Przejdź na stronę główną Interia.pl

Ladies, które zdobyły ośmiotysięcznik

Posiłek w bazie, fot. archiwum Marka Janasa /Wydawnictwo Literackie

Ktoś się zakochał, ktoś klął jak szewc, ktoś się nie mył, ktoś odmroził sobie palce u stóp, ktoś wszedł na szczyt. Ktoś ustawił się na nim półnagi do zdjęcia, a ktoś inny wypalił sporta. Ktoś uczył dzieci w wioskach u podnóży Karakorum mówić "Wanda c*pa", a ktoś inny "Fereń ch*j". Tak jak każdy ma własną opowieść o Wandzie Rutkiewicz, tak każdy z alpinistów ma swoją opowieść o Gaszerbrumach.

Reklama

Przeczytaj fragment książki Anny Kamińskiej "Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci. Historia Wandy Rutkiewicz":

To, co działo się w 1975 roku na wyprawie w Karakorum, próbował oddać w filmie "Temperatura wrzenia" reżyser Andrzej Zajączkowski, który towarzyszył z kamerą ekipie w bazie w górach. Ukazała się też książka pod redakcją Wandy Rutkiewicz pod tytułem "Zdobycie Gasherbrumów", w której swoje przeżycia opisało wielu biorących udział w tej wyprawie alpinistów. O ekspedycji rozpisywała się także prasa. "Biorąc pod uwagę sumę wyników, wyprawę można uznać za najowocniejszą w historii polskiego alpinizmu, a jeśli chodzi o alpinizm kobiecy — za najdonioślejszą w ogóle" — pisał magazyn "Sportowiec"59.

Reklama

W czasie "Ladies Himalaya Expedition" większość uczestników zdobyła Gaszerbrumy. Wanda weszła na siedmiotysięcznik Gaszerbrum III w zespole mieszanym, a nie czysto kobiecym. Dwie polskie alpinistki, Anna Okopińska i Halina Krüger-Syrokomska, osiągnęły szczyt ośmiotysięczny Gaszerbrum II i ustanowiły w ten sposób światowy rekord wysokości w zespole kobiecym. Na szczyt Gaszerbrum II weszli też mężczyźni. Wszystko odbyło się jednak w atmosferze konfliktu. I kiedy Jelcz 316 przybył 20 października 1975 roku z powrotem do Warszawy, na miejscu emocje nie opadały, tylko sięgały zenitu.

Góry Ladies

Dziennikarze często opisywali "Ladies Himalaya Expedition", skupiając się albo na sukcesie Wandy Rutkiewicz, która stanęła na dziewiczym szczycie, albo na pierwszym kobiecym wejściu jej koleżanek na ośmiotysięcznik. Decyzję o tym, by atakować dziewiczy szczyt Gaszerbrum III w zespole mieszanym, w towarzystwie mężczyzn, a nie wyłącznie kobiet, co Wanda forsowała od początku wyprawy, wyjaśniała na łamach prasy: "Bałam się zapowiadanego poprzedniego dnia załamania pogody. (...) Nie wierzyłam, by po jeszcze jednym odwrocie udało nam się znaleźć dosyć sił fizycznych, przede wszystkim zaś psychicznych do podjęcia jeszcze jednej próby"60. I tłumaczyła: "Pragnęłam tego sukcesu tylko dla kobiet, ustąpiłam w chwili, kiedy trwanie przy tym pragnieniu mogło przekreślić szanse zdobycia szczytu w ogóle".

W środowisku jednak wrzało. "Po powrocie do kraju rozpoczęły się przetargi, czyj sukces był ważniejszy — wspominała. — Środowisko długo ekscytowało się wewnętrznymi sporami zespołu, podjudzane żalami zawiedzionych uczestniczek".

Film "Temperatura wrzenia", wyświetlany w kinach, koncentrował się z kolei na jeszcze większym konflikcie, do jakiego doszło między kierowniczką wyprawy a zespołem. "Można twierdzić, że kierownik kształtuje zespół i atmosferę w zespole. Ale również zespół kształtuje kierownika" — Wanda wracała do tego konfliktu jeszcze wiele lat później w swoich książkach.

I narzekała przy tym na lenistwo, intryganctwo, wygodnictwo i inne przypadłości ludzkie, jakie przypisywała ludziom gór. "Zespół nie czuł się przeze mnie szanowany, był dotknięty, że nie liczę się z jego zdaniem — mówiła. — A przecież liczyć się ze zdaniem dwudziestu osób jest niezwykle trudno. Demokracja nie jest najlepszą metodą prowadzenia dużych wypraw himalajskich".

"Wanda wybrała twardy sposób kierowania zespołem i stworzyła sytuację, że była ona i zespół — mówi dzisiaj Leszek Cichy, najmłodszy uczestnik wyprawy na Gaszerbrumy. — Ustawiła się w funkcji kierownika, dystansując się do osób, z którymi była zaprzyjaźniona. Wybrała po prostu taką strategię. Traktowała ludzi instrumentalnie i to było z punktu widzenia menedżera super profesjonalne zachowanie: dobieram sobie zespół i staram się nim kierować tak, żeby to było skuteczne. I muszę uzyskać autorytet, żeby w razie czego móc się do niego odwołać i wykorzystać ludzi dla wspólnego celu, żebyśmy go osiągnęli. Z menedżerskiego punktu widzenia taka postawa zasługuje na piątkę z plusem, ale my, koledzy Wandy z klubu, oczekiwaliśmy bardziej koleżeńskiego podejścia. Wanda mogła brać przykład z Andrzeja Zawady: był kierownikiem bratem łatą, zachęcającym do gry zespołowej, mogła przyjąć taką postawę jak on, że jesteśmy jednym zespołem, kierujemy się dobrem wyprawy, słuchamy nawzajem swoich opinii i na końcu kierownik, jako lider, podejmuje decyzję. Taki był sposób kierowania zespołami przez dwóch liderów polskich wypraw wysokogórskich — Andrzeja Zawady i Janusza Kurczaba. Wanda wybrała jednak inną metodę. Odseparowała się od zespołu. Konsultowała decyzje na osobności z Januszem Onyszkiewiczem, a potem przychodziła i wygłaszała swoje zdanie. To, że nie bierze pod uwagę naszych głosów, budziło opór. Dziś myślę, że może był to brak doświadczenia.

Gaszerbrumy to była pierwsza polska tak wielka wyprawa po wojnie w góry wysokie. Wiem, że potem, na innych kierowanych przez siebie wyprawach, Wanda zmieniła sposób dowodzenia zespołem, nie wygłaszała decyzji ex cathedra, starała się być częścią zespołu, a nie — ja przeciw wszystkim. My cieszyliśmy się z samego wyjazdu, niezależnie od tego, jak by się nie zakończył. A Wanda przeciwnie, cały czas była spięta i myślała tylko o tym, by wrócić z sukcesem. To też nas dzieliło. W pewnym momencie zauważyliśmy, że nie tylko się od nas odseparowuje, ale jeszcze tak kieruje zespołem i planuje ataki szczytowe, żeby dla siebie zachować szansę na szczyt. Wszyscy to widzieli i to też rodziło napięcia. Dziś wydaje mi się, że gdybyśmy w szczerej rozmowie powiedzieli, że tak nie można, że my też mamy ambicje, że oczekujemy od niej, żeby to wszystko było wyważone, to być może ona by to zrozumiała. Nigdy jednak nie doszło do takiej rozmowy. Wanda miała postawę, nie tylko zresztą na tej wyprawie, oblężonej twierdzy. Chciała być zawsze najlepsza. Nie potrafiła się też przyznać do błędów, nigdy nie szukała winy w sobie, można było o niej mówić tylko dobrze, broń Boże źle. Obydwoje, przed Gaszerbrumami i po wyprawie, zawsze szanowaliśmy się jako himalaiści, rozmawialiśmy ze sobą, staraliśmy się być wobec siebie fair, ale nigdy nie nawiązaliśmy bliższego kontaktu.

Z wyprawy na Gaszerbrumy, wbrew temu, co pisała prasa, i jak można przypuszczać, znając film ‘Temperatura wrzenia’, nie wracaliśmy do Polski pokłóceni. My, mężczyźni, byliśmy wręcz bardzo zadowoleni z tego, co udało nam się osiągnąć w Karakorum, bardziej rozczarowane były kobiety. Wanda zapowiadała przed wyprawą, że alpinistki mają zdobyć Gaszerbrum III w czysto kobiecym zespole, a w ostatniej chwili zmieniła decyzję i sama weszła na szczyt w zespole mieszanym. Dziś myślę, że to było wtedy jedyne racjonalne wyjście, choćby z powodu śniegu do torowania. Dziewczynom trudno byłoby zdobyć samodzielnie szczyt. Gaszerbrum III został po raz pierwszy zdobyty, i to przez Polaków — moim zdaniem to było najważniejsze, że weszli na niego Polacy, niekoniecznie, że same Polki, tylko w ogóle Polacy. I ta decyzja Wandy, jak dzisiaj na to patrzę, była według mnie okej. Nie można jej też zarzucić, że wymagała od siebie mniej niż od nas. Kiedyś po śniadaniu siedzimy w namiocie, Wanda źle się poczuła, wyszła, słyszymy, że wymiotuje, po czym wraca i mówi: «Idziemy». I poszła w góry, tak jak było ustalone. Na Gaszerbrumach, po naszych wejściach na szczyt, zespół się scementował, ale Wanda pozostała jakby na zewnątrz grupy. Jako kierownik wyprawy osiągnęła wtedy największy sukces w dziejach polskiego himalaizmu, ale jednocześnie zetknęła się z niechęcią niektórych członków zespołu i była źle oceniona jako kierowniczka".

Gorzki smak zwycięstwa

Kilka lat po wyprawie na Gaszerbrumy Wanda Rutkiewicz mówiła, że sukces tej wyprawy to był dla niej "gorzki smak zwycięstwa".

Zdzisław Prusisz wspomina, że Wanda wróciła wcześniej z Gaszerbrumów do Polski niż zespół alpinistów i podwoził ją wtedy w Warszawie samochodem. "Niechętnie, ale zaczęła w końcu opowiadać w czasie drogi, że ta wyprawa była dla niej trudna, że ludzie to są pająki itd. Była rozdygotana i odebrałem to tak, jakby zrobiono jej krzywdę. Wyglądała jak półtora nieszczęścia. Miałem wrażenie, że była na skraju załamania nerwowego. Nigdy wcześniej nie widziałem tak zdołowanej Wandy".

Skutki tej wyprawy są dla niej jednak tak samo wielkie jak rozczarowanie. W czasie wyprawy na Gaszerbrumy Wanda poznaje w Pakistanie doktora Karla Herrligkoffera, niemieckiego lekarza i lidera wypraw wysokogórskich. I Herrligkoffer, będąc pod wrażeniem sukcesu polskiej ekspedycji, zaprasza wtedy Wandę na planowaną na 1978 rok wyprawę na Mount Everest.


Pięćdziesięciodziewięcioletni niemiecki lider ekspedycji w góry wysokie, człowiek o opinii despoty, znany z autorytarnego sposobu rządzenia65 w górach, organizuje przede wszystkim wyprawy na Nanga Parbat. Na "górze zabójcy" zginął jego przyrodni brat oraz wielu innych niemieckich himalaistów, i Herrligkoffer od lat mierzy się właśnie z tą górą. Teraz szykuje jednak wyprawę, która ma umożliwić jego rodakom wejście na najwyższy szczyt świata. I przy okazji proponuje dołączenie do zespołu Wandzie.

"Wejdźże, Wanda, na Mount Everest, a zakończą się wszelkie problemy związane z tym, kto jest wyżej, czy kto był wyżej" — zachęca ją do udziału w ekspedycji himalaista Eugeniusz Chrobak, przyglądając się dyskusjom i wrzeniu w środowisku polskich alpinistek jeszcze długo po powrocie z Gaszerbrumów.

To jest moje miejsce

O tym, że mimo niesmaku po ostatniej wyprawie nie zrezygnuje z udziału w wyprawach wysokogórskich, nikt nie ma wątpliwości. "Byłam kierownikiem wyprawy, podczas której między mną a uczestnikami panowała «temperatura wrzenia» — wspominała Gaszerbrumy w jednym z wywiadów. — Oni mieli dość, chcieli wracać. Pewnej nocy pracowałam długo w bazie. Wszyscy już spali. Wyszłam przed namiot. Góry stały ciche w świetle księżyca. Pluski wody, szelest kamieni, spokojny rytm oddechów. Wszystko było tak na swoim miejscu i tak harmonijne, że zrozumiałam: to jest moje miejsce. Oczywiście nie chodziło o to, by zostać tam jako jeszcze jedna martwa, lodowa bryła, lecz w najpiękniejszej scenerii, jaką znam, cieszyć się życiem".

Dzięki Gaszerbrumom, i najprawdopodobniej pomocy teścia, Jana Rutkiewicza, udaje się jej też kupić mieszkanie w Warszawie. Medal Głównego Komitetu Kultury Fizycznej i Sportu "Za Wybitne Osiągnięcia Sportowe", który otrzymuje po wyprawie, przyspiesza oczekiwanie w kolejce w spółdzielni mieszkaniowej i w 1975 roku może wreszcie wykupić własne M3. Od 1973 roku, gdy rozwiodła się z mężem, tułała się po Warszawie, wynajmując pokoje od rodziny byłego męża i znajomych w różnych częściach miasta: od warszawskiej Ochoty przez Mokotów po Żoliborz.

W 1976 roku Wanda wprowadza się do czterdziestodwumetrowego mieszkania na dziesiątym piętrze przy ulicy Sobieskiego 8 na Mokotowie. Dwa pokoje, kuchnia, łazienka, balkon. W tym samym budynku własny dach nad głową dostają też inni sportowcy oraz aktorzy, dziennikarze i filmowcy. Kiedy odbiera w końcu klucze do mieszkania i wchodzi do środka, całuje podłogę.

Era Wandy Rutkiewicz

W czterdziestą rocznicę "Ladies Himalaya Expedition", jesienią 2015 roku, w warszawskim Kinie Wisła odbywa się spotkanie poświęcone wyprawie na Gaszerbrumy z udziałem jej uczestników, himalaistów: Anny Czerwińskiej, Anny Okopińskiej, Leszka Cichego i Marka Janasa.

W prelekcji, przygotowanej przez Annę Okopińską, nie ma właściwie niczego nowego, czego nie można by zobaczyć na filmie "Temperatura wrzenia" czy przeczytać w książce "Zdobycie Gasherbrumów".

Na szczęście na sali jest Marek Janas, który po czterdziestu latach od wyprawy podaje nowe fakty. "Kiedyś na wyprawie doszedłem z Wandą do pierwszego obozu, gdzie były dwa namioty. Ona zajęła jeden namiot, ja drugi. Wanda, która była w obecnej nomenklaturze feministką i zawsze podkreślała, jak to kobiety są spychane na margines przez nasze społeczeństwo, nagle mówi do mnie: «Patrz, choćby problemy fizjologiczne, o ile łatwiej w górach jest mężczyznom niż kobietom. Mężczyźni mają rękawki w namiotach, w których mogą się załatwić, a kobiety nic nie mają. Ale Francuzi, którzy tu byli przed nami, proszę, to są ludzie cywilizowani. Znalazłam po nich takie piękne, szczelne pudełko plastikowe, które można używać jako nocnik». Kilka dni później szedłem w górach z Anią Czerwińską i z Krysią Palmowską i one zajęły namiot Wandy. I nagle słyszę: «Marku, Marku, chodź do nas, zrobiłyśmy taki dobry kompocik, bo znalazłyśmy u nas po Francuzach takie piękne pudełko... My już się napiłyśmy, ale jeszcze zostało dla ciebie...». Zdębiałem. Nic im o Wandzie nie powiedziałem. Bo co miałem powiedzieć? Odpowiedziałem tylko, że ja już ugasiłem pragnienie. I taki się zrobił rytm wyjść w górę, że szła Wandzia, zajmowała namiot i używała tego francuskiego pudełka do swoich potrzeb, a potem szła Krystyna z Anią i używały go do robienia kompotu".

"Pierwszy raz to słyszę — mówi zdziwiona Anna Czerwińska. I po chwili dodaje: — To może na koniec, jako podsumowanie, powiem, że po tym naszym wejściu na Gaszerbrumy rozpoczęła się era Wandy Rutkiewicz, która dokonała trzy lata później wejścia na Everest".

Fragment książki Anny Kamińskiej "Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci. Historia Wandy Rutkiewicz". Wydawnictwo Literackie. Premiera: czerwiec 2017r.

Śródtytuły pochodzą od redakcji

Fragment książki

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje