Przejdź na stronę główną Interia.pl

Katarzyna Herman: Z dala od zgiełku

​Siedem sióstr w małym mieszkaniu w białostockim bloku. Piętrowe łóżka, walka o kawałek przestrzeni, chwilę ciszy. Czy w takim miejscu może narodzić się artystka? Katarzyna Herman chciała się wyrwać, uwolnić. Najpierw szkoła baletowa z internatem, potem studia aktorskie. Dostawała ważne role, ale długo nie miała śmiałości powiedzieć: Patrzcie na mnie! Wiara w siebie przyszła z czasem, a wraz z nią poczucie, że trudne początki dały jej siłę, nauczyły odporności. Mówi, że ludzie z prowincji mają czulsze serca. A to dla aktorki bezcenne.

Powiśle. Jasne mieszkanie na ostatnim piętrze starej kamienicy, nie ma windy. W drzwiach wita pies ze schroniska, pachnie ciastem. Masa książek, pianino, współczesne obrazy. Na środku salonu wielki stół. Kaśka, mama siódmoklasisty Leona i 8-letniej Romy, wychowywała się w domu pełnym ludzi i rozgardiaszu, może dlatego teraz jej otoczenie jest takie uładzone.

Reklama

Czy tam, w domu rodzinnym, pojawiła się twoja potrzeba zdobywania własnego kawałka podłogi?

Katarzyna Herman: Tak, dosłownie i w przenośni. Było nas siedem sióstr, trochę jak w piosence: "Siedem dziewczyn z Albatrosa...". Urodziłam się pierwsza, z ostatnią siostrą dzieli nas 20 lat. Mama żartowała, że już lepiej mieć siedem córek niż synów, bo dziewczyny mniej jedzą. Rodzice byli nauczycielami. Tata założył firmę, potem wyjechał do Nowego Jorku. Próbował zarobić na tę gromadę, a może uciekał z domu kobiet, gdzie wciąż panował rejwach. Już wtedy bywałam samotnicza, autystyczna. Musiałam się nauczyć rozpychać łokciami, żeby wywalczyć trochę miejsca dla siebie. W trzypokojowym mieszkaniu w centrum Białegostoku miałyśmy z siostrami piętrowe łóżka, jak w koszarach. U siebie, na dole, powiesiłam zasłonki, próbowałam się odciąć. Potem postawiłam w poprzek pokoju regał, za nim urządziłam kącik, reszta miała zakaz wstępu. Czasem też zamykałam się w łazience i ze słuchawkami na uszach próbowałam czytać lektury z listy polecanej przez tygodnik "Filipinka".

W takich warunkach można usłyszeć siebie?

- Słabo. Jakieś "szumy, zlepy, ciągi". Długo nie wiedziałam, co mi w duszy gra. Ten harmider zagłuszał wszystkie myśli. Ale teraz za nim... tęsknię. W wolny dzień potrafiłyśmy siedzieć godzinami razem w jednym pokoju i szczebiotać. Paplałyśmy i plotłyśmy sobie warkoczyki. Do dziś potrafię z zamkniętymi oczami w minutę zrobić plecionkę na włosach. Było jak w ulu - ciepło i miło, ale czułam, że mnie to oblepia. Pomyślałam: jeżeli będę tak siedzieć i gadać, życie mi ucieknie. Dziś widzę plusy naszej "komuny". Myślę, że dzięki temu, że w niej rosłam, potrafię dogadać się z ludźmi. Przy produkcji filmu czy teatru zbiera się drużyna. Cygańska, bo na czas jednego przedsięwzięcia, ale jednak. I ja odnajduję się w niej, wręcz jej potrzebuję. Wtedy jednak chciałam uciekać. Miałam osiem lat, kiedy wymyśliłam, że pojadę do Warszawy do szkoły z internatem. Postanowiłam zostać baletnicą.

Cały wywiad znajdziesz w najnowszym numerze magazynu Twój STYL - już w sprzedaży!

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje