno z miejsc, w których narodził się jazz. Cóż za gratka dla kogoś, kto wymyślił festiwal Jazz Jamboree w Warszawie! Tyrmand był zachwycony.

Jeśli już ma mieszkać gdzieś poza Polską, to w USA. Wynajmuje najtańsze mieszkanie w nowojorskim Harlemie i zaczyna pisać. W zdobyciu kontaktów do poważnych ludzi mediów pomaga mu dziennikarka "Time" Beverly De Luscia, przez pewien czas jego dziewczyna. Zawsze miał szczęście do kobiet. Dzięki niej publikuje pierwszy tekst w prestiżowym amerykańskim "New Yorkerze" obok największych gwiazd amerykańskiego dziennikarstwa i literatury. Ma satysfakcję. Nieznany nikomu emigrant z komunistycznego kraju nagle znajduje się w amerykańskiej pierwszej lidze. Poza tym "New Yorker" fantastycznie płaci.

Mniej więcej wtedy Leopold Tyrmand rozwodzi się korespondencyjnie z Barbarą Hoff. "Tu się dusił. Postanowił wyjechać i uważam, że była to bardzo mądra decyzja" - powiedziała projektantka po latach.

Tyrmand publikuje kolejne teksty. Amerykanie są ciekawi refleksji człowieka z komunistycznego kraju, które w dodatku pisane są perfekcyjnym angielskim. Jednak "Zapiski o życiu w komunizmie" redakcja odrzuca. Bo Tyrmand uważa, że interwencja Amerykanów w Wietnamie jest słuszna. "Staram się bronić Amerykę przed nią samą" - pisze. To oznacza koniec współpracy.

W 1971 r. spotyka się w Nowym Jorku z dawnym warszawskim znajomym, dziennikarzem Krzysztofem Teodorem Toeplitzem. "Zobacz, Lolek, twoi ludzie" - rzucił Toeplitz, kiedy mijali protestującą na Manhattanie przeciwko wojnie w Wietnamie młodzież. "Nie chcę mieć z nimi nic wspólnego - odparł z gniewem Tyrmand. - Oni chcą zniszczyć Amerykę".

Denerwuje go polityczna poprawność. Gardzi też ludźmi sprzedającymi tzw. zdrową żywność. Uważa, że to niepotrzebny kaprys. "Nie ma nic lepszego niż puszka z UNRRA" - powtarza. Tylko ktoś, kto przeżył wojnę i komunizm, pamiętał, jaką rolę odegrała amerykańska pomoc żywnościowa dla zniszczonej wojną Europy w latach 40.

W zmęczonej koszulce

"Wybrałem Amerykę ponieważ jest lepsza, a nie dobra. Lepsza od wszystkiego znanego mi gdzie indziej, mimo potworności, jakimi jest usiana" - pisał w jednym z tekstów. Z polskiego obywatelstwa rezygnuje w sierpniu 1968 r. po interwencji wojsk Układu Warszawskiego (w tym PRL) w Czechosłowacji. Ze wstydu.

Przyjaźni się z Elżbietą Czyżewską i bywa w nowojorskim mieszkaniu jej i jej męża Davida Halberstama. Ale nie znajduje wspólnego języka z Halberstamem, krytykiem amerykańskiej interwencji w Wietnamie. Ma również amerykańskich przyjaciół. Jednym z nich jest legendarny radiowiec Willis Conover z Głosu Ameryki, którego audycji słuchał jeszcze w Polsce. Po zerwaniu współpracy z "New Yorkerem" znów żyje w biedzie w tanim mieszkaniu z karaluchami. Przypomina mu to ponure lata stalinizmu w Polsce, kiedy gnieździł się w malutkim pokoiku i klepał biedę. Ale w Ameryce czuje się wolny.

Takim spotyka go Agnieszka Osiecka. "Pierwszy raz spotkałam Leopolda w podkoszulku. Takim, jakie nasi dziadkowie nosili jako górę kalesonów. W dodatku ten podkoszulek był trochę zmęczony i przepocony". Poetka jest zszokowana. Leopolda Tyrmanda zapamiętała z Polski jako jednego z najlepiej ubranych mężczyzn. W sierpniu 1971 r. 51-letni Tyrmand nieoczekiwanie żeni się z młodszą o trzy dekady studentką iberystyki z Nowego Jorku Mary Ellen Fox. W połowie lat 70. także zawodowo szczęście znów się do niego uśmiecha. Zostaje wiceprezesem konserwatywnego instytutu w Rockford niedaleko Chicago ("to takie amerykańskie Katowice" - tłumaczył polskim znajomym) i wkrótce zaczyna wydawać konserwatywny magazyn. Po raz pierwszy w życiu ma stałą pracę. Nazwisko Leopolda Tyrmanda staje się znane.

Polityczne wiatry w USA zmieniają się, gdy prezydentem zostaje republikanin Ronald Reagan. Tyrmand ma 61 lat, gdy w lutym 1981 r. pierwszy raz w życiu zostaje ojcem. I to od razu podwójnym, bo na świat przychodzą bliźnięta: Rebecca i Matthew. Rozpieszcza dzieci, poświęca im czas, chodzi z nimi na spacery. Cieszy się z kolejnego doświadczenia, które przyniosło mu życie. Umiera niespodziewanie na zawał, gdy bliźnięta mają cztery lata, podczas pierwszych od lat wspólnych wakacji na Florydzie. Tyrmandowie niedawno przeprowadzili się do nowego domu kupionego za gotówkę, ponieważ Tyrmand nie wierzył bankom i nie uznawał kredytów.

Kondolencje wdowie przesyła prezydent Ronald Reagan, który regularnie czytał redagowane przez Tyrmanda "Chronicles of Culture". Ale dla Mary to niewielka pociecha. Zostaje bez środków do życia, bo Leopold nie zadbał o ubezpieczenie. Pochowano go na żydowskim cmentarzu na Long Island. W Polsce był katolikiem, w USA wrócił do judaizmu. Mowę pogrzebową wygłosił jednak pewien znany amerykański ksiądz. Fragment Psalmu 36. "W Twojej światłości oglądamy światłość" wyryto na grobie.


Dowiedz się więcej na temat: Leopold Tyrmand

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje