Przejdź na stronę główną Interia.pl

Kayah: Wreszcie mam do kogo wracać

Najlepiej wychodzi jej opisywanie tęsknoty. Dlatego teraz nie potrafiłaby nagrać dobrej płyty. Jest zbyt szczęśliwa. KAYAH, która właśnie kończy pięćdziesiąt lat, zawsze boksowała się z życiem. A kiedy w końcu odpuściła, wszystko zaczęło się układać. „Jest mi dobrze. Stabilnie. Harmonijnie. Długo tego wypatrywałam” – mówi.

Pada deszcz, jest zimno i ponuro, a mimo to przed wejściem do jednego z warszawskich klubów stoi długa kolejka. Za kilka godzin wystąpią tu Kayah i Goran Bregović, ale ludzie już czekają, bo każdy chce być jak najbliżej sceny. Bilety na ten koncert wyprzedały się w zaledwie kilka dni. Nic dziwnego, kultowy album dwójki artystów z 1999 roku to największy sukces w historii polskiej muzyki. Krążek sprzedał się w ponadmilionowym nakładzie i został wydany w jedenastu europejskich krajach. Publiczność pokochała połączenie popu z bałkańskim folkiem, muzyką cygańską i góralską. Pokochała też Kayah.

Reklama

Gdy podczas warszawskiego koncertu wokalistka wychodzi na scenę bosa, ubrana w długą, złoto-zieloną suknię w orientalne wzory i zaczyna intonować "Śpij kochanie, śpij", kilkutysięczny tłum śpiewa razem z nią. Znają na pamięć każde słowo każdej piosenki. Kiedy spotykamy się kilka dni później, jest równie pełna energii i zapału. Śmieje się, gestykuluje. A gdy mówię jej, że wygląda na zakochaną kobietę, odpowiada tajemniczo, że szczęście zawsze widać na twarzy.

W listopadzie obchodzisz urodziny, kończysz 50 lat. Jakie życzenia złożyłabyś sama sobie?

- Pragnę mieć dobre życie. W tym obszernym worku znajduje się wszystko, co uszczęśliwia przeciętnego człowieka: zdrowi bliscy, poczucie bezpieczeństwa, sukces, spełnienie zawodowe i prywatne. Chcę kochać i być kochaną. Wiele z tych rzeczy mam, więc życzyłabym sobie ich nie stracić. Jeszcze tylko dorzuciłabym trochę więcej siły, optymizmu, spokoju wewnętrznego. No i mamy kobietę idealną. (śmiech)

Okrągłe rocznice skłaniają do podsumowań?

- Raczej zdarza mi się to w Nowy Rok. Faszeruję się wtedy postanowieniami, jak ulepszyć swoje życie i samą siebie. Weryfikacja następuje już w pierwszym miesiącu, a po trzech nic nie pamiętam. (śmiech) I trzydziestka, i czterdziestka przeszły mi bezboleśnie, bez jakichś dramatycznych podsumowań. To tylko liczby, choć też symboliczne, jak osiemnastka, po której niekoniecznie stajemy się dojrzalsi. Do przyjrzenia się mojemu życiu miałam jednak niedawno okazję, pracując z Agnieszką Wojtowicz-Jach nad książką, wywiadem rzeką. Wszyscy takie mają, tylko ja jeszcze nie. Uznałam, że pięćdziesiątka to idealna pora. Coś, co miało przybliżyć czytelnikowi moją skomplikowaną naturę i zawiłe losy, okazało się dość ciekawym studium dla mnie samej. Odkryłam, że choć wciąż czuję głód przeżyć i czasem mam poczucie jakichś strat, w gruncie rzeczy miałam barwne życie.

W takim razie pokuśmy się o bilans. Jaka jest najcenniejsza lekcja, którą otrzymałaś?

- Chyba to, że nic nie jest nam dane na zawsze. Dlatego tak ważne jest, by docenić każdy dar. By umieć być tu i teraz. Śpiewam o tym w "Po co": "Wczorajszych mi nie trzeba łez/ I dawnych sporów nie chcę też/ Nie potrzebuję więcej traum/ Nie rozdrapuję dawnych ran/ Bo po co". Szczęście trzeba pielęgnować. Nasze związki trzeba pielęgnować. Ale trzeba też pielęgnować związek z samym sobą. Miłość własna jest niezbędna, by móc darzyć nią w mądry sposób innych. Mądry, czyli niezachłanny. Nie potrzebując histerycznie czyjejś obecności i potwierdzania naszej własnej wartości.

Najważniejsze doświadczenie?

- Może powinno tu paść - macierzyństwo. Ale przestałam już je tak gloryfikować jak kiedyś. Stało się integralną i naturalną częścią mojego życia. Nie egzaltuję się tym. A co było najważniejsze? Nie wiem, wszystko było istotne. Cała składam się z ludzi, których spotkałam na swojej drodze, z radości i dramatów, które ze sobą wnieśli. Zbudowały mnie moja determinacja i artystyczne przygody. Moje sukcesy, ale też klęski. Wciąż pragnę wierzyć, że "the best is yet to come" (to, co najlepsze, jeszcze przede mną - tłum. red.).

- Z kolei najtrudniejsze doświadczenie to moje skomplikowane dzieciństwo i trudne relacje z ojcem. Był dla mnie niesamowicie surowy, ciągle mnie oceniał. Nigdy nie byłam wystarczająco dobra. A potem wyjechał z Polski. Miałam wtedy 11 lat. Jego chłód i krytycyzm zadecydowały o mojej nadwrażliwości, także artystycznej. Jego niewiara we mnie - o determinacji, która powodowała, że podczas różnych burz nie łamałam się, tylko gięłam jak źdźbło trawy. To on nacisnął - choć wtedy boleśnie - guzik, który nie pozwolił mi zrezygnować, poddać się w obliczu porażki.

Udało ci się potem naprawić tę relację?

- Dopiero kiedy stałam się niezależna i już właściwie ojca nie potrzebowałam. Do tej pory nie jest dla mnie zbyt dużym wsparciem. Wiem, że jest ze mnie dumny, ale nigdy nie widział mnie na scenie. Kiedyś, gdy przyjechał do Polski, grałam akurat koncert w Warszawie i namawiałam go, żeby przyszedł. Odmówił. To boli, ale zaakceptowałam taki stan rzeczy. Ma 74 lata, więc już go nie zmienię. Przestałam oceniać go tak krytycznie jak dawniej. Być może inaczej wyobrażał sobie swoje życie i to wszystko go przerosło? Może jest głęboko nieszczęśliwy i tylko poprzez izolację potrafi sobie radzić ze swoimi problemami egzystencjalnymi? Nie wiem.

Myślę, że kobieta zawsze, przez całe życie, potrzebuje ojca...

- To prawda, że odczuwam jego brak. Chociażby brak w postaci autorytetu. Jakby na to nie patrzeć, ojciec jest pierwszym mężczyzną w życiu kobiety. Jeżeli on ją zdradza i opuszcza, to na duszy pojawia się blizna w postaci przekonania, że każdy będzie zdradzał. Takie kobiety bardzo często wybierają potem partnerów, którzy to ich przeświadczenie nakarmią. Dlatego tak ważna jest praca duchowa nad sobą.

Jest coś, czego żałujesz?

- Wierzę, że wszystko, każde zdarzenie, każdy człowiek jest - choć to nieładnie brzmi - narzędziem pomocnym w samorozwoju. Niekiedy traumy z perspektywy czasu nie są już tragediami, tylko ważnym punktem zwrotnym kształtującym nasze życie w lepszy, bardziej wartościowy sposób. Mogę oczywiście żałować, że nie udało mi się zbudować trwałej rodziny, ale być może nie byłam na to gotowa. Mam głębokie przekonanie, że jesteśmy częścią większego, może boskiego planu. Że to, co nas spotyka, dzieje się po coś.

Sukces zawsze kosztuje. Jaką cenę musiałaś za niego zapłacić?

- Największą była utrata prywatności. Nagle wszyscy zaczęli uzurpować sobie prawo do własności, a moje życie stało się publiczną debatą. Zupełnie zresztą bez mojej zgody. Wszystkie moje życiowe decyzje stały się mniej lub bardziej trafnie rozkładane publicznie na "tablicę Mendelejewa". Nie wspomnę także o steku bzdur i kłamstw medialnie powielanych. Wszystko to napawało mnie wielkim niesmakiem. Tak, to ciemna strona naszego zawodu... Szczególnie w moim przypadku - osoby, która nie zaprasza kamer do domu, nie stoi na ściankach i nie uczestniczy w całym tym cyrku.

Rodzina czy muzyka? Co jest dziś ważniejsze?

- Z jednej strony bez muzyki czy zawodowego spełnienia byłabym w domu utrapieniem. Prawdopodobnie stałabym się zgnuśniała, wyładowywałabym frustrację na innych. A jednocześnie od dawna wiem, że scena to nie jest prawdziwe życie. To tylko dodatek do niego, bo to prawdziwe toczy się w moich czterech ścianach, między ludźmi. Dlatego gdyby kondycja któregoś z domowników wymagała mojej stałej obecności i czasowej rezygnacji z życia zawodowego, jestem na to gotowa. I to nie będzie z mojej strony żadne poświęcenie. Bo miłość oznacza odpowiedzialność.

A co oznacza dla ciebie dojrzałość? Myślisz o sobie "kobieta" czy wciąż "dziewczyna"?

- Jednak wciąż dziewczyna. Ale miałam taki magiczny moment, w którym zdałam sobie sprawę, że zostałam stworzona na podobieństwo innych kobiet i wydało mi się to cudownym odkryciem. Byłam wtedy w ciąży i po raz pierwszy poczułam ruchy dziecka w brzuchu. Wtedy stałam się kobietą. Patrzyłam na swoje odbicie w lustrze i kontemplowałam te motyle skrzydła wewnątrz siebie. To było wręcz metafizyczne przeżycie. Po raz kolejny poczułam się kobietą, kiedy nie rozleciałam się podczas porodu. Mimo poczucia kruchości zrobiłam coś tak wielkiego... Nigdy wcześniej nie podejrzewałabym siebie o taką siłę. Tylko kobieta, pierwiastek żeński, ją ma. Lubię to w sobie doceniać.

Kiedy patrzysz w lustro, uśmiechasz się do siebie?

- Różnie. Zawsze byłam wobec siebie bardzo krytyczna, jednak z wiekiem mam coraz więcej wyrozumiałości wobec siebie, dystansu i luzu. Poza tym pogorszył mi się wzrok, są więc tego i dobre strony. (śmiech) Dzisiaj potrafię śmiać się z siebie, i to jest fantastyczne. Chociaż uważam to za wielki błąd, że młodzi jesteśmy na początku, kiedy jeszcze nic o życiu nie wiemy. Kolejność powinna być odwrotna.

- Gdyby ktoś mnie zapytał, czy chciałabym mieć znów 18 lat, odpowiedź brzmiałaby: "Nigdy!". Co z tego, że dobrze wyglądałam i szybko się regenerowałam, skoro miałam tyle emocjonalnych problemów. Ale gdyby ktoś mi zaoferował wiek 35 lat, to już bym się zastanowiła. (śmiech) Kobieta wciąż jest wtedy w świetnej formie, ale ma już jakieś doświadczenie, świadomość siebie, własnego ciała oraz seksualności. To był dla mnie dobry czas.

W dzisiejszej rzeczywistości ceni się to, co młode i ładne. Kult urody jest wyraźny w twoim zawodzie?

- Od zawsze jest wyraźny, i to nie tylko w tym zawodzie. Całe szczęście jednak, że jest gros niezbyt urodziwych, ale charyzmatycznych artystek, które mają swoich wyznawców. Kiedy patrzę na wokalistki, które całą swoją karierę budują na zewnętrznej atrakcyjności, jest mi ich żal. To życie motyla... Celowo jednak użyłam terminu wokalistka. Artystka to ktoś, kto ma coś więcej do zaoferowania niż tylko ładne opakowanie. To głębia, talent, magnetyzm i... że odwrócę sytuację - uroda jej nie przeszkadza.

Pierwszego Fryderyka odbierałaś w bluzie, miałaś twarz bez śladu makijażu, a włosy związane po prostu w kucyk. Dzisiaj też miałabyś tyle odwagi?

- Taka jest moja codzienność. Nie chodzę po bułki umalowana, nie paraduję w strusich piórach. Nawet nie noszę obcasów po mieście. Ale Fryderyki to nie jest codzienność. I dlatego wydaje mi się bardzo na miejscu - z szacunku dla rangi imprezy oraz widzów i dla podkreślenia wyjątkowości tego wydarzenia - zwyczajnie się wystroić. Sami naszymi wyborami podkreślamy elegancję pewnych zdarzeń, ich wyjątkowość.

- Jestem także za elegancją w teatrze czy na kolacji w restauracji. Dojrzałam do takich małych świąt, jakie sobie robię. Fajnie jest dla swojego partnera, z którym dzielimy życie i który zna nas od podszewki, raz na jakiś czas założyć pas do pończoch, dodać pikanterii, czyniąc z naszego kolejnego spotkania spotkanie niezwykłe. Czy ja wtedy miałam odwagę? Nie, nie miałam wyboru, nie stać mnie było na ubrania ani makijażystki. Postawiłam więc na młodociany bunt i nonszalancję.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje