Przejdź na stronę główną Interia.pl

Kolekcjonuję dobre chwile

- Zawsze bardzo dużo od siebie wymagałam, teraz daję sobie prawo do słabości.

Kilka lat temu zwróciliśmy się do Aldony i Jana Wejchertów z prośbą o wywiad do naszego cyklu "Partnerzy". Propozycja została przyjęta życzliwie, ale ciągle coś stawało na przeszkodzie. Kolejna podróż, kolejne ważne spotkanie… Przekładaliśmy rozmowę na później. Nie zdążyliśmy. 31 października Jan Wejchert zmarł. Właśnie mija rok od jego śmierci.

Reklama

- Czuję, że przyszedł odpowiedni moment, żeby przypomnieć Janka - mówi jego żona Aldona Wejchert. I dodaje: - Proszę, żeby to nie był smutny tekst. Wiem, że mąż by tego nie chciał. Czasem żartował: "Na mojej stypie nie płaczcie, otwórzcie butelkę dobrego wina i powspominajcie dobre chwile".

Spotykamy się w domu Aldony Wejchert w Konstancinie, gdzie każda rzecz stoi dokładnie w tym samym miejscu co rok temu. Mebel, fotografia, obraz, książka. Jednak w tym domu czuje się też przyszłość. To sześcioletni poważny Bruno, który przyszedł się pochwalić, jaki piękny okręt zbudował z klocków, to roześmiana, biegająca wokoło dwuletnia Charlotta. Ale to także ich mama Aldona Wejchert, która wierzy, że nadejdą jeszcze dobre czasy.

Kiedy śmierć przychodzi niespodziewanie, ludzie często żałują, że czegoś ważnego sobie nie powiedzieli, nie zrobili razem.

My z Jankiem byliśmy ze sobą bardzo blisko i nigdy nie mieliśmy poczucia, że coś nam umknęło albo że wdarł się jakiś fałszywy ton. Zdarzały się spory, ostre dyskusje, bo jestem cholerykiem, a mąż też bywał impulsywny, ale nigdy nie mieliśmy cichych dni, szkoda nam było tracić na to czas. Zawsze docenialiśmy, że na siebie trafiliśmy.

Poznaliśmy się - jak mnóstwo ludzi - w pracy. Skończyłam handel zagraniczny w SGPiS (dziś SGH - przyp. red.). Koleżanka namówiła mnie, żebym poszła na spotkanie z Mariuszem Walterem. To było w 1993 roku, ITI zajmowało się dystrybucją filmową. Janka spotkałam dopiero po kilku miesiącach, w tamtym okresie mieszkał w Irlandii. Kiedyś wpadł do Warszawy i dopiero wtedy dowiedziałam się, że w firmie jest jeszcze jeden prezes. Minęło sporo czasu, zanim zaczęło się między nami coś dziać. Broniłam się przed tym potwornie, w końcu postanowiłam, że zdam na MBA w Stanach i wyjadę z Polski. I wtedy on zaczął o mnie zabiegać w taki sposób, że mogłabym napisać książkę o walczącym rycerzu. To było romantyczne i okazało się skuteczne. Zrozumieliśmy, że łączy nas coś ważnego i pięknego. W 2001 roku zostaliśmy małżeństwem. Czasem zastanawialiśmy się, jak ten czas szybko minął, choć z drugiej strony tak wiele się wydarzyło w naszej rodzinie, w firmach.

Przez lata dużo pracowałam.

Kiedy w połowie lat 90. w Poznaniu budowaliśmy pierwszy multipleks, wsiadałam do pociągu o 5.30 i wracałam późno w nocy. Potem były następne wymagające projekty. Pamiętam zabawne sytuacje: wieczorem oboje siedzieliśmy w firmie, każdy zajęty swoimi sprawami. Janek dzwonił i pytał, czy już wychodzimy, a ja odpowiadałam, że jeszcze nie, że mam spotkanie. Zawsze na mnie czekał, bo nie lubił przychodzić do pustego domu. Kiedy zaczęliśmy się starać o dziecko, lekarze powiedzieli, że jeśli chcę być mamą, muszę zwolnić tempo. Nie potrafiłam sobie tego wyobrazić - mam siedzieć w domu, podczas gdy wszyscy wokoło są w pracy? Nie było mi łatwo, ale okazało się, że warto.

Na świecie pojawił się Bruno, we wrześniu skończył sześć lat. Synek jest bardzo podobny do Janka, ma też taką samą umiejętność koncentracji, potrafi godzinami składać lego dla 12-latków. Charlotta - dostała imię po ukochanej babci Janka - która w listopadzie skończy dwa lata, ma jego oczy. Podczas porodu mąż trzymał mnie za rękę, gdy wreszcie mi ją podano, spojrzała na mnie w identyczny sposób jak on. Powiedziałam: "Wejchert, nie patrz tak na mnie". Wtedy oboje wybuchnęliśmy śmiechem.

Kiedy Janek zmarł, córeczka zaczęła chodzić. Wszyscy przygnębieni, a ona od rana do wieczora uśmiechnięta, wyciągała do nas rączki, jakby próbowała powiedzieć: "Mamusiu, ja tutaj jestem!". W najtrudniejszym czasie była takim radosnym promyczkiem.

O związek należy dbać, tak łatwo można spocząć na laurach, odpuścić.

Ludzie przysięgają sobie miłość na całe życie, a za parę lat przestają o siebie zabiegać. Myślę, że prawdziwym wyzwaniem jest być dla siebie wzajemnie wciąż atrakcyjnym. My ciągle byliśmy w sobie zakochani. Janek był bardzo czułym mężczyzną. Kiedy rano wychodził z domu, znajdowałam w łazience karteczkę z miłymi słowami - mam ich całą kolekcję - czasem przygotowywał mus czekoladowy, bo wiedział, że za nim przepadam. Zresztą ja też dawałam mu wiele dowodów uczucia.

Nasza miłość rozwijała się, z roku na rok była coraz głębsza. Żyliśmy intensywnie, dużo podróżowaliśmy, czasem z przyjaciółmi, ale często z dziećmi lub we dwoje. Bardzo lubiliśmy być ze sobą, uwielbialiśmy wieczory spędzane w domu. Janek gotował - był świetnym kucharzem, ja pełniłam funkcje pomocnicze, coś układałam, kroiłam. Świetnie się rozumieliśmy. Dużo rozmawialiśmy, także o pracy, to była część naszego życia. Chętnie mnie słuchał, ufał mojej intuicji. Wiele się przy nim nauczyłam, żeby nie stwarzać sobie problemów, żeby znajdować radość w zwykłych sprawach: w robieniu soku rano, zabawach z dziećmi, a nie czekać na coś niezwykłego. Janek wierzył w zasadę bumerangu - wyrządzona krzywda zawsze wraca do sprawcy.

Jestem zodiakalnym Baranem, chyba dość typowym, nie lubię rutyny, mam wiele pomysłów, gorzej z ich realizacją. Natomiast on był klasycznym Koziorożcem, chciał, żeby wszystko było zaplanowane, uporządkowane.

Niezwykle zdyscyplinowany, regularnie wstawał o czwartej rano, siadał za biurkiem i obmyślał strategię. Wracał do łóżka, spał do siódmej, zaczynał dzień od szklanki wody z cytryną, ćwiczył, medytował, dopiero potem zabierał się do pracy. Niezależnie od liczby obowiązków, spotkań potrafił tak wszystko zorganizować, żeby choć przez moment być ze mną, z dziećmi.

Osiągnął sukces, miał talent do biznesu, był odważny, umiał ryzykować, ale wkładał w to mnóstwo wysiłku, nic mu nie przyszło łatwo, przeciwnie, raczej zawsze miał pod górkę. Bardzo mi imponował. Mogłam i chciałam się na nim oprzeć. Chociaż mam niezależną naturę i nie potrzebowałam mężczyzny, który wziąłby odpowiedzialność za moje życie. Zawsze byłam samodzielna.

Już w dzieciństwie miałam plany, stawiałam sobie cele.

Oczywiście, one z czasem się zmieniały, ale ciągle do czegoś dążyłam, nie chciałam stać w miejscu. Energia mnie roznosiła, moje kolana zazwyczaj były poobijane, od czasu do czasu zmieniałam się w grzeczną dziewczynkę w sukience, z kokardkami. Byłam niezłą uczennicą, ale przykładałam się do tych przedmiotów, które mnie interesowały, na przykład uwielbiałam matematykę, natomiast nie znosiłam fizyki, nudziła mnie. Po maturze wybrałam handel zagraniczny. To była świadoma decyzja. Zależało mi, żeby na jakiś czas wyjechać za granicę, zobaczyć świat.

Był koniec lat 80., w tamtych czasach takich marzeń nie dało się łatwo zrealizować, miałam nadzieję, że studia mi w tym pomogą. Od pierwszego roku w wakacje jeździłam do pracy za granicę, potem przeszłam na indywidualny tok nauki, żeby móc dłużej pracować. Zdobyłam ważne doświadczenie - przekonałam się, że potrafię sobie radzić w nieznanych warunkach.

Kiedyś wydawało mi się, że ludzie, którzy urodzili się na Zachodzie, są ode mnie lepsi, bo wiele rzeczy - dla mnie kompletnie nowych - dla nich było oczywistością, gdyż pokończyli lepsze szkoły. Dzisiaj już tak nie uważam. Ja za to miałam ogromną motywację, żeby się rozwijać. Teraz czasem się zastanawiam, jak przygotować dzieci, żeby chciały tak jak ja iść do przodu, realizowały swoje pasje i marzenia.

Iza Komendołowicz

PANI 11/2010

Więcej przeczytasz w najnowszym wydaniu magazynu PANI

Tekst pochodzi z magazynu

Pani
Dowiedz się więcej na temat: Aldona Wejchert | jan wejchert | ITI | małżeństwa

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje