Przejdź na stronę główną Interia.pl

Kasia Stankiewicz: Na moich warunkach

Kiedy u szczytu popularności rozstawała się z Varius Manx, była pewna, że powrotu nie ma. Rozżalona, bezbronna, oszukana przez show-biznes, myślała, by przestać śpiewać. A jednak występuje na koncertach z okazji 25-lecia zespołu. Można więc wejść dwa razy do tej samej rzeki. Kasia Stankiewicz mówi, że rzeka jest już inna. I ona się zmieniła. Przestała być naiwną blondynką o błękitnych oczach. Z życiowego zakrętu wyszła silniejsza. Teraz sama dyktuje warunki.

Byłaś sprawczynią sporej sensacji towarzyskiej w show-biznesie.

Reklama

Kasia Stankiewicz: - Masz na myśli wypowiedź o tym, że się nie myję? (śmiech) To była spontaniczna prowokacja. Nudziło mi się podczas wywiadu. Dziennikarz też nie bardzo był zainteresowany tym, co mówię, więc postanowiłam nas obudzić i na pytanie, jak dbam o środowisko, odpowiedziałam, że rzadko się myję. Wreszcie na jego twarzy pojawiła się jakaś reakcja. Mogłam wymyślić coś mądrzejszego, ale wtedy nic innego nie przyszło mi do głowy. Wiesz, jaki był efekt?

Napisały o tobie wszystkie portale internetowe, a Radio Rock poświęciło ci półtoragodzinną audycję.

- Radio, które nie gra moich utworów, nagle wpuszcza mnie na antenę. Nawet usłyszałam moją piosenkę "Lucy and the Loop"! Śmieszna była to audycja, lubię takie poczucie humoru, ale widzisz... Kiedy robiłam kolejną płytę i chciałam ją pokazać światu, prawie wszędzie miałam czerwone światło. A to że za nowoczesne, a to że słuchacz potrzebuje łatwych kawałków. Tylko prowokacja powoduje, że na drugi dzień piszą: "pani Kasia wróciła na salony". Śmieszne i smutne zarazem.

Tak działa show-biznes.

- Zatem przestańmy nagrywać płyty, robić filmy i przedstawienia, tylko tańczmy z gwiazdami. (śmiech)

Przez kilka lat było o tobie cicho. Co się z tobą działo?

- Skupiałam się na pracy. Ale to przecież nie jest interesujące, już ustaliłyśmy. Zaczęłam nawet zastanawiać się nad zmianą zawodu.

Ty, jedna z najpopularniejszych polskich wokalistek lat 90.?

- Ja dla siebie nie jestem popularną wokalistką. Jestem człowiekiem ze swoimi emocjami, potrzebami, zwątpieniami. Musiałam przetrzeć swój szlak po to, by znów wejść na wysokie obroty.

Czyli?

- Na scenę. To jedyne miejsce, gdzie chcę ludziom zawracać sobą głowę.

Czułaś tremę związaną z powrotem?

- Znam uczucie tremy. Takiej na granicy paraliżu fizyczno-umysłowego. Pamiętam to już ze szkoły, choćby z lekcji niemieckiego. Bałam się nauczyciela tak bardzo, że zapominałam, jak się nazywam. Jednak trema na scenie ma inny wymiar. Jest motywującym, uzależniającym zastrzykiem adrenaliny, takim jak w wyczynowym sporcie. Na scenie czuję się jak mistrzyni świata.

Kiedy pierwszy raz to poczułaś?

- To było w dzieciństwie, występowałam w szkolnych konkursach, większość wygrywając. Wiedziałam, że w nagrodę zaśpiewam w finale. I to było w wygranej najbardziej ekscytujące: jeszcze raz wyjść na scenę i zaśpiewać.

Rodzice zachęcali cię do tego?

- Niespecjalnie, raczej przestrzegali przed tym, że praca artysty jest niestabilna, ale wiedzieli, że i tak zrobię po swojemu. Sami występowali w zespole domu kultury w Działdowie. Ich największym sukcesem było zdobycie Złotego Samowaru na Festiwalu Piosenki Radzieckiej w Zielonej Górze w 1984 roku. Pamiętam ich powitanie w Działdowie, całe miasto cieszyło się razem z nimi. To ja też chciałam wyjść na scenę! Przekonywałam, że śpiewam równie dobrze jak oni. No ale się nie zgodzili. Tłumaczyli, że zawód muzyka jest trudny, bo cały czas podlega się ocenie, trzeba być silnym psychicznie. Na szczęście nie zmuszali mnie, żebym - tak jak reszta rodziny - kończyła matematykę czy fizykę. Dziś myślę, że po cichu marzyli, żebym poszła ich drogą. To w końcu mama wysłała moje zgłoszenie do Szansy na sukces.

To był pierwszy program w Polsce, który odkrywał talenty. Uczestnicy wykonywali piosenki popularnego artysty, nagrodą był występ z nim na koncercie. Ucieszyłaś się, że trafiłaś na Varius Manx?

- Nie, bo słuchałam innych rzeczy. Znałam tylko dwa największe przeboje i naiwnie liczyłam, że na któryś trafię. Wylosowałam "Zamigotał świat". Na szczęście na prompterze wyświetlany był tekst, więc sobie poradziłam. A potem wiadomo - dołączyłam do Varius Manx po odejściu Anity Lipnickiej.

Miałaś zaledwie 18 lat, kiedy stałaś się popularna. To może wpłynąć na całe życie. Udało ci się w ogóle zdać maturę?

- Siłą rozpędu. Zaraz potem wyjechałam z Działdowa i ruszyłam w trasę, która trwała kilka lat. To był totalny wir, ale chciałam tego. Nie było przecież dnia, żebym jako dziewczyna nie marzyła o takim życiu.

Rozrywkowe towarzystwo, niekończące się imprezy... To chyba codzienność w trasie zespołu. Rodzice się denerwowali?

- Tak, jak to rodzice, ale też mieli do mnie zaufanie i pewność, że nie narobię głupot. Gdy dziś myślę o sobie z tamtego czasu, jestem z tej dziewczyny dumna. Mogłam nie być pewna siebie, ale wiedziałam, że się nie pogubię. Zawdzięczam to właśnie rodzicom, wychowali mnie tak, że nie wybieram drogi na skróty. Kiedy wyjechałam, cały czas wisiałam na telefonie, rozmawiając z nimi i młodszą siostrą Anią. I tylko większość moich przyjaźni się urwała. Byłam daleko, prowadziliśmy zupełnie inne życie. Sukces muszą unieść dwie strony, niestety czasami jest tak, że nie każdy to potrafi.

I nagle u szczytu sławy, po pięciu latach śpiewania z Varius Manx, postanowiłaś odejść z zespołu. Robert Janson przyznał niedawno, że powinien cię wtedy zatrzymać.

- To byłoby niemożliwe.

Dlaczego?

- W mojej pracy decyzje podejmuję intuicyjnie i dopóki się tego trzymam, dobrze się to dla mnie kończy. Ale ja się szybko nudzę, potrzebuję ciągle nowych bodźców, by czuć, że idę do przodu, że się rozwijam. Inaczej usycham. W tamtym czasie nie miałam już siły śpiewać przebojów Varius Manx. Wyjście na scenę stało się przymusem.

Ale to przecież ty jesteś autorką największego hitu "Orła cień". Napisałaś do niego słowa. Pamiętasz w jakich okolicznościach?

- Był rok ’96 , druga czy trzecia w nocy, siedziałam w kuchni w mieszkaniu w Działdowie. Następnego dnia miałam pojechać na pierwszą próbę z Variusami, więc już dawno powinnam spać. Zajrzała siostra. Powiedziałam jej, że mam pierwsze zdanie: "Widziałam orła cień", ale nie mogę ruszyć dalej. Ania usiadła przy mnie i razem napisałyśmy tę piosenkę.

Stała się kultowa, potem zaczęła żyć własnym  życiem. Śpiewał ją w "Kilerze" Jerzy Stuhr, wywołując śmiech na widowni. Przerabiano ją na wiele sposobów.

- Przetrwała próbę czasu. Dziś mam dla niej szacunek.

Naprawdę widziałaś kiedyś cień orła?

- A jak myślisz? (śmiech) Ten tekst oddawał moją potrzebę wolności. Paradoksalnie w jakimś momencie musiałam się uwolnić też od tej piosenki.

Po rozstaniu z Variusami zaryzykowałaś. Sprzedałaś mieszkanie, żeby w 2003 roku wydać pierwszą własną płytę "Extrapop". Trudna decyzja?

-  Łatwa. Rzeczy są przejściowe, dom to ludzie. Zresztą nie sprzedałam mieszkania, by wydać płytę. Przeprowadzałam się po prostu, a media zrobiły ze mnie odważną cierpiętnicę, żeby było o czym pisać. Ale trochę nie miałam wyjścia. Firma fonograficzna, z którą byłam związana, przez wiele miesięcy blokowała moją pracę. Kiedy prawnik wyciągnął mnie z tego kontraktu, uznałam, że nie podpiszę już innego i wszystkim zajmę się sama.

Nie miałaś nawet menedżera!

- Miałam ich wielu, samozwańczych, z przypadku. Megalomanów i mitomanów rozpościerających przede mną wizję bajecznej przyszłości, bez możliwości jej realizacji, jak się okazywało. Dlatego zaczęłam dzwonić do różnych ludzi jako własna menedżerka. Nie było wyjścia, bo kiedy czegoś nie zrobiłam sama, to tego nie było. Jednak artysta, który sam siebie reprezentuje, traktowany jest niepoważnie. Oczekiwania są takie, że tak zwana gwiazda przychodzi ze sztabem ludzi, a sama siedzi schowana za woalką.

Jako menedżerka przybrałaś pseudonim Karolina Wierzyńska. Wierzyłaś w Stankiewicz?

- Wierzyńska się świetnie bawiła. Była konkretna, chroniła swoją artystkę przed opiniami świata, lubiła swoją robotę. Uwielbiałam być menedżerką Kasi Stankiewicz, bo z nią się doskonale pracuje. Może jest wymagająca i nigdy nie idzie na kompromis, ale przede wszystkim jest fajną babką. (śmiech)

Dlaczego więc twoje płyty nie odniosły sukcesu?

- Debiut zdefiniował mnie jako artystkę komercyjną. A rzeczy, które robiłam samodzielnie, uznane zostały za niszowe. Mam wrażenie, że był problem z moją wiarygodnością. Niektórzy, słuchając "Extrapopu" czy "Mimikry", nie wierzyli, że to ja. Gdybym takie płyty wydała na początku, miałyby większą szansę powodzenia. Trudno było mi przekonać ludzi, by dali mi szansę. Mam jednak przeczucie, że to się zmieniło. Trwało to kilka lat, ale było warto.

Łatwo o tym mówisz, ale przecież po drodze musiałaś zaliczyć kryzysy. Żaden artysta nie chce być niedoceniony, odrzucony.

- Największy dramat wydarzył się przy płycie "Lucy and the Loop". Poznałam kobietę, w której ręce oddałam cztery lata mojej pracy - to ona miała sprzedać materiał. Nabrała mnie. Ta współpraca zmiotła mnie z powierzchni ziemi i wymagała zbudowania wiele rzeczy na nowo. Straciłam wszystko.

Mimo to się podniosłaś.

- Nie wyobrażałam sobie, że może być inaczej, choć to tak łatwo wygląda tylko na papierze. Kiedy lawina zaczęła spadać, budziłam się w nocy z bólem brzucha i myślałam, że to już koniec, że nie ma nic dalej. Przez jedną złą decyzję zawiodłam siebie i kilka osób. Ale rzeczywiście czas i cierpliwość mają swoje zalety. Wiem, że mnie to wzmocniło.

Czy przejawem tego odrodzenia był udział w Tańcu z gwiazdami? Po co tam właściwie poszłaś?

- Producentki programu przekonywały mnie, że jeszcze nie było dziewczyny, która nie byłaby zadowolona, że wzięła w nim udział. Wzrasta poczucie pewności siebie, czujesz się kobieco, masz wyprostowane plecy i przychylniej na siebie patrzysz. Poza tym było to spełnienie dziecięcych marzeń, by tańczyć. Raz nawet próbowałam je zrealizować. Jakiś czas temu zapisałam się z koleżankami na zajęcia baletowe do szkoły na Moliera w Warszawie. I to było genialne! W wieku trzydziestu paru lat po raz pierwszy stanęłam przy drążku. Niestety nasza ekipa dość szybko się rozpadła. I wtedy trafiłam do Tańca z gwiazdami. Dopiero tam dostałam wycisk! Nabawiłam się kilku kontuzji, które leczę do dziś, ale była to wspaniała przygoda. Po sześciu godzinach treningów dziennie dostawałam
oszałamiającą dawkę endorfin. Zjadałam kilka obiadów i miałam niesamowitą energię.

Wygląda na to, że otwierasz się na świat. Wzięłaś udział w popularnym programie, a potem wróciłaś do Varius Manx. Macie wspólną trasę koncertową z okazji 25-lecia zespołu. Można wejść dwa razy do tej samej rzeki?

- To nie ta sama rzeka. Jesteśmy dziś innymi ludźmi, mam wrażenie, jakbyśmy poznawali się na nowo. Z okazji rocznicy postanowiliśmy zagrać kilka koncertów klubowych. I stała się rzecz niebywała. Sale były pełne, ludzie słuchali, śpiewali z nami przeboje. Trasa pokazała, że jest zapotrzebowanie na kolejne koncerty i w ten sposób znów jestem w busie z Variusami. Tylko że dziś wszystko wygląda inaczej. Po latach różnych doświadczeń nabraliśmy szacunku dla siebie, cenimy to, że spotkała nas rzecz wyjątkowa, że ludzie chcą słuchać.

Wystąpiliście w twoim rodzinnym Działdowie. "To tak, jakby wejść na nowo do pokoju z dzieciństwa i przypominać sobie emocje, zapachy, melodie, wydarzenia", napisałaś na Facebooku.

- Ten koncert był inny niż wszystkie. Patrzyłam na publiczność ze sceny, a mój mózg przeszukiwał dane i rozpoznawał twarze ludzi, których ostatni raz widziałam wiele lat temu. Spotkanie było emocjonalne, bo jednak rodzina, przyjaciele i sąsiedzi rodziców, ciocie... Podobnie czułam się na festiwalu w Opolu. Reżyserzy telewizyjni tak jak podczas mojego debiutu mieli żal, że przedłużyliśmy bisami swój czas antenowy. Publiczność skandowała teksty piosenek, zaśpiewała "Sto lat" i nie chciała wypuścić ze sceny. Dostaliśmy też nagrodę od Polskiego Radia - rejestrację koncertu w studiu. Bilety sprzedały się w jednej chwili, ledwo udało mi się zaprosić znajomych. Oprócz nas zagrali Włodek Pawlik, Robert Majewski, Mateusz Smoczyński. Jak to brzmiało, będzie można posłuchać na płycie. Znajdą się na niej przeboje Varius Manx i dwie nowe piosenki "Ameryka" i "Piątek".

Płyta w październiku. I co dalej, zostajesz z zespołem?

- Czas pokaże. Nasze spotkanie po latach jest przyjemne. Wychodzimy na scenę i publiczność czuje, że sprawia nam to radość.

A co z twoimi solowymi nagraniami?

- Nie wyobrażam sobie rezygnacji z autonomiczności, którą wypracowałam przez te wszystkie lata. Mój ostatni album "Lucy and the Loop"  żyje swoim życiem. Zagrałam niedawno i wyprodukowałam prywatny koncert. Odbył się w przepięknej sali Sinfonii Varsovii i był fenomenalnie przyjęty. Zaśpiewałam tylko z towarzyszeniem fortepianu, a publiczność słuchała jak zahipnotyzowana. Dzięki komercyjnym koncertom mogę pozwolić sobie na spokojną pracę. Jestem w trakcie pisania tekstów. Kiedy zakończymy trasę, zabieram się do nagrywania. Dam znać, gdy płyta będzie gotowa.

Anita Szarlik

Twój Styl 10/2016


Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje