Przejdź na stronę główną Interia.pl

Kino pełne żołnierzy na przepustkach

"Trudno dziś przywołać atmosferę sprzed lat, gdy nagość i erotyzm wywoływały wielkie emocje. Wystarczyła pogłoska, że film zawiera 'momenty', a spragniona seksualnych ekscytacji publiczność waliła drzwiami i oknami" - pisze filmoznawca Krzysztof Tomasik we wstępie do opowieści o seksbombach polskiego kina lat 80. - "Demony seksu".

Jak wyglądało polskie kino erotyczne lat 80.?

Reklama

Krzysztof Tomasik: - To był ten moment, kiedy zaczęto silnie eksponować erotykę w filmach skierowanych do szerokiego grona. Oczywiście, już wcześniej pojawiały się filmy, które nazywano erotykami, ale w latach 80. zaczęto to wykorzystywać przy promocji, np. "Widziadło" Marka Nowickiego miało być horrorem erotycznym, a "Och, Karol" Romana Załuskiego z 1985 roku reklamowano jako komedię erotyczną. Właściwie tak to działało przez całą dekadę aż do filmu Marka Koterskiego "Porno" z  1989 roku - już sam tytuł jest znaczący - który w 1990 roku był najchętniej oglądanym filmem w polskich kinach. Film Koterskiego to oczywiście nie było porno, ale opowieść o życiu miłosnym mężczyzny w średnim wieku, który wspomina swoje partnerki. Ogromny sukces "Porno" jest w jakimś sensie podsumowaniem ekscytacji erotyką w polskim kinie lat 80.

Jak sytuacja polskich filmów erotycznych kształtuje się na tle kina europejskiego w tym czasie?

- Mieliśmy własną specyfikę. Na nasze kino duży wpływ miała sytuacja polityczna - jeszcze w czasie trwania stanu wojennego zaczął się wysyp kina gatunkowego przeznaczonego dla szerokiej publiczności, jednym z elementów wabienia widzów była także erotyka. Filmy miały przynosić rozrywkę i wytchnienie od trudów dnia codziennego. Z tym związana była presja, żeby polska kinematografia stała się dochodowa, w przeciwieństwie do wcześniejszego nurtu kina moralnego niepokoju, który poza wyjątkami nie bił rekordów frekwencji. To się udało, właśnie wtedy na ekrany kin weszły filmy będące zaprzeczeniem artystowskiego kino niezrozumiałego dla szerszego grona: melodramat "Znachor" Jerzego Hoffmana, kryminał retro "Vabank" Juliusza Machulskiego, horror "Wilczyca" Marka Piestraka, odpowiedź na filmy z Bruce'em Lee - "Karate po polsku" Wojciecha Wójcika. W latach 1984-85 oprócz "Akademii Pana Kleksa" i "Seksmisji" ogromną popularnością cieszyły się erotyzujące filmy: wspomniane "Widziadło" z Marzeną Trybałą i Anną Chodakowską oraz "Och, Karol" z Ewą Sałacką, a także "Alabama" z Marią Probosz.

Mówisz, że wiele scen z filmów tamtego okresu nie przeszłoby w dzisiejszym kinie. Dlaczego? Jesteśmy bardziej pruderyjni czy znajdujemy sobie tę erotykę w innych miejscach?

- Polskie kino wygląda dziś zupełnie inaczej, pierwsza zmiana nastąpiła zresztą bardzo szybko, już na początku lat 90., kiedy nasze filmy zaczęły mocno naśladować kino amerykańskie klasy B, pojawił się cały wysyp brutalnych filmów o wojsku, policji, mafii: "Kroll", "Miasto prywatne", "Samowolka", "Psy". To filmy praktycznie bez kobiet, rozgrywają się w męskim środowisku. Kobiety, jeśli już występują, to są tylko dodatkiem, pojawiają się na drugim planie jako żony, matki, prostytutki. Wtedy też nasiliło się zjawisko obsadzania niezawodowych aktorek, np. modelek (Renata Gabryjelską w "Girl guide", Agnieszka Jaskółka w "Psach") i piosenkarek (Kasia Kowalska w "Nocnym graffiti"). To bardzo znaczące, że gdy Jerzy Hoffman przystąpił do kompletowania obsady "Ogniem i mieczem", odtwórczyni roli Heleny szukał wśród modelek, najpierw miała ją grać Barbara Kosmal, córka Barbary Brylskiej, a ostatecznie stanęło na Izabelli Scorupco.

Lata 80. to był dobry okres dla polskiego kina?

- Na pewno bardzo ciekawy i mam nadzieję, że moja książka jest tego świadectwem. Zazwyczaj jednak polscy filmoznawcy nie doceniają tego okresu, redukując wartość ówczesnych dokonań do kina politycznego, które wraz z nastaniem stanu wojennego trafiło na półki. "Przypadek" Krzysztofa Kieślowskiego, "Matka Królów" Janusza Zaorskiego czy "Przesłuchanie" Ryszarda Bugajskiego to ważne tytuły, ale ocenianie dorobku całej dekady jedynie z perspektywy potyczek z cenzurą wydaje mi się anachroniczne i szkodliwe.

Demony seksu, czyli kto? Myśląc o seksbombach kina polskiego mamy w głowie Szapołowską i Figurę, ty przypominasz inne nazwiska. To dosyć nieoczywisty wybór, np. śpiewaczka z serialu "Alternatywy 4".

- Szapołowska i Figura to bohaterki mojej poprzedniej książki. W międzyczasie na rynku pojawiło się dużo opracowań dotyczących PRL-u, w tym o ówczesnych gwiazdach. Tak się jednak składa, że opisywane historie zazwyczaj zostają doprowadzone tylko do lat 60. i przedstawiają kilka wciąż tych samych osób: Elżbietę Czyżewską, Małgorzatę Braunek, Agnieszkę Osiecką, Ninę Andrycz. Dlatego w swojej książce postanowiłem położyć nacisk na lata 70. i 80., poszukać nieogranych nazwisk, o których jeszcze nie pisano. Kluczem przy doborze były dla mnie sceny nagości wywołujące wówczas wielkie emocje, zarówno wśród publiczności, jak i samych zainteresowanych. W ten sposób wybrałem sześć nazwisk, które nazwałem demonami seksu, bo tworzony przez nie wizerunek był odważniejszy niż poprzedniczek.

- Seksbomby lat 60. były nieco delikatniejsze, subtelniejsze, decydowało o tym także naśladownictwo światowych gwiazd, które wtedy królowały: Bridget Bardot, Marilyn Monroe, Jayne Mensfield czy Anity Ekberg. Kreacje aktorek, bohaterek mojej książki są mocniejsze, bo erotykę w kinie lat 70. i 80. odważniej pokazywano. Jeśli chodzi o liczbę scen rozbieranych to rekordzistką była Maria Probosz, bardzo popularna w latach 80., dziś niestety zapomniana. Jej historia jest szczególnie dramatyczna, przez dziesięć lat grała bardzo dużo, role przyjmowała wręcz zachłannie, ale po 1991 roku roku zniknęła z ekranów. Miała problemy z alkoholem, toksyczny związek. Zmarła przedwcześnie pięć lat temu.

Światowe kino wykształciło wzorce seksbomby - Sophię Loren, Marilyn Monroe, Bridget Bardot. Czy polskie gwiazdy kina były porównywane do tych światowych gwiazd? Filmy z ich udziałem ściągały przecież do kin całe jednostki wojskowe...

- O Ewie Krzyżewskiej mówiono polska Sophia Loren ze względu na podobny typ urody. Halina Kowalska była Cheri w Teatrze Telewizji "Przystanek autobusowy", tę rolę w kinowej adaptacji sztuki grała Marilyn Monroe. Gwiazdy światowego formatu były także ważne dla Marii Probosz, fascynowały ją, w wywiadach często przywoływała nie tylko Marilyn Monroe czy Brigitte Bardot, ale też Catherine Deneuve. To ciekawe, bo była zupełnie innym typem, subtelna blondyna, zawsze grała bardzo młode dziewczyny. Reżyserzy rzucali ją w dramatyczne okoliczności - grała narkomanki, samobójczynie - takie zderzenie delikatnej urody z brutalnością życia.

- Ewa Sałacka - dynamit, rude włosy, ekstrawagancka, atrakcyjnie ubrana, wiedząca o swoich atutach, pokazująca chętnie posągowe ciało. Z kolei Marzena Trybała to typ klasycznej seksbomby, w pewien sposób w latach 80. stała się kontynuatorką ról Beaty Tyszkiewicz, ją również chętnie angażowano do filmów kostiumowych. O Trybale Krzysztof Mętrak powiedział, że tylko ona, podobnie jak Jane Mansfield, stojąc pod prysznicem nie moczy sobie stóp. Najbardziej demoniczna z tego grona jest Anna Chodakowska, grająca bohaterki silne, czasem wręcz doprowadzające mężczyzn do szaleństwa. Podsumowaniem tego typu jej ról stała się Renata w serialu "W labiryncie" o której aktorka mówiła mi dowcipnie, że to miała być "półkurew", która z czasem zostanie resocjalizowana, zacznie sprzedawać kwiatki i przestanie gwałcić młodych chłopców.

Aktorzy mówią, że rozbierane role są trudne.

- Jedynie dwie najmłodsze bohaterki "Demonów seksu" - Ewa Sałacka i Maria Probosz nie miały oporów przed graniem nagich scen, obie pozowały też do "Playtboya", polskiej podróbki "Playboya", która na początku lat 90. pojawiła się na polskim rynku. Pozostałe aktorki różnie radziły sobie z graniem nagich scen, początkowo zawsze były z tym jakieś problemy. Ewa Krzyżewska w "Zazdrości i medycynie" zaklejała sobie miejsca intymne watą i plastrami, co spowodowało szereg zabawnych komplikacji na planie. Gdy przyszło do kręcenia nagiej sceny Marzena Trybała, wówczas jeszcze studentka szkoły teatralnej, uciekła z planu filmu "Krajobraz po bitwie" Andrzeja Wajdy. Trzeba było ją kimś zastąpić - wówczas zadebiutowała Stanisława Celińska. Także Halina Kowalska właśnie z tego powodu odrzuciła kilka ról. Anna Chodakowska nie miała problemu z rozbieraniem się, ale nie chciała grać scen erotycznych, dlatego w "Widziadle" piersi, które całuje Roman Wilhelmi należą do dublerki. Potem miała zabawną "umowę" z Jackiem Bromskim, że na zasadzie zgrywy pojawia się w jego filmie na chwilę tylko po to, żeby się rozebrać i znika.

Czy tego rodzaju role zdecydowały o ich artystycznych losach?

- Na pewno kształtowały wizerunek, wpływały na kolejne propozycje. Kariera Marzeny Trybały zapewne inaczej by się potoczyła, gdyby zadebiutowała u Wajdy, u boku Daniela Olbrychskiego, ale nie jesteśmy w stanie przewidzieć co by się zmieniło i czy na lepsze. Dopiero z perspektywy czasu widać, że role układają się w jakiś ciąg, cześć tytułów zostaje zapomnianych. Halina Kowalska mówiła mi, że kiedy kręcili "Alternatywy 4" to jej nawet do głowy nie przyszło, że to stanie się taki kultowy serial. Scenariusz był słaby i gdyby nie  Bareja, z którym wcześniej świetnie się jej pracowało w ogóle nie przyjęłaby tej roli.

- Z kolei Maria Probosz doskonale wiedziała, że została zaszufladkowana. Jest taki jej wywiad z 1988 roku, w którym mówi, że stała się dziewczyną do rozbierania, że już nie ma na to wpływu, że chce grać i się rozwijać, ale wciąż dostaje role sprowadzające się do bycia ozdobnikiem i że to się wymknęło spod kontroli. Spora samoświadomość. Polskie kino nigdy nie miało wiele do zaoferowania dojrzałym kobietom. Maria Probosz zniknęła z ekranu kiedy skończyła 30 lat, Anna Chodakowska dziś gra głównie w teatrze, Halina Kowalska przez 16 lat nie dostała żądnej propozycji, chociaż nie tylko "Alternatywy 4", ale też komedie w których grała w latach 70. ("Nie lubię poniedziałku", "Nie ma róży bez ognia", "Jak to się robi") wciąż są chętnie oglądane.

Aktorki, o których rozmawiamy to gwiazdy polskiego kina, czy miały szansę zrobić karierę międzynarodową?

- Wszystkie występowały za granicą, ale chyba żadna nie miała w sobie determinacji Katarzyny Figury, która ruszyła na podbój Hollywood. Ewa Krzyżewska bardzo dużo grała w tzw. demoludach, szczególnie była popularna w NRD, ale w pewnym momencie zrezygnowała z aktorstwa. Przed największą szansą stała Marzena Trybała, ona dzięki Kieślowskiemu, którego filmy były pokazywane za granica, miała zagrać u Stanleya Kubricka, niestety ta produkcja nie doszła do skutku. Za to ważna w jej dorobku jest rola Hrabiny Cosel w niemieckim mini-serialu. Ewa Sałacka miała taki moment, że grała dużo na Węgrzech. Kariera zagraniczna był szalenie ważna dla Marii Probosz, ona celowała na Zachód. Bardzo często mówiła, że jej ukochanym reżyserem jest Roman Polański - przykład Polaka, któremu się udało zaistnieć w Stanach i Europie Zachodniej -  jej marzeniem było zagrać u niego rolę taką jak Mia Farrow w "Dziecku Rosemary". Pojechała nawet prywatnie do Cannes, żeby poczuć atmosferę wielkiego festiwalu.

Porozmawiajmy o amantach kina tamtej dekady. Z kim grały seksbomby?

- Ciekawe pytanie, bo na przykład Anna Chodakowska była niejako "samowystarczalna", w filmie nie stworzyła ważnego duetu z mężczyzną, a w teatrze często kluczowa była jej relacja z kobietą, choćby Krystyną Jandą w "Pokojówkach". Także w innych sztukach punktem odniesienia była partnerka ze sceny - Grażyna Szapołowska w "Śnie srebrnym Salomei", Halina Rowicka w "Balladynie", Barbara Sułkowska w "Białym małżeństwie". Podobnie w serialu "W labiryncie", gdzie jest przeciwieństwem dobrej siostry.

- A reszta? Ewa Krzyżewska miała szczęście do czołowych amantów polskiego kina, na ekranie była ukochaną Marka Perepeczki, Stanisława Mikulskiego czy Andrzeja Łapickiego. Najważniejszy duet stworzyła ze Zbyszkiem Cybulskim, najpierw w "Popiele i diamencie", a potem kryminale "Zbrodniarz i panna". Z filmem Wajdy sporo jeździli po całym świecie, jeszcze kilka lat po premierze. Czołowym partnerem Haliny Kowalskiej był jej mąż, także aktor - Włodzimierz Nowak. Ona nie lubiła scen miłosnych dlatego często jako kochanków angażowano ich razem - poznali się na studiach, są małżeństwem ponad 50 lat. Studencka znajomość Kowalskiej to także Janusz Gajos, potem wiele razy grali wspólnie w teatrze, choćby w popularnej sztuce "Za rok o tej samej porze".

- Marzena Trybała fajny duet stworzyła w "Przypadku" z Bogusławem Lindą. Po latach jeszcze raz spotkali się w polsko-angielskim filmie "Cienie". Ewa Sałacka z kolei była często obsadzana z dużo starszymi mężczyznami - z Edwardem Linde Lubaszenko, Markiem Walczewskim. Pierwszym mężem Maria Probosz był aktor Marek Probosz, wiele osób brało ich wówczas za rodzeństwo, dwukrotnie grali parę - poznali się na planie filmu "Niech cię odleci mara" Andrzeja Barańskiego, zagrali  narkomanów w "Czasie dojrzewania". Marek Probosz zaczął zrealizować marzenie Marii o karierze na Zachodzie, pod koniec lat 80. wyjechał do Hollywood i próbował zaistnieć na tamtym rynku. Niestety bez większego powodzenia. Najwyraźniej czasy Poli Negri, kiedy Polka mogła stać się czołową gwiazdą fabryki snów, dawno się skończyły.

 

Dowiedz się więcej na temat: Ewa Sałacka | Maria Probosz | Marzena Trybała

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje