Przejdź na stronę główną Interia.pl

Katarzyna Kolenda-Zaleska: Każdy ma jakiegoś fioła. Ja też

Czasem mówię: basta, potrzebuję dwóch dni spokoju, żeby pewne rzeczy przemyśleć - mówi Katarzyna Kolenda-Zaleska w rozmowie z Krzysztofem Materną.

Katarzyna Kolenda-Zaleska: - Zastanawiam się, dlaczego chcesz ze mną rozmawiać, bo ja jestem bardzo nudną osobą. Prostą. Jeden mąż, jedno dziecko. Ta sama praca. Żadnych skandali. Niestety.

Reklama

Krzysztof Materna: Mnie byś interesowała, nawet gdybyś w ogóle była bez męża.

- No tak, wtedy mogłabym być jeszcze ciekawsza!

Zawsze chciałaś być dziennikarką?

- Zawsze chciałam pisać. Ale kiedy zaczynałam studia, trwał stan wojenny, więc trudno było mi sobie wyobrazić, że jestem dziennikarką "Trybuny Ludu". Dlatego poszłam na polonistykę, a potem na wiedzę o teatrze, którą studiowałam przez rok. Ale to wszystko było zamiast. Na szczęście potem dopadły mnie: okrągły stół i komitety obywatelskie, i mogłam być takim dziennikarzem, jakim zawsze chciałam być.

Co ciekawiło cię w polityce?

- Bardzo lubię być w centrum wydarzeń. Nie tak dawno dostałam niezłą propozycję biznesową. Nie rozważałam tego poważnie, ale trochę o tym myślałam. Po czym pojechałam na wakacje z mężem i córką. I na lotnisku LaGuardia dowiedziałam się z esemesa od mamy, że Donald Tusk został szefem Rady Europejskiej. Myślałam, że na tym lotnisku umrę! Coś takiego się wydarzyło, a mnie nie ma w Warszawie i nie mogę zrobić materiału!

- Moja rodzina patrzyła na mnie zdziwiona - jadę na Florydę i urządzam taką histerię. Lecąc więc wtedy do Miami stwierdziłam, że nie ma co się wygłupiać i brać nowej pracy, bo nic innego nie da mi takiego szczęścia jak dziennikarstwo. Zresztą, jak powiedziałam o tym wcześniej rodzicom, to mój tata tylko na mnie popatrzył i powiedział: "Będziesz nieszczęśliwa". Trafił w punkt. Oszalałabym, siedząc w jakimś biurze, zwłaszcza teraz, gdy nadeszła "dobra zmiana". Dobrze wybrałam zawód.

Z jednej strony, dostarczasz newsy, a z drugiej - robisz poważne programy z komentarzami dziennikarskimi. Co ciebie bardziej interesuje?

- Jedno i drugie, te zajęcia się nie wykluczają. Gdy dzieje się coś ciekawego i jesteś w Sejmie, a następnego dnia prowadzisz rozmowę o tym samym, to wiesz więcej, bo rozumiesz atmosferę, byłeś tam. Czytam czasami niektórych publicystów piszących niestworzone historie, którzy nigdy nie byli w Sejmie. A przecież to elementarz! Dziennikarz musi być na miejscu, obserwować wydarzenia.

Dziennikarstwo newsowe nie wydaje ci się banalne?

- Nie, bo jego kwintesencją jest synteza. Masz debatę, która trwa osiem godzin, i musisz zrobić z niej dwie albo trzy minuty. Piotrek Kraśko opowiada czasem anegdotę, że kiedyś ktoś w Wiadomościach zrobił materiał, w którym było siedemnaście "setek" (krótka wypowiedź do kamery - red.) jednego z najważniejszych polityków w tym kraju. Wydawca czyta i mówi: "Nie wiem, co wyciąć, wszystko ważne!".

- Właśnie na tym polega ten rodzaj dziennikarstwa, że tak nie może być. Trzeba wyciągnąć to, co najważniejsze. To fascynujące, człowiek długo musi się tego uczyć. Wszyscy doświadczeni dziennikarze siedzący w Sejmie dokładnie wiedzą, która wypowiedź jest ważna, a która nie. I tylko patrzą: no, w końcu padła "setka"!

Jako dziennikarka jesteś bardzo emocjonalna.

- Myślałam o tym wielokrotnie, na przykład kiedy papież przyjeżdżał do Polski. Powinnam wzbijać się pod niebiosa czy być chłodna? Kiedy relacjonowałam jego śmierć i pogrzeb, to robiłam wszystko, żeby się nie rozpłakać, bo uważałam, że to jest przesada i muszę mieć szacunek dla widza. Z drugiej strony wiem, że trzeba czuć emocje, żeby je umieć przekazywać, inaczej się nie da.

Mnie się takie zaangażowanie podoba.

- Ja też wolę, jak dziennikarz jest emocjonalny niż znudzony. Rutyna jest dużo gorsza. Teraz mamy sporo emocji, ale pamiętam moment sprzed dwóch-trzech lat, kiedy zaczynałam myśleć: polityka stała się taka nudna, czy ja mam jeszcze tu czego szukać? Potem wszystko przyspieszyło i emocje wróciły. Polityka na całym świecie znów stała się ciekawa, bo pojawiło się pytanie, czy nie należy przemodelować świata, który znamy. Nierówności społeczne tak się nawarstwiły, tyle jest wokół rozczarowanych, sfrustrowanych osób, że może należy wreszcie uczciwie odpowiedzieć sobie na pytanie: jak z tego wybrnąć? Jesteśmy w punkcie zwrotnym i ja chcę być tego świadkiem.

Fascynuje cię polityka, ale jesteś też dokumentalistką. Zrobiłaś film o Wisławie Szymborskiej, który uznaję za niezwykle wartościowy.

- Dziękuję! Tu nie będę skromna.

Powiedz, jak to się zaczęło.

- To był przypadek. I dokładnie ten moment, kiedy zaczęłam zauważać, że rutynowo podchodzę do pewnych materiałów. Zadzwonił do mnie Jarek Mikołajewski, który był szefem Instytutu Kultury Polskiej w Rzymie, z informacją, że pani Wisława przyjeżdża na Sycylię. Zapytał, czy nie chciałabym pojechać. Nie znałam wtedy pani Szymborskiej, mimo że mieszkałyśmy w Krakowie niedaleko siebie i robiłyśmy zakupy na tym samym placu. A Michał Rusinek powiedział: "Tylko oficjalne spotkania, nic więcej". Pomyślałam: no dobra, jedziemy!

- I kroczek po kroczku się poznawałyśmy - tu wspólne śniadanie, tam papierosek, szybko udało się nam znaleźć wspólny język. Ale łatwo nie było, bo pani Wisława oświadczyła, że nie będzie się wypowiadać do kamery. Zmobilizowała mnie więc do tego, żeby nie szukać prostych rozwiązań, tylko wymyślić konkretny koncept. Na szczęście jej nazwisko otwierało wszystkie drzwi - dotarliśmy przecież do Woody’ego Allena! Jak tylko padło nazwisko Szymborskiej, natychmiast powiedział "oczywiście".

A czym cię najbardziej ujęła? Byłyście na ty?

- Z trudem mi to przechodziło przez gardło, ale tak. Któregoś dnia o 10 rano przy koniaku i łososiowych kabanosach powiedziała, żebyśmy przeszły na ty. Ale potem zabrałam ją do Irlandii, do miejscowości Limerick, i na lotnisku wróciłam do ugrzecznionej formy, a ona na to: "Za każde »pani Wisławo« będzie pięć euro!". Stwierdziłam, że jeśli jedziemy na tydzień, to zbankrutuję.

Powiem szczerze: szkoda mi cię w tej polityce, po prostu.

- Ale ja naprawdę ją kocham! Jak mam "Fakty po Faktach" i wiem, że w tym czasie coś dzieje się w sejmie, to jestem nieszczęśliwa, że mnie w nim nie ma. Wszyscy się pukają w głowę, ale cóż: każdy ma jakiegoś fioła. Ja mam takiego.

Ostatnio doszedł ci jeszcze jeden - zostałaś szefową Fundacji TVN "Nie jesteś sam". Zostać nią po Bożenie Walter to ogromny zaszczyt.

- Byłam w szoku, jak padła ta propozycja. I bardzo się boję, czy sobie poradzę, bo sytuacja jest nowa: kiedyś fundacji było znacznie mniej, teraz jest ich mnóstwo. Muszę więc się nauczyć tej nowej rzeczywistości.

Jak odnajduje się w tym wszystkim twoja rodzina?

- Wszyscy są na równorzędnych miejscach: moja córka, mąż i rodzice. Jakoś sobie dajemy radę, wiesz?

Córka będzie dziennikarką?

- Na pewno nie. Ona studiuje prawo. Jako mała dziewczynka uwielbiała oglądać program "Sędzia Anna Maria Wesołowska".

A ty masz jeszcze jakieś marzenia dziennikarskie?

- W niedługim czasie papież przyjeżdża do Polski, byłoby fajnie z nim porozmawiać, co wydaje się mało realne, ale może się uda. A poza tym wkrótce wybory w Stanach, które po ośmiu latach znowu będą niesamowicie przełomowe - marzę o tym, żeby je relacjonować.

Wolałabyś zrobić wywiad z Donaldem Trumpem czy z Hillary Clinton?

- Z jedną i drugą osobą oczywiście.

Ale gdybyś mogła tylko z jedną z nich? Ja wybieram Trumpa.

- Ja pewnie ostatecznie też, ale jak o nim myślę, to mam poczucie obciachu. Z drugiej strony, wywiad z Hillary Clinton byłby dość przewidywalny, a ja lubię, jak ktoś mnie zaskakuje.

Który z polskich polityków ma dar zaskakiwania?

- Nieustannie zaskakuje mnie Jarosław Kaczyński. Nigdy nie wiesz, co wymyśli. Zawsze słucham go z wielkim zainteresowaniem, bo nie jest postacią tuzinkową.

Zajmujesz się mnóstwem rzeczy: filmy, programy, sejm, fundacja. Kiedy znajdujesz czas na refleksję?

- Na przykład jak rano idę biegać, to wtedy...

Jeszcze do tego wszystkiego biegasz.

- Ostatnio trochę mniej, bo mi kręgosłup wysiada, ale się staram. Najwięcej biegałam po katastrofie smoleńskiej, bo przez pierwsze tygodnie nie mogłam spać. Wstawałam o piątej rano i biegałam, to mnie wyciszało. Poza tym potrafię się wyłączyć i w pewnym momencie powiedzieć: basta, potrzebuję dwóch dni spokoju, żeby pewne rzeczy przemyśleć i przeczytać te stosy gazet i książek, które leżą koło mojego łóżka. Albo uciekam do Krakowa. Nauczył mnie tego bohater innego mojego filmu dokumentalnego, profesor Zbigniew Brzeziński, który powtarzał, że balans jest najważniejszy. Wyskakiwał z Białego Domu, jeśli akurat był mecz syna. I ja też od dawna wiem, że czasem trzeba wybrać. Że nie zawsze mogę być tam, gdzie chcę, bo potrzebuje mnie moja córka. Albo po prostu mam ochotę iść w końcu na imprezę.

Imprezy też?

- Bez imprez z przyjaciółmi życie jest nic niewarte.

Wyobrażałem sobie, że jesteś oddana pracy i nobliwa.

- Nie, no żarty sobie stroisz! Nobliwa?!

Tak, nieskazitelna.

- Pogadaj z moimi przyjaciółkami! Ale może to dobrze, że tak myślisz, może powinnam pielęgnować taki obrazek?

W końcu jesteś Matką Boską dziennikarstwa.

- Nie miałam pojęcia, że masz o mnie aż tak dobre zdanie.

Bo ja się z nim nie obnoszę. Ale w moim panteonie znajomych jesteś nieskazitelna.

- W takim razie szybko muszę zrobić coś głupiego! Jakiś mały skandalik? Żeby trochę wypaść z tego panteonu, bo jeszcze jestem w tym wieku, że chyba nie muszę iść do nieba, prawda?

PANI 8/2016

Tekst pochodzi z magazynu

Pani
Dowiedz się więcej na temat: Katarzyna Kolenda-Zaleska

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje