Przejdź na stronę główną Interia.pl

Kinga Preis: Wolę być

Nadużywane słowo „gwiazda” Kindze Preis należy się bez wątpienia. Aktorki takie jak ona na świecie chodzą w aurze wyjątkowości: agenci, rezydencje, kreacje od wielkich projektantów. Ale czy żyjąc pod tak dużym ciśnieniem, można pozostać sobą? – zastanawia się Kinga. Ona jest antycelebrytką z wyboru. Nie wkłada szpilek, idąc po bułki, nie pozuje na ściankach, waha się, czy wziąć kredyt na dom. Czy gwiazda może świecić w cieniu? – pyta Jacek Szmidt.

Ile masz par butów?

Reklama

Kinga Preis: - Poczekaj... Raz, dwa, trzy pary adidasów, jedne górskie, szpilka kremowa, szpilka czarna, dwie pary czarnych mokasynów, emu - one są największym dobrem w mojej szafie, no i dwie pary klapków hawaianasów. Policzyłeś?

Niewiele ponad dziesięć. Myślałem, że jako gwiazda filmowa powiesz tak jak twoje koleżanki: "Ponad sto, ale nigdy dokładnie nie liczyłam".

- Jezu, to one chyba mają wille 600-metrowe, gdzie można trzymać tyle butów?

Zapytałem, ponieważ chcę z tobą rozmawiać o posiadaniu i związanej z nim chciwości. Mam wrażenie, że ta przypadłość zaczyna nam ostatnio dokuczać. Pamiętasz, czego pożądałaś, będąc dzieckiem?

- Żadnych lalek, zabawek, rowerów. Ale pamiętam, że strasznie chciałam iść do wesołego miasteczka, które przyjeżdżało do Wrocławia chyba z Czech i miało coś w rodzaju rollercoastera. Wydawało mi się jednak, że mamy na to nie będzie stać. Podobno więc wyciągnęłam ze skarbonki pięć złotych i zaproponowałam mamie, że ja tę wyprawę dofinansuję.

Skąd taka empatia u kilkulatki?

- Moja mama wychowywała mnie sama, czułam, że to jest ciężka sytuacja. Wprawdzie wyjeżdżała do cioci w Szwecji i tam dorabiała, więc nigdy nie miałam poczucia zagrożenia biedą, ale dziecięca empatia podpowiadała, że skoro mama troszczy się o mnie, ja powinnam troszczyć się o mamę.

To chyba niełatwe? Otaczają nas koledzy, którzy mają różne rzeczy. Ja, mając chyba pięć lat, ukradłem kumplowi model motocykla Matchboxa, bo bardzo chciałem taki mieć. Potem ze wstydem musiałem oddawać.

- Żyłyśmy w skromnym środowisku. Wrocław- Sępolno, jedna brama, podwórko, zwykła podstawówka. Po lekcjach szło się poskakać w gumę. Żadnych pokus, nie było o co walczyć. Miałam w klasie koleżankę, której rodzice byli lekarzami. Lubiłam chodzić do jej domu, bo tam wszystko było ładne i mama elegancko ubrana. Ale nie zdarzało się, żeby ona przyszła do klasy z jakąś rzeczą, na którą innych nie było stać.

A pamiętasz jakiś prezent na Gwiazdkę, który zatkał ci dech w piersiach?

- Boże, też chyba nie, chociaż... misiek taki wielki, podejrzewam, że od mojego taty z Niemiec. Wciąż mam go w piwnicy, chociaż od objawów mojej czułości miał powycierane futerko.

Wiedziałaś, że od taty?

- Nie, dzisiaj tak myślę, bo skąd by się wziął taki misiek wielkości dziecka? To nie mogła być polska zabawka.

Ale potem skromna dziewczynka staje się nastolatką i marzy o ciuchach. Szczególnie gdy, tak jak ty, ma babcię, która jest damą i nosi białe podkolanówki.

- Babcia była najbardziej oszczędna z nas wszystkich, bo wychowała się w czasie wojny, często wspominała, jak tygodniami jadła marmoladę z buraków. I ostrzegała mnie przed rozrzutnością: "Uważaj, apetyt rośnie w miarę jedzenia". Rzeczywiście dbała o swój wygląd i mnie próbowała tego uczyć, ale byłam w kontrze do tych spraw. Na zdjęciach z liceum widać, że ubieraliśmy się dziwnie, w jakieś dzwonowate rzeczy, jednak nie pamiętam polowania w sklepach na ciuchy. Jedno, co chciałam mieć, to buty, takie na grubej podeszwie, do pół łydki, jakby po nartach...

...relaxy! Srebrno-czerwone...

- Tak, ogromnie modne, kojarzyły się ze stylem zespołu ABBA, tylko moje były czerwono-białe.

Kiedy przestałaś brać pieniądze od mamy?

- Jak tylko zaczęłam grać, na trzecim roku studiów. Ale wcześniej nie pamiętam takich chwil, że mama otwiera portmonetkę i daje mi jakąś sumę. Po prostu kupowała to, czego potrzebowałam. Na zachcianki zarabiałam sama, na przykład w liceum podczas wakacji pracowałam jako salowa w szpitalu na oddziale laryngologii. 


A później, odbierając w okienku gażę za kolejną rolę, nie miałaś pokusy, żeby to skromne dzieciństwo odreagować?

- Tylko w taki sposób, że... wyprowadziłam się z domu, wynajęłam mieszkanie. I od razu zaczęłam podróżować, więc ważne stało się mieć dobry plecak, narty, potem sprzęt do nurkowania. Pierwszy wyjazd to była Grecja z planem dalszej podróży do Egiptu. W Grecji zamierzaliśmy na ten następny etap zarobić. Mieliśmy nagranego człowieka, który miał nam załatwić pracę w polu, ale się nie pojawił. W końcu pracę znaleźliśmy przy granicy z Albanią, zbieraliśmy nektarynki, a właściciel plantacji mówił nam: "You have to work good, because you are my friend".

Upokorzenie?

- Tak, z powodu naszej biedy. Nie chodziło nawet o to, że jechałam tam z toną makaronu i puszkami w plecaku i po dwóch tygodniach wszystkie zmysły tęskniły za pierogami mojej mamy. Upokarzające było, że stać mnie było na... jedną mirindę albo jedno souvlaki dziennie, a dokoła byli Niemcy, których stać było na wszystko. Wyłożyłam całą kasę, żeby autokarem pojechać do Grecji, śpię w namiocie na dziko, pracuję, wisząc na drabinie, a w końcu zarabiam za mało, żeby zobaczyć ten Egipt, i kończę na Krecie. Dlatego teraz, gdy podróżuję po świecie i stać mnie na różne miłe rzeczy, tamto wspomnienie mnie ogranicza.

Wchodzisz do sklepów z logo Armani albo Versace?

- Nie, patrzę przez okno i mówię: "Boże, ile złota, jaki szpan!". Dziwię się, że ludzie muszą w ten sposób udowadniać, że im się w życiu powiodło. Ja wolę mieć rzecz niepowtarzalną, wyjątkową, aktorów w ogóle chyba wyróżnia to, że chcą być... inni. Dlatego szyję u krawcowej albo szukam w butikowych sklepach gdzieś we Włoszech.

I chcesz powiedzieć, że nigdy nie kupiłaś sobie ciucha z dobrym logo na poprawę humoru? 

- Kupiłam płaszcz i sweter w butiku znanego polskiego projektanta. Byłam po premierze filmu i pomyślałam: "Boże, przecież jestem aktorką, dlaczego nie mogę sobie sprawić swetra za sześć tysięcy?" A potem przyszłam do domu i uświadomiłam sobie, że ani mi to dobrze nie zrobiło, ani nie wyglądam w tym jakoś niewiarygodnie i nie uważam, żeby to było warte takich pieniędzy. I nigdy nie zaakceptuję tego, że torba sławnej marki, taka "must have", kosztuje 15 tysięcy złotych. Uważam, że to niemoralne. Bo ile jest warta ta skóra, choćby najlepsza, ile kosztuje uszycie torby? Ona jest przynajmniej dziesięć razy za droga. 

Ale jej posiadanie działa lepiej niż prozac. 

- Bo jestem tego warta? Znam ten chwyt. Raz poszłam kupić materac na łóżko do salonu, krainy luksusu. Sprzedawczyni mówi mi: "Mam dla pani wspaniały materac, ręcznie robiony w Dubaju, z dożywotnią gwarancją, to jest rolls-royce...". No rzeczywiście, był w cenie samochodu. Myślę sobie, po co mi ta dożywotnia gwarancja. Przecież tam wchodzą roztocza, czy ja mam w nich spać 50 lat? Nie kupiłam. Poszłam do Ikei. 

Jako aktorka spotykasz się z osobami, które strojem, biżuterią podkreślają swój sukces, pozycję. Nie czujesz się... 

- ...gorsza? Raczej inna, a mówiłam, że inność w zawodzie artysty jest atutem. Wiem, są tacy, którzy jak raz dziennie nie zrobią zakupów na Mokotowskiej, to nie czują, że żyją. Ja jakoś lubię ludzi, po których nie widać, że mają pieniądze. Odwoził mnie kiedyś do domu kolega wielkim audi. Wsiadłam i szczęka mi opadła, a on mówi: "Kinia, co za problem, idziesz, fotografujesz się z dilerem, on sobie zdjęcie wiesza w salonie, a ty masz 50 procent zniżki". Jakoś z tej rady nie skorzystałam. Na swoje BMW zniżkę dostałam niewielką. Mój mąż, który ma pracę gorzej płatną niż ja, słabo się z tym czuje, więc gdy ktoś mówi: "O, beemka!", odpowiada: "A tak, żona kupiła". Kupiłam, bo to jest środek transportu dla mojej rodziny i musi być bezpieczny. Ale już drugiego samochodu nie mamy. 

A gdy wpadają niespodziewane pieniądze, na przykład nagroda na festiwalu w Gdyni, to... 

- Mówimy z Piotrusiem: "Trzeba to na lody wydać". Ja całe życie puszczam kasę na podróże: Zanzibar, Mauritius, Peru... A ostatnio zaczęło mi przeszkadzać, że mamy mieszkanie takie jak wszyscy, w kolorze beżowo-szarym i spotkałam koleżankę po historii sztuki, która urządza wnętrza na miarę. Szukamy więc starych mebli, ściągamy z Iranu przetarte dywany, które mają swoją historię. 

I tu nie patrzysz na cenę?

- No, mniej. Irański dywan ma więcej charakteru niż torba Prady. Tak samo jak stare fotele, które ostatnio kupiłam i dałam im drugie życie. 

Pieniądze kojarzą ci się z bezpieczeństwem? 

- Praca daje mi bezpieczeństwo. Bo w naszej rodzinie, niestety, więcej zarabiam ja. Mówię "niestety", ponieważ wiele kobiet ma potrzebę, by finansową niezależność zapewniał mężczyzna. Ja mam dzięki Piotrusiowi inne poczucie bezpieczeństwa, więc nie narzekam. Ale dla mojego męża jest trudne, gdy mówię: "Chodź, wpłacimy na Zanzibar". Mówi: "Jezu, tyle pieniędzy". 

Piotr by swetra za sześć tysięcy nie kupił? 

- Nie, na pewno, to nie jest człowiek chciwy. Gdy czujemy, że nie wystarcza nam jeden samochód, Piotr proponuje, że sprawi sobie starego golfa za dwa tysiące złotych. 

To wymaga chyba od ciebie delikatności?

- Mój mąż czasem mówi, że męczy go myśl, że nie zarobi takich pieniędzy jak ja. "Myślisz, że nie chciałbym ci sprawić jakiejś przyjemności, prezentu?". Bo chłopaki uważają, że przyjemność dla kobiet to jest konkret: brylant, samochód. A ja, gdy widzimy na ulicy czerwone ferrari, mówię: "Ale ten kierowca musi mieć małego". A delikatność... No tak, kiedy czuję, że nie mam się w co ubrać i idę do sklepu, to w efekcie kupuję jedną rzecz dla siebie, a po kilka dla moich chłopaków. Nigdy nie rozumiałam zasady, że nie wypada kilka razy pokazać się na imprezie w tym samym ubraniu. Uważam, że to przegięcie pały. To co, kupię sobie szpilki albo sukienkę, włożę na premierę, a potem bojąc się, co ludzie powiedzą, mam oddać albo wyrzucić? 

Jesteś chomikiem? Przywiązujesz się do rzeczy. 

- Nie! Jestem czyścicielem. Wciąż czuję, że mam za dużo różnych przedmiotów, ale nie wyrzucam, tylko oddaję. Dlatego ciągle słyszę w domu od męża i od synów: "Nie waż się tknąć moich rzeczy". Jest książka, której autorka pisze, że człowiek potrzebuje do życia stu przedmiotów, i to jest moja idea. 

"My empty shelf" (Moja pusta półka). Podobno w szafie wystarczą 33 ciuchy. 

- Ja pewnie mam więcej, ale większości z tych, które mam, nie noszę, i co jakiś czas myślę: po co je kupiłam? Bo jest tak, że chodzę do sklepów, nie chodzę, a nagle idę i przynoszę ubrania w tych samych kolorach i fasonach, jakie już mam. Duplikaty.


Konsekwentne poczucie gustu. Z jakim uczuciem patrzyłaś na wyciąg z konta, gdy wpłynęło honorarium za pierwszą w twoim życiu reklamę T-Mobile?

- Długo na nie czekałam, kilka miesięcy, ale kiedyś weszłam na konto i była tam suma, jakiej nigdy dotąd nie widziałam... I wtedy: uff! 

Ulga? 

- Tak, bo na sekundę pojawia się poczucie niezależności. To nie była kwota, dzięki której mogę zostać rentierem, ale pamiętam, jak pomyślałam: może jednak zbudować dom? Bo marzymy z Piotrem o domu, żeby usiąść na tarasie i popatrzeć w przestrzeń, a nie na tramwaje jadące tuż przed nosem. Tylko ja nie chcę podporządkować mojego życia temu, że co miesiąc muszę mieć cztery tysiące na spłatę kredytu. I bać się, że kiedyś przeciągnę kartę, a na ekranie pokaże się wyrok: "Brak środków". 

A duma? 

- Nie. Byłabym dumna, gdyby u nas aktor, jak się to dzieje na świecie, mógł zagrać w kilku filmach i żyć spokojnie. Ale tak nie jest. A w reklamie w kilka dni zarabiasz tyle, ile w swoim zawodzie przez kilka lat. 

No ale propozycja reklamowa to efekt popularności zdobywanej bardzo długo.

- Nie zawsze. Bo gdy patrzę na gwiazdeczki, które na sekundę pojawiają się w serialu i dzięki rozpoznawalności grają reklamę za reklamą, mam poczucie niesprawiedliwości. Ale nie narzekam. 

Gdy jedziesz przez miasto i widzisz reklamę lotto z napisem "kumulacja", dzielisz w wyobraźni tych kilka niewygranych jeszcze milionów? 

- Zawsze to robię. Mam wszystko rozplanowane do ostatniej złotówki, co komu kupię, dokąd pojadę i z kim. Mogłabym co miesiąc tę kumulację wygrywać. I złoszczę się, słysząc, że wygrał ktoś inny. "Cholera, on pewnie nie wie, na co to wydać, a ja mam wszystko przemyślane!". Tydzień temu zagrałam przy takiej kumulacji i miałam trójkę - 24 złote. Pani w kolekturze mówi: "Niech pani za to nie obstawia, bo to nie przynosi szczęścia. Trzeba wydać!". 

Roztrwonić. 

- Mówię więc tak: "Poproszę marlboro i co by tu jeszcze..." Ale sama myśl o takich pieniądzach sprawia, że czujesz się jak stwórca. 

Więc jednak masz w sobie coś z materialistki. 

- Ale nie egoistki. Bo ja bym wszystkie pieniądze oddała. Nie myślę: "Kupię sobie złoty kibel", tylko obdzielam dziecko z pierwszego małżeństwa mojego Piotrusia, mojego syna, jego dziewczynę, nasze mamy, no i jest oczywiście Fundacja Wrocławskie Hospicjum dla Dzieci i od razu myślę: "Boże, ile my za to kupimy tych odsysaków...". 

To chyba nie najlepiej wybrałem sobie partnerkę do rozmowy o luksusie. 

- No źle. Bo co ja mam do luksusu?


JACEK SZMIDT, TWÓJ STYL 2/2017

Dowiedz się więcej na temat: Kinga Preis

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje